piątek, 9 grudnia 2016

Święta z Allegro

Ostatnio na ustach prawie wszystkich, nie tylko zresztą w Polsce, jest reklama świąteczna Allegro, która bije rekordy popularności i - nawet jak twierdzą niektóre zachodnie media - może uzyskać miano najlepszej tegorocznej reklamy świątecznej na świecie. Obejrzałem ją i ze mnie też wycisnęła łzy. W sumie można by się rozpuścić w ckliwości. I rozpuściłem się. Ale potem przeczytałem na pewnym blogu garść refleksji o tej reklamie i przytoczę je tutaj.

Sama reklama jest ciekawa, nienachalna i ma swoje poczucie humoru. Jest idealna jako story. Ale jej pobieżny ogląd zakrywa nieco drugie dno. I na to drugie dno zwrócił uwagę bloger. Ta reklama jest - że tak powiem swoimi słowami - swoistą antyreklamą świąt. Pokazującą święta w krzywym zwierciadle. Święta, które powinny być rodzinną radością. Faktycznie, nie gra roli to, czy spędzimy je w kraju z rodziną, czy za granicą z rodziną. Ale przesłanie tego filmu, widoczne niejako zza kadru, jest niestety bardziej smutne.

Film ten bowiem pokazuje nie tylko determinację i silną wolę dziadka w opanowaniu języka obcego. Pokazuje też (na szczęście tylko pośrednio) obojętność rodziny wobec dziadka. Na lotnisku nikt na niego nie czeka. Do rodziny jedzie taksówką. A wnuczka nie nauczyła się choćby po polsku "dzień dobry", aby powitać dziadka. Wszystko to układa się w obraz dziadka jako piątego koła u wozu. Dziadka, który z łaski nie tyle zostanie przyjęty na święta przez syna, synową i wnuczkę - co raczej nie zostanie przez nich wywalony z ich domu. To brzmi jakby jak ultimatum - dziadku, dopasuj się do nas, bo nam się do ciebie nie chce dopasować. Moja córeczka nie ma ochoty nauczyć się nawet kilku słów po polsku, żona też. Lepiej się naucz angielskiego, bo się skompromitujesz. I to mnie w tym przeraża - że taki po części anty-obraz świąt i polskiej gościnności został tak entuzjastycznie przyjęty na świecie.

A może po prostu świat na tyle zobojętniał, że nawet pół ciepłe, ale autentyczne święta pokazane w tej reklamie są dla niego cudowne?

czwartek, 8 grudnia 2016

Potęga sterownika

Miałem instalować Windows trzy razy. Na trzech dyskach. Najpierw na dysku notebooka, którego kupiłem, tylko po to, aby zainstalować tam program do odczytywania danych z dysków Macowych i zgrać te dane, a następnie sformatować dyski Macowe na PC. Potem (po wstawieniu do notebooka dysku SSD z Maca) miałem zainstalować Windows już na dłużej. A po kilku miesiącach, przy instalacji dysku SSD M2 (co kiedyś może się stanie) zainstalować tam Windows ostatecznie. Okazało się jednak, że czekało mnie pięć lub sześć dodatkowych instalacji w tak zwanym międzyczasie. 

Rozsiadłem się na Windowsach na dobre, gdy okazało się, że nie działają mi słuchawki. Nie są rozpoznawane, port muzyczny mini jack nie jest podłączony. Niby drobiazg, ale nie podaruję tego. Próbowałem to softwarowo naprawiać na różne sposoby - i nic. No to zreinstalowałem Windows. Na szczęście dane miałem na innej partycji, więc nawet format partycji systemowej nie był mi straszny. Po reinstalacji Windows okazało się, że najpierw słuchawki działają, potem nie. Więc kolejna instalacja. Stopniowo dowiadywałem się co może być przyczyną ich nie działania. 

