piątek, 26 sierpnia 2016

Cham dr

Czasem zdarza się w odpowiedzi na anons dostać hejta. I mnie się to nie raz zdarzało, ale tym razem postanowiłem pokorespondować z hejterem. Okazało się, że to dojrzały facet, który doczepił się tego, że szukam kogoś młodszego (nawet znacznie) ode mnie - czyli, jego zdaniem, szukam młodej spermy. Uśmiałem się, bo nie pomyślałbym nigdy w ten sposób ani tym torem myślenia. Szukam człowieka, partnera, osoby ludzkiej - a nie fiuta, spermy, dupy czy innej części ciała. Jeśli w ogóle części cała szukam to przede wszystkim serca i rozumu, choć o nie najtrudniej. 

Potem facet mi zarzucił, że jestem obleśny z fiutem na Gay.pl, co mnie zdziwiło, bo nie miałem tam zdjęcia fiuta, więc poprosiłem go o podanie nazwy tego rzekomo mojego profilu.  Dalsza korespondencja z hejterem potoczyła się następująco (on i ja):

- meczysz siebie tymi wywodami!!!!!!!!!!!1
- spierdalaj
- pisze to jako cham dr
- Życzę miłego dnia w takim razie i proszę zechciej już do mnie nie pisać skoro się tak zachowujesz.
- po chuj mam pisać ja szukasz młodej spermy!!!!!!!!!!!!!!!!!
- Biorąc pod uwagę twoje słownictwo i liczbę wykrzykników widzę że ci się coś na mózg rzuciło. Podejrzewam wodę sodową ale może być gorzej. Żegnam. Nie będę już odpowiadał.
- jestem cholerykiem i ekstrawertykiem i dlatego używam takich, a nie innych znaków !!!!!
- gardzę takimi jak TY i myślę, ze za 10 lat nie będę w podobnej sytuacji, uganiać się z młodym chujem, co to mu za poda młodą spermę!!!!!!!!!!!!!

Zawsze mnie śmieszy gdy taka osoba wylatuje z torów.Te ileś wykrzykników to dla mnie w odbiorze WIELKI KRZYK. Ale widać też, że mam do czynienia z kimś na swój sposób "ekstrawertycznym" i faktycznie cholerykiem. I on pisał kilka maili wcześniej, że mnie zaczepia, w domyśle do znajomości. Ciężko z kimś się znajomić, kto usiłuje nas wdeptać w ziemię tyloma wykrzyknikami. I przede wszystkim, który sam wie lepiej czego my szukamy.
Ale przynajmniej ma odrobinę samokrytyki, bo się określił jako cham dr.

I w tym wszystkim jest przynajmniej lepszy od tzw. "elit" III Rzeczypospolitej, które też uprawiają hejt na potęgę.

czwartek, 25 sierpnia 2016

Dojenie

A dziś napiszę o czymś, co mnie bulwersuje i co zarazem pokazuje jak nisko upadłem w tym postępowym świecie ;-) Ale to nie dotyczy polityki - choć poniekąd dotyczy, ale polityki sprzedaży. Wskaże więc palcem "winowajcę" - jest nim znana powszechnie dla fotografów firma Adobe. Jej sztandarowy program, Photoshop, znam od jakich dwudziestu lat. I tak się składa, że po zmianie dysku zwróciłem uwagę na ikonkę Adobe w pasku menu na moim Macu. A dalej potoczyło się jak to w życiu.

Najechanie kursorem na tę ikonkę powodowało pokazanie się kółeczka (czyli makowej klepsydry) - a uruchomienie monitora aktywności pokazało, że updater się zawiesił, więc go przymusowo wyłączyłem. Potem okazało się, że osobno uruchomiony nie mógł zainstalować dwóch update do mojego Photoshopa Elements wersja 9 (ho ho, obecnie jest wersja 14). Musiałem te uaktualnienia ściągnąć osobno i ręcznie zainstalować, ale poszło. I przy okazji uaktualniłem swój Adobe ID i pooglądałem co to nowego ma Adobe do zaoferowania. I zaniemówiłem.