Winiłem sterownik audio Realteka. Przechodziłem kilka ślepych uliczek i kilka raz instalowałem Windows - tego dnia cztery instalacje pod rząd. Wreszcie, mimo starannego baczenia, słuchawki znów nie zadziałały. Ale tym razem udało mi się podejść od tyłu sterownik audio i zdeinstalować jego najnowszą wersję. I słuchawki wróciły do łask. Można było tak zrobić od razu, ale wtedy nie udawało mi się ruszyć tego sterownika. Niestety, wiedzę nabywa się stopniowo, także metodą prób i błędów. To oczywiście nie koniec problemów,. jakie mieć mogę z Windowsami. 

Ważne jednak, aby uczyć się na błędach - w życiu też :-)

środa, 7 grudnia 2016

Elegancja na dziesiątkę

O Windows 10 słyszałem różne opinie, ale system ten po jego zainstalowaniu bardzo pozytywnie mnie zaskoczył. Jego prosta i minimalistyczna elegancja spodobała mi się jeszcze bardziej niż system mojego Maca. Spodobało mi się również kilka rzeczy, których nie ma na Macu, a które mi sprawiają niemałą frajdę, między innymi obserwowanie kopiowania plików z widokiem szczegółów - gdy jest pokazywana informacja o bieżącym transferze oraz rysowany wykres skuteczności kopiowania. Takich drobnych smaczków atrakcyjnych dla komputerowego geeka w Windows 10 jest więcej, choć nie wszystkie dadzą się tak łatwo uruchomić.

Udało mi się jednak zmienić wiele ustawień, a nawet zamontować Windows 10 moje dawno temu przeze zrobione (aż kilkanaście lat wcześniej!) kursory. Z każdą naniesioną poprawką komputer był coraz bardziej mój, foldery jego bardziej uporządkowane. Niektóre foldery uporządkowałem po ładnych kilku lub nawet kilkunastu latach. Inercyjnie przenosiłem je bez refleksji z jednego komputera na drugi. Teraz zaś mogłem w czasie przenoszenia danych spojrzeć na nie z dystansu i ad hoc wymyślić inne, lepsze konfiguracje. Niektóre dane kasowałem, inne konsolidowałem. Więcej porządku to więcej satysfakcji.

Musiałem tylko wszystko ustawić i zaplanować tak, ażeby komputer instalowany przeze mnie był w założonym terminie gotów był do pracy. Sama instalacja i szczegółowa konfiguracja zajmie wiele dni, ale do pewnych czynności komputer musi być gotów jak najszybciej. Nie obyło się oczywiście bez zabawnego wypadku - kiedy wróciłem z serwisu po przykręceniu śrubek okazało się, że mam w swoim mieszkaniu małe zalanie wodą. Na szczęście prąd był dostarczany i komputer spokojnie mógł się instalować w czasie, gdy wycierałem z podłogi wodę. W moim życiu bardzo często bywa tak, że w wielkich sprawach odnoszę sukcesy, ale w sprawach małych Bóg wtyka mi szpilki.

A zatem powrót do pracy i - także teraz możliwy - powrót do gier ;-)

wtorek, 6 grudnia 2016

Wkręcony

Zacząłem szukać w pobliżu mojego miejsca zamieszkania serwisów komputerowych, a była sobota, i wydzwaniać do nich z zapytaniem, czy podjęliby się tak banalnej rzeczy, jak wykręcanie śrub. Serwisy, do których dzwoniłem, chyba jednak nie chciały zarobić i przypominały mi, że nie pracują w soboty i zapraszają od poniedziałku. Jedyny informatyk, który gotów był przyjechać do mnie po to, żeby wykręcić te trzy głupie śrubki zażyczył sobie za to 150 (słownie sto pięćdziesiąt) złotych. Pomyślałem sobie jednak, że tak szalony nie jestem. Ale problem pozostał.

W końcu wpadłem na najbardziej banany pomysł. Wystarczy pojechać do serwisu firmy, w której kupiłem komputer, bo jej salony czynne są do późna siedem dni w tygodniu. Tak zrobiłem. Pojechałem do najbliższego geograficznie talonu, w którym wykręcili mi te śrubki, wymienili dysk, i wkręcili ponownie. Problemy ze sprzętem miałem już za sobą. Wkręcili mnie co prawda na 30 złotych, ale trudno. Pozostawało bawienie się z oprogramowaniem.