Photoshop CC, flagowy program, jest dostępny wyłącznie w subskrypcji z Creative Cloud. Niestety - nazwa CC na to wskazuje, wiadomo, że to skrót od Creative Cloud właśnie. Innymi słowy Adobe znalazło sposób na dojenie klientów, regularnie, co miesiąc. A ja niestety tego nie pochwalam. Nie lubię takich abonamentów i wolę obrabiać zdjęcia i dokumenty lokalnie (samemu dbając o backup) niż w chmurze. Na szczęście lokalnie można korzystać nadal z Photoshopa Elements - ale wiadomo, że nie ma on wielu funkcji starszego brata. Inna sprawa, czy te funkcje dla zwykłego użytkownika są potrzebne. Wkurza mnie jednak to, że zamiast jednorazowego zakupu raz na kilka lat firma chce mnie doić na drobniejsze kwoty, ale w sumie, w czasie tych kilku lat wielokrotnie wyższe niż ów jednorazowy zakup. No pasaran!

W każdym razie może to ogólny trend, ale ja do światowego Matrixa chmurowego nie chcę się podłączać na tyle, na ile to tylko jest możliwe :-)

środa, 24 sierpnia 2016

Komputerowy cud

Niedawno zmieniałem parametry komputera. Zastąpiłem stary dysk talerzowy nowoczesnym i szybkim dyskiem SSD i rozbudowałem pamięć. Nie była to fanaberia, ale konieczność, bo liczę, że dzięki temu na szybkości pracy komputera oszczędzę godzinę, a może nawet dwie dziennie, które traciłem na czekanie na różne rzeczy, a także na zawieszania się programów lub systemu, które - jak mam podejrzenie - wynikały właśnie z kłopotów dysku twardego. Niby nie pokazuje on błędów, ale chyba już znacznie wolniej działa i gubi dane, stąd jego podejrzewam o te nagłe zawieszenia i resety. 

Za wcześnie jeszcze na to, aby ocenić jak pracuje komputer na nowych częściach, ale dziś chciałbym napisać o komputerowym cudzie. To taki specyficzny cud, informatyczny. Otóż na komputerze coś nie działa i nie wiemy dlaczego, a potem nagle działa - i też nie wiemy dlaczego. Teoretycznie możemy coś wiedzieć i obstawiać, jako przyczynę niedziałania i działania, ale tak naprawdę nie wiadomo tego do końca. W sumie to dywagacje dla filozofów - dla mnie liczy się to, czy coś w końcu zadziała. I czy nie zawiesi się w przyszłości.

Informatyka, jak ktoś kiedyś mi powiedział, to najtrudniejsza dziedzina inżynierii. Sam zresztą kiedyś jej liznąłem. Ale tak naprawdę jak się przypatrzeć z nieco większego dystansu, to także nasze życie też jest przykładem tak zaawansowanej i zawieszającej się co chwila inżynierii. W dodatku - zdaje się - robionej na ślepo, mimo, że wypatrujemy oczy idąc życiową drogą. I zapewne także w naszych życiach doświadczamy takiego samego rodzaju "komputerowych cudów", jakie mój komputer mi zafundował.

Tyle, że na komputerze od zawieszenia się do naprawy może minąć kilka minut lub godzin, a w życiu czasem nawet bardzo wiele lat ;-)

wtorek, 23 sierpnia 2016

Życiowe RPG

Ostatnio dziwne przytrafiają mi się koleje rzeczy. Nie mogę opędzić się od myśli, że czuwa nad tym jakaś Opatrzność. Pewne sprawy układają się tak dobrze, w tym całym nurcie niezbyt szczęśliwych wydarzeń który mnie ostatnio dotyka, że aż dziwię się, jak można się o centymetry prześlizgiwać od tej czy innej rafy. Ostatnio mam wrażenie, jakby moje (zupełnie z innego powodu) podejmowane działania, przy okazji załatwiały także kompletnie nie związane z nimi sprawy, a dla mnie też bardzo ważne, zaś niekiedy wręcz kluczowe.

Myliłby się jednak ten, ko by sadził, że mam w tym wielki komfort. Bo tak naprawdę stoję teraz nad wielką życiową układanką, której jedynie pewną część elementów mam widocznych, a wiele jest jeszcze nieodkrytych i kompletnie nieznanych, nie tylko co do wzoru na nich, ale nawet co do kształtu i wielkości. Bo to nie jest taka z góry znana układanka, ale coś, co nie ma granic i reguł. Nie wiadomo kiedy się ułoży.

W zasadzie takie życiowe układanki nigdy się nie układają do końca, bo ciągle życie dokłada do nich kolejne puzzle. Można po prostu mieć ułożony jakiś fragment, albo może się okazać, że gdzieś dotarło się do krawędzi, jak w grze RPG w której się eksploruje nieznany dungeon. Tu jest ślepy zaułek, a tam dungeon się ciągnie i pełno w nim potworów lub pułapek. I tak poruszam się w tym życiowym RPG. Jedyny problem jest taki, że ani zapisać stanu tej "gry", ani cofnąć się do poprzedniego zapisu, ani wskrzesić po śmieci ;-)

Ale dobre jest przynajmniej to, że życie się nie zawiesza jak komputer ;-)

poniedziałek, 22 sierpnia 2016

Obrotowa mowa nienawiści

Ostatnio namnożyło się tej krytyki "chamów" (czyli zwykłych ludzi) przez "elity" warszawskiego salonu. Owe "chamy" śmią jeździć nad morze, gdzie opijają się piwem, a ich dzieci wypróżniają się na wydmach, zamiast budować zamki z piasku jak nasza wspaniała opozycja. "Elita" musi dla odpoczynku przy ulubionej sojowej latte i wegańskiej diecie uciekać co najmniej w góry, lub za górami i lasami - czyli za granicę. Choć tam aż roi się od bombowych promocji, a to już nie każdemu odpowiada. Ale mnie zajmuje w tym wszystkim coś nieco innego.

Otóż gdyby ktoś ze środowisk skrajnie prawicowych lub nawet wszelkich innych popierających obecną władzę wystąpił z podobną krytyką warszawskich "elit" - to byłaby od razu potworna mowa nienawiści, szczególnie gdyby nie daj Boże skrytykował kogoś o odmiennej orientacji seksualnej. Ale gdy warszawska "elita" wylewa wiadra pomyj na "chamów", to jest tylko troska o dobro tych ludzi i całego kraju. Nie od dziś wiadomo, że lewicowo-liberalne środowiska stosują podwójne myślenie i podwójne standardy. Nazywa się to potocznie moralnością Kalego. 

Ja nazwałbym to w tym przypadku obrotową mową nienawiści. To tak, jakby mieć coś umieszczone na obrotowej osi i oświetlone z jednej strony. Jeśli obraca się to w jedną stronę, to mamy oświetlone, a jeśli w drugą - to zostaje niewidoczne w cieniu. "Elity" samowolnie przyznają sobie prawo do jedynie słusznej oceny i pouczania innych. To znana od lat choroba lewicy - ona musi pouczać innych, bo wie lepiej niż oni, co dla nich dobre. Na tym polegają przecież te opętańcze lewicowe eksperymenty społeczne - tworzenie nowego, wspaniałego świata, który dziwnym trafem jakoś nigdy się nie udaje. 

Biedna "elita" dopatrując się defekacji na wydmach nie zauważa jak bardzo odświeżony inaczej ma własny salon ;-)

niedziela, 21 sierpnia 2016

Telefon inaczej

A teraz zajmę się innym weekendowym tematem - moim telefonem. To akurat zwykły czterocalowy Samsung. Z ciekawości na Allegro zacząłem oglądać aukcje używanych smartfonów. Kto wie, może trafi się za sto złotych jakaś super okazja? Na razie nie trafiłem, oczywiście są telefony licytowane, ale póki licytacja nie zmierza do końca, to jest z reguły niemrawa. Chciałem jednak podzielić się dziś inną uwagą. 

Przy tych aukcjach są naturalnie zamieszczane zdjęcia telefonów. I jedno, co mnie uderzyło, to ich używany stan. A charakteryzuje się on rysami na szkle ekranu, porysowaną obudową, wyszczerbionymi bokami i tym podobnymi kwiatkami. I szczerze mówiąc ja tego nie rozumiem. Swój telefon mam już ponad trzy lata i bardzo intensywnie go używam. Ale pomimo tego nie mam absolutnie żadnej ryski na wyświetlaczu. Z boku jest tylko jeden odprysk lakieru od plastiku na odcinku około milimetra - gdy telefon wypadł mi z ręki na ostrą aluminiową krawędź. 

Podobnie dwa drobne odpryski lakieru są naokoło otworu podłączeniowego słuchawek. I to wszystko. A ja specjalnie się z telefonem nie cackam, nie noszę go w etui. Ale też nie noszę nigdy kluczy w tej samej kieszeni, w której leży telefon. I może dlatego od bardzo wielu lat niezmiernie dziwi mnie antytalent wielu ludzi do telefonów - i nie tylko telefonów. Gdy miałem firmę, to często oddawałem na własność swoje używane telefony pracownikom jako premie. I o ile po moim używaniu nie było na nich rys, to po pracowniczym - po prostu tragedia. Wytarte, rozklekotane, nawet włącznie z popękanymi i niedziałającymi wyświetlaczami. 