Zabawa ta polegała przede wszystkim na przegrywaniu danych z dysków makowych na PC, formatowaniu ich na PC, właściwej instalacji systemu, jego konfiguracji i kustomizacji, oraz instalacji sterowników producenckich i pozostałego oprogramowania. Czyli robota na co najmniej jeden-dwa dni, nie licząc mniejszych poprawek i ustawień, które będzie się wykonywało dniami i tygodniami potem. Oczywiście najgorsze, co pojawia się przy stawianiu nowego komputera, to niepewność o to, czy wszystkie ustawienia lub elementy służące aktywności na komputerze dadzą się w taki sam (lub w inny równie skuteczny sposób) ustawić, po to, aby czynności na nowym komputerze były możliwa tak, ja na dotychczasowym sprzęcie.

A zatem stawianie nowego komputera to okres niepewności.

poniedziałek, 5 grudnia 2016

Trzy śrubki

Na zakupie komputera i myszki się nie skończyło. Miałem bowiem opracowany poprzedniego dnia, jako jeden z wariantów dodatkowych, pomysł na zakupienie lepszej membranowej klawiatury. Pojechałem więc, po drodze kupiłem tą klawiaturę, załatwiłem jeszcze inne sporawy. W domu rozpakowałem sprzęt i zacząłem częściowo świadomie (a częściowo nieświadomie) przekonywać się psychicznie do nowego komputera w porównaniu do tego lepszego, o większym ekranie, który sobie upatrzyłem, a którego kupić nie mogłem. Stwierdziłem, że zakupiony przeze mnie komputer jest zgrabny, elegancki, a jego klawiatura wiele fajniej wygląda niż w tym lepszym komputerze - w proporcji do jego obudowy. Nie ma to jak siła autosugestii ;-)

Pierwszy problem pojawił się przy instalacji systemu operacyjnego. Upatrzone przeze mnie Windows 7 zainstalowało się, ale komputer nie był w stanie rozpoznać peryferiów, a nawet własnych podzespołów, takich jak porty USB - podłączone do nich klawiatura i myszka nie działały. Musiałem wyjść zainstalować Windows 10, o którym słyszałem czasem niemiłe rzeczy. Wtedy wszystko poszło jak z płatka. Program do zgrywania danych z dysku twardego używany na starym zastępczym komputerze tu nie działał, więc zainstalowałem inny. 

O dyskach twardych napiszę osobny post. Teraz zaś przeskoczę do dalszego momentu mojej historii. Kiedy zgrałem dane z dawnego dysku zewnętrznego z Maca (szybkiego dysku SSD) i niemałym trudem sformatowałem go system NTFS (a nie jest to takie proste i wymaga kilku sztuczek), postanowiłem rozkręcić mojego notebooka po to, żeby wymienić jego dysk twardy na dysk SSD i ostatecznie zainstalować na nim system, Jednak okazało się, że po wykręceniu około dziesięciu zwykłych śrubek trafiłem na trzy śrubki o zupełnie innej, płaskiej konstrukcji i bardzo małych otworach do śrubokrętu, które były umieszczone  nad napędem CD. Nie byłem w stanie ich odkręcić posiadanymi (i nawet pożyczanymi) śrubokrętami.

Lipa - mogę zostać przy obecnym dysku, ale wolałbym mieć dysk SSD,

niedziela, 4 grudnia 2016

Dwa komputery

A zatem postanowione, kupuje komputer. Zamówiłam odpowiednio wcześniej myszkę, która dojeżdża z drugiego krańca Polski. Wybrałem taki salon, w którym były dodatkowo dwie sztuki modelu wyższej klasy, który ewentualnie mógłbym kupić, gdybym miał więcej pieniędzy uzyskanych ze sprzedaży starego Maca. Oczywiście nie rezerwowałbym takiego lepszego komputera, póki nie zdołałbym zebrać pieniędzy na jego zakup. Byłem jednak pewny, że z łatwością będę mógł wymienić swój zamówiony komputer, jeśli takie pieniądze się pojawią.

W sumie było tak, że sprzedałem swojego starego Maca z dodatkową pamięcią poniżej oczekiwań finansowych, które żywiłem, ale jednocześnie otrzymałem do dyspozycji trochę więcej pieniędzy na naprawę starego notebooka, którego dostałem jako komputer zastępczy od rodziny. Mogłem więc te dodatkowo otrzymane pieniądze tymczasowo wypożyczyć, aby kupić komputer lepszej klasy zamiast tego, który już zamówiłem i który czekał na mnie w salonie. Jadąc do salonu zastanawiałem się, czy jest to dobre wyjście. Oczywiście jeżeli kupię komputer słabszy, to nie będę w stanie wymienić na lepszy takiego elementu, jak procesor lub grafika. Zatem wiadomo, że lepiej kupić komputer w potężniejszej konfiguracji, ale to tylko teoria. A jak to jest w praktyce?

W praktyce z jednej strony są teoretyczne zalety, a z drugiej strony realia życia. Trzeba być odpowiedzialnym. Można oczywiście rzutem na taśmę całe pieniądze przeznaczyć na zakup lepszego komputera, ale potem trzeba będzie te pieniądze oddawać. A poza tym powstaje pytanie - czy ten droższy komputer będzie szokująco lepszy? Chyba jednak nie. Sprawa rozwiązała się w salonie. Otóż tego dnia rano ktoś zarezerwował obie sztuki lepszych komputerów, które sobie upatrzyłem na ewentualny droższy wariant zakupu. Nie mogłem więc i wybrać postanowiłem nie czekać na inne rozwiązania. Potraktowałam to jako prosty znak od Pana Boga i zdecydowałam się ten komputer, który pierwotnie zamówiłem.

Ale to oczywiście nie koniec mojej komputerowej historii :-)

sobota, 3 grudnia 2016

Jeden pomysł

Dziś zaczynam serię notek o moich perypetiach ze zmianami komputera. Zacznę więc od jednego pomysłu - na optymalizację pracy i życia z kompem. Miałem wspaniałe (ale nie w sensie osobistego odczucia) porównanie wydajności starego dziesięcioletniego notebooka, na którym zastępczo pracowałem, nawet z moim Makiem (siedmioletnim, ale nieco poprawionym ostatnimi czasy). Na tym notebooku nie dało się płynnie pracować i znieść można było niewyobrażalne ilości - niestety tylko wirtualnych - jajek. Postanowiłem więc obliczyć, jakie oszczędności przyniesie mi zakup nowego komputera, dobrej myszki i profesjonalnej mechanicznej klawiatury.

Klawiatura mechaniczna, którą sobie upatrzyłem, ma wyższe klawisze, a ich lica mają większe odstępy między sobą niż te w mojej bardziej płaskiej (obecnie używanej) membranowej klawiaturze. To oznacza, że trudniej będzie omyłkowo wciskać niewłaściwe klawisze lub dwa klawisze naraz. Dobra myszka oznacza zaś możliwość o wiele szybszego i bardziej precyzyjnego wstawiania kursora do tekstu i zaznaczania wyrazów lub ich części w tekście. Ogólnie zaś sam komputer z lepszym procesorem, szybszą pamięcią i grafiką oznacza o wiele szybsze działanie systemu i wykonywanych w nim prac.

Jak to więc wygląda w praktyce? Podliczyłem sobie. Piszę zawodowo dość krótkie teksty po kilkaset znaków. Liczmy, że pisanie tekstu dotychczas zajmowało siedem minut - cztery na pisanie i trzy na poprawianie źle wpisanych klawiszy (bo naprawdę sporo było tych błędów). A z nową klawiaturą? Liczmy trzy i pół minuty na pisanie i półtorej na poprawianie - dwie minuty zysku na tekście. Kilkadziesiąt tekstów dziennie to 2-3 godziny oszczędności. Do tego co najmniej godzina oszczędności na przeglądaniu wiadomości w internecie. Wychodzi co najmniej 3-4 godziny oszczędności dziennie. A jest też inny element dodatkowy. Płynna praca bez tylu błędów mniej męczy i bardziej motywuje - a to może oznaczać więcej pracy i więcej zarobku (i to bez wydłużania czasu pracy - a wręcz odwrotnie).