Czy naprawdę tak trudno jest mieć miękkie ręce do telefonu? ;-)

sobota, 20 sierpnia 2016

Komputer inaczej

Mam komputer z nadgryzionym jabłuszkiem w herbie, który w tym roku ma już siedem lat. I w sumie nadal trzyma się znakomicie, ale ma trzy wąskie gardła wydajności. Po pierwsze zepsuła mu się (zapewne na skutek nacisku spuchniętej baterii, która usunąłem) lepsza karta graficzna (na szczęście miał też drugą ekonomiczną, na której obecnie pracuję). To jednak widoczne byłoby przede wszystkim w grach, a ja ostatnio już miesiącami nie grywam, więc jakoś to można przeboleć. Ale dwa inne wąskie gardła są bardziej dokuczliwe

Pierwsze z nich to mała pamięć, tylko 4 GB RAM - a maksymalnie w tym modelu można mieć 8 GB. W systemie Snow Leopard to było w porządku, ale po przesiadce na 64 bitowe systemy widzę, że wszystko spowolniło, niektóre animacje są w skrajnych wypadkach prawie poklatkowe, czeka się na zbudowanie wyświetlenia niektórych okien (najpierw pojawia się to okna i po kilku sekundach jest jego zawartość). Podobne wąskie gardło to zwykły, choć 7200 rpm, dysk twardy. Komputer teraz znacznie więcej danych pobiera i zapisuje, ma na pewno sporą pamięć wirtualną, a dysk pracuje i pracuje - i chyba dość wolno. I co gorsza, obawiam się, że sam dysk zaczyna szwankować i coraz wolniej działa.

Koś kiedyś w rozmowie mi wskazał spowolnienie kompa jako możliwe z tej właśnie przyczyny i od tej pory uważnie obserwuję komputer. Może to autosugestia, ale wydaje mi się, że teraz wszystko uruchamia się tam znacznie wolniej niż kiedyś. Dlatego też gdy pojawiła się kasa z moich wyprzedaży, postanowiłem zainwestować w 8 GB RAM i dysk SSD 512 GB Samsunga. Nie zrobiłem tego dla zabawy, ale z praktycznego wyrachowania. Oceniam bowiem, że dzięki temu oszczędzę może godzinę albo nawet więcej dziennie na szybkiej pracy kompa i braku potrzeby czekania na to, aż się wszystko na kompie przewali na dysku. A to może oznaczać także o wiele wygodniejszą pracę i większy zarobek.

Nie zdziwiłbym się, gdyby szybsze działanie komputera spowodowało, że w ciągu pół roku wydatek na jego upgrade zwróciłby się z lepiej robionej pracy.

piątek, 19 sierpnia 2016

Praca inaczej

Od kilku dni zajmuje mnie praca inaczej. Porządkuję mieszkanie, wybieram rzeczy do wyprzedania z niego i wystawiam aukcje. Jedne schodzą, inne na ich miejsce wstawiam. Nawet kompresuję niektóre przedmioty w tej samej cenie do jednego ogłoszenia, bo w systemie OLX można mieć maksymalnie 50 ogłoszeń i właśnie tyle mniej więcej mam w linii. A warto pamiętać o tym, że zamieszczanie ogłoszeń (które trochę trwa, bo trzeba zrobić i obrobić zdjęcia, umieścić ten sam anons na 3 portalach) to nie wszystko.

Oczywiście usuwanie ogłoszeń od sprzedanych rzeczy to oczywista dodatkowa obsługa, ale nie tylko tym się muszę zajmować. Czasem trzeba obniżyć jakieś ceny a czasem - jeśli jest duże zainteresowanie jakimś przedmiotem, nawet je podnieść, gdy w negocjacjach z klientami uzyskuję podbicia ceny. A przy okazji opracowałem system czytania telefonem kodów QR z kwitów paczkowych i przesyłania ich do kompa po to, aby mieć i na swój użytek, i wysłać klientom mailem, linki do śledzenia ich paczek. 