No to jedziemy kupić nowego kompa PC.

piątek, 2 grudnia 2016

Jaja

Praca na zastępczym kompie, czyli moim własnym starym notebooku litościwie użyczonym mi przez rodzinę, to są jaja. W tym sensie, że niejedno (wirtualne) jajko można znieść czekając, aż komputer ten wykona nawet tak prozaiczne czynności, jak odpalenie przeglądarki internetowej i wyświetlenie na niej pojedynczej strony. Przy czym używając słowa "czekając" mam na myśli nie ułamek sekundy, ani kilka sekund, ale co najmniej kilkadziesiąt sekund, jeśli nie kilka minut. Na takim sprzęcie teraz pracuję.

Ale dziś to się zacznie zmieniać. Jadę po nowy komputer, to już pewne. Niepewne jest zaś to, czy uda mi się od razu sprzedać mojego starego Maca - a jeśli tak, to za ile. Od tego zależeć będzie to, co za te pieniądze kupię. W pierwszej kolejności klawiaturę - ale nie byle jaką, bo zwykłą już mam pd kwartału. To klawiatura mechaniczna o trwałości (uwaga) 50 milionów kliknięć. Czyli klawiatura na całe lata. Idealna do używania z kolejnymi komputerami. I idealna, aby była żywą pamiątką po moim Macu. 

Mam jednak także nadzieję na dodatkowy zakup, bo akurat jest promocja. Ale nie zdradzę o co chodzi, aby nie zapeszać. To wszystko jednak sprawia, że mam dziś wariantowy dzień - zależnie od rozwoju sytuacji zmienią się moje dalsze ruchy. Jeśli Maca sprzedam - kupuję dodatkowo klawiaturę, jeśli sprzedam za większą kwotę - dokupuję jeszcze coś. Wczoraj to sobie rozpisywałem. Musiałem też sprawdzić chyba kilkanaście opcji przejazdu komunikacją miejską, aby z góry wiedzieć czym i gdzie dojechać. A jeżdżenia może być co najmniej na pół dnia - albo na dwie trzecie.

I oby było, bo im więcej jeżdżenia - znaczy, że tym więcej rzeczy kupię :-)

czwartek, 1 grudnia 2016

Niepamięć

Otwieram serię postów na tematy geekowskie. Nie gejowskie, jakby ktoś nie wiedział co znaczy te pierwsze określenie, a oznacza pasjonata nowych technologii. Ogólnie mogę się uważać za geeka, ale od kilku dni jestem nim w szczególnie intensywny sposób. Mam bowiem wciąż mojego starego Maca w naprawie i straciłem już zainteresowanie podtrzymaniem go przy życiu. Bo nawet jeśli cudem naprawiłbym jego grafikę, to jaką mam gwarancję, że zaraz coś innego nie padnie w nim? Dlatego nie odebrawszy jeszcze Maca z serwisu (zrobię to niebawem, gdy będę kupował nowy komputer PC) wystawiłem go na sprzedaż - na części.

Wystawiłem go w takiej cenie, że jeśli by się sprzedał, to miałbym kasę na kupno lepszego modelu komputera - a tu nie chodzi o byle jaki lepszy model, ale bardzo ściśle określony. I wydawało się niedawno, że złapałem życie za rogi, bo ktoś chciał go kupić. Już się cieszyłem, że będę miał znacząco lepszy model, gdy okazało się, że on chciał nabyć nie cały komputer, ale moją starą pamięć 4 GB, wystawioną dodatkowo z tym komputerem. I chciał się z tym jeszcze targować, obniżając cenę pamięci o niemal połowę!