Mam więc dużo zajęcia, ale zarabiam na tym o wiele lepiej niż na własnej regularnej pracy. Więc nie żal mi tego że teraz nie pracuję. Muszę jednak zadbać o to, aby sprzedać jak najwięcej rzeczy, bo im więcej sprzedam, tym więcej będę miał środków na dalsze życie. Z drugiej strony mam coraz mniej kolejnych rzeczy do wystawiania, więc w następnym tygodniu zacznę znów pracować, bo nie będę tyle wystawiał. 

W pewnym sensie mam jednak miłe poczucie, że coś w moim życiu zmieni się na lepsze - choć stuprocentowych podstaw na to oczywiście nie ma :-)

czwartek, 18 sierpnia 2016

Execute order 66

Darth Sidious, ciemny lord Sith w trzeciej części "Gwiezdnych wojen" rozkazywał klonom zabijać Jedi poprzez słynne "execute order sixty six". A mi trafiło się to w o wiele bardziej zabawny sposób w moim życiu prywatnym. Otóż zapisałem czyjś numer GG od osoby spotkanej na czacie. Powiedzmy że miał on postać XXX XXX. I miałem się odezwać na ten numer do niego. Więc odezwałem się - na numer XXX XXX 66. A jakże, był taki numer w katalogu. I napisałem do niego. 

Przywitałem się tam tylko. Dobrze, że nie napisałem nic innego. Bo nagle zagaduje mnie ta osoba z czata, z numeru XXX XXX. Co się więc stało? Po jego numerze napisałem "GG", a po chwili już się tak zdekoncentrowałem, że pomyłem te "GG" z "66". I miałem śmiechu na kilka minut. To nie pierwszy taki wypadek dekoncentracji. W poniedziałek poszedłem do Lidla po zakupy. Idę i patrzę - jakoś idealnie pusty parking. Ale co gorsza i sklep jakiś mało oblegany. Podchodzę bliżej - karteczka o zamknięciu sklepu.

No tak, przecież jest święto państwowe. Pokazywał to kalendarz w telefonie. Pokazywał też w komputerze, który synchronizuje się z telefonem (a telefon ma opcję polskich świąt, przepięknie pisanych po angielsku). Miałem więc Assumption of Mary. Zawsze to fajniej brzmi - i tak bardziej światowo. A ja chciałem mieć Assumption of working Lidl, ale mi się nie udało. Widocznie nie każde Assumption jest skuteczne ;-)

Takie są czasem skutki wpływu Sithów na nasze życie ;-)

środa, 17 sierpnia 2016

Fałszywy prorok

Jakieś półtora miesiąca temu miałem "zaszczyt" poznać chłopaka, co do którego miałem nadzieję widzieć w nim potencjalnego przyszłego partnera. Był sympatyczny, wydawał się zaradny życiowo i mający głowę na karku. Co prawda szybko wyszły jego wady - egoizm, arogancja, interesowność i brak empatii. Ale nie o nich mam zamiar dziś napisać. Okazuje się bowiem, że - na szczęście dla mnie - był on także fałszywym prorokiem

Otóż sygnalizowałem mu już wtedy, że będę musiał to i owo posprzedawać z wyposażenia mieszkania, bo zapewne będę musiał je opuścić i nie ma ani sensu, ani możliwości, aby brać ze sobą wiele rzeczy, które można za to sprzedać. I mój Genialny Doradca, za jakiego ów chłopak się sam uważał, zdradził mi Wielką Tajemnicę. Otóż jak będę wystawiał używane rzeczy na aukcjach, to nic się nie sprzeda. On tak próbował i nic mu się nie sprzedało. A więc gdy zacząłem wystawiać moje rzeczy, to miałem obawę w sercu, bo przecież Wielki Ekspert przewidział klapę. 

Jakież więc było moje zdziwienie, gdy zaczęły mi się jeden po drugim sprzedać przedmioty. Mało tego, odwiedzającym mnie klientom mogłem nawet czasem coś dodatkowo wcisnąć. A niektóre sprzęty sprzedałem 3-4 razy drożej niż pierwotnie planowałem. Być może praktykę dawała mi moja pasja do handlu w World of Warcraft. Zawsze to pewna kultura kupiecka. W każdym razie miło, że mój Wielki Doradca okazał się fałszywym i wielce marnym prorokiem. Nie żałuję jednak tej jego wady ani na milimetr. 

A jutro wystawiam kolejne aukcje zachęcony sukcesem.