Nie muszę chyba dodawać, że przeżyłem z tego powodu zawód. Niech więc spada na szczaw. Sprzedaż pamięci w niczym mnie nie ratuje. A tym bardziej jej targowanie - stać mnie na poczekanie na kogoś, kto kupi ją w wystawionej cenie. Nie pali mi się z tą pamięcią. Już myślałem, że będę miał lepszy komputer, a tu się okazje, że facet chciał tylko pamięć.

Trzeba puścić to w niepamięć ;-)

środa, 30 listopada 2016

Speed up!

Mój stary (siedmioletni) Mac ciągle w naprawie i jakoś nie mogą znaleźć do niego układów graficznych na wymianę. Albo mogą, ale mają burdel w serwisie i takie nawarstwienie prac, że posiłkują się tą wymówką. Ja jednak obstawiam bardziej opcję realną - czyli brak układów. Także dlatego, że czuję tu już Boży palec. A ten Boży palec pokazuje mi na inną opcję - zamiast wydawać kasę na naprawę Maca, wystarczy dołożyć drugie tyle i kupić wypasiony notebook PC. Ma to wiele zalet - szybsze działanie, dostępne gry, które na Macu chodziły za wolno (można wtedy grać w World of Warcraft bez problemu z dobrymi ustawieniami grafiki). Ja jednak widzę w takim rozwiązaniu dwie niezbyt typowe zalety. Napiszę o nich, aby naświetlić tę sprawę i pomóc może innym w podejmowaniu decyzji o wymianie sprzętu.

Po pierwsze - obawa o inwestycję. Nawet jeśli wysupłam kasę (wcale niemałą) na naprawę Maca, to jaką mam gwarancję, że niedługo nie padnie w nim coś innego - na przykład płyta główna? I znów nie będzie jak jej sprowadzić, a cała naprawa pójdzie się jebać (jak mawiają geje). Gdy kupię PC, to mam nie tylko lepszy sprzęt, ale także nowy, z gwarancją. Po drugie - speed up! I o tym chcę dziś napisać. Mój Mac działał wolno pod 64-bitowym systemem, ale dodałem mu dysk SSD i zamieniłem 4 na 8 GB RAM. Ze względu na SSD (podejrzewam, że RAM tu mniej się przysłużył) Mac przyspieszył, ale wciąż w wielu zadaniach (na przykład przy otwieraniu wielu stron internetowych) trzeba całkiem długo czekać. A to irytuje i demotywuje.

Nowy komputer przejmie dysk SSD od Maca (a jego klasyczny dysk twardy stanie się zewnętrznym backupowym). Ma tyle samo pamięci, ale dwa razy szybszej i o wiele wydajniejszy procesor oraz grafikę. Spodziewam się więc znacznego przyspieszenia. A jak znacznego, to orientacyjnie (wróżąc z fusów) wyliczałem sobie. Otóż na kupnie komputera być może oszczędzę nawet kilka godzin dziennie (ale w porównaniu do obecnego zastępczego komputera, czyli w porównaniu do Maca może połowę tego czasu), między innymi na szybszym otwieraniu stron internetowych lub szybkim graniu. Przy zakupie lepszej myszki i klawiatury zyskam może kolejną godzinę-dwie dziennie. A to dzięki mojej pracy, w której piszę teksty. Lepsza, bardziej pewna i precyzyjna myszka to szybkie umieszczanie kursora w tekście w czasie jego poprawiania. Niech to będzie 15-30 sekund na tekście, razy kilkadziesiąt tekstów dziennie... A klawiatura - lepsza, mechaniczna, z wysokimi klawiszami, które trudno wciskać podwójnie i które się nie blokują, gdy się je krzywo wciska - to lepsze pisanie, mniej błędów w trakcie złego wciskania klawiszy, a zatem mniej poprawek w tekście. Czyli minuta lub więcej na tekście razy kilkadziesiąt tekstów. Naprawdę mogę oszczędzić dzięki tym ulepszeniom nawet kilka godzin dziennie

A ile zyskam dzięki lepszej motywacji do pracy, która się pojawi wtedy, gdy spzręt będzie działał płynnie i pewnie?