poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Dwa sposoby

Dziś lżejszy temat - krótki poradnik dla osób, które pragną zakończyć niewygodną rozmowę na czacie. Opracowałem go, a raczej wypracował mi się w praktyce. Mam dwie takie możliwości. Wynikają one oczywiście ze specyfiki mojej osoby i moich celów, nie każdy może zastosować tę samą opcję w swoim przypadku, ale nie wątpię, że każdy jest w stanie wypracować własną technikę w tym zakresie. Z jakich więc środków korzystam, aby zniechęcić rozmówców?

Przede wszystkim warto na początku dodać, że rzadko kiedy robię to świadomie. Najczęściej tak po prostu wychodzi wbrew mojej intencji. A jednak są takie przypadki, gdy widzę, że rozmówca nie jest odpowiedni - ma wiek poza moimi widełkami lub w rozmowie zaprezentuje niedopuszczalne podejście do sprawy. W jaki sposób można go wtedy zniechęcić? Są dwa proste sposoby. Pierwszy to napisać, że szuka się związku. Większość ludzi odpadnie, bo nie szukają tej relacji. Ewentualnie potwierdzą, że też związku szukają - ale szybko okaże się, że to słowo oznacza dla nich seks układ, który przez hipokryzję nazywają związkiem. 

Drugi sposób na zniechęcenie osoby, która szuka także do związku i nie chce zrezygnować z komunikacji ze mną to wysłanie mojego zdjęcia. Nie jestem osobą najpiękniejszą, więc moje zdjęcie może zniechęcić tych, którzy podobnie jak ja szukają związku i nie spłoszyli się, gdy im o tym powiedziałem. Oczywiście i ten sposób nie zawsze działa.  Są tacy, którzy mi nie odpowiadają, a jednak nie udało się ich zniechęcić. Wtedy trzeba starać się zakończyć rozmowę w w jakiś inny sposób. Im dłużej się rozmawia, tym łatwiej znaleźć jakiś inny pretekst do zakończenia konwersacji.

Na szczecie pierwsze sposoby odsiewają zdecydowaną większość przypadków.

niedziela, 23 kwietnia 2017

Sprawdzam?

Wczoraj pisałem o projekcji obaw, a dziś napiszę o sprawdzaniu. To również kwestia, którą uświadomiłem sobie ostatnimi czasy. Jest ona jednak, w przeciwieństwie do projekcji obaw, sprawą teoretyczną i potencjalnie możliwą. O ile projekcja obaw opiera się na faktycznych obserwacjach, porównywaniu faktów i wyciąganiu z tego wniosków, o tyle dzisiejszy temat sprawdzania to zaledwie potencjalna, teoretycznie wymyślona sytuacja. Na czym to polega?

Pisałem ostatnio kilka razy o ponownym poznawaniu mojego byłego chłopaka. Mamy się spotkać, ale już od jakichś dwóch miesięcy nie udaje nam się to, bo ciągle coś wypada. Nie może przyjechać, bo nie ma pieniędzy, albo jest chory, albo przyjechała rodzina na niespodziewany pogrzeb, albo są święta, albo znowu nie ma pieniędzy, albo znowu jest chory. Jednak w każdym z tych przypadków jest inny motyw. Raz chory jest na to, raz na tamto. To się nie powtarza w prostacki sposób. Ma to jakąś swoją logikę. Może być prawdziwe. Z jednej strony można by to nazwać bardzo ciekawym zbiegiem okoliczności, a z drugiej strony zastanawiam się, czy nie jest to zupełnie innego. W tym zakresie są trzy możliwości.

Pierwsza jest taka, że są to po prostu głupie wymówki, dzięki którym stara się on wymigać od poznania się ze mną, bo mu na tym naprawdę nie zależy. Wątpię w prawdziwość tej opcji - z drugiej strony kontaktuję się on bowiem ze mną na tyle intensywnie, że osoba, której nie zależy na poznaniu się, tak by nie postępowała. Byłoby bardzo dziwne, a poza tym byłoby to charakterystyczne dla jakiegoś szczególnego przypadku bajkopisarza. Mój były chłopak do takich nie należy. Druga opcja, która jest możliwa, ale mniej prawdopodobna, jest taka, że mój były chłopak w ten sposób sprawdza mnie. Jego problemy są tak naprawdę fikcyjne, on wymyśla tę sytuację żeby testować moją cierpliwość i zachowanie. Chce się przekonać, czy mi na nim zależy. Kiedy wreszcie test dobiegnie końca, dopiero wtedy spotka się ze mną. Myślę jednak, że nie jest to opcja prawdziwa. Potencjalnie jest możliwa, ale obstawiam opcję trzecią - takie jest po prostu życie i akurat taki ciąg wypadków Pan Bóg nam zafundował.

A jeżeli Pan Bóg nam go zafundował, to na pewno ma to jednak jakiś sens.

sobota, 22 kwietnia 2017

Projekcja obaw

Ostatnio uświadomiłam sobie, że mam pewne zmartwienia, które roboczo określiłem jako projekcję obaw. Jako miłośnik zapytywania wszystkich, których poznaje, o znaki zodiaku, przywiązuję do nich pewną wagę. Nie interesuje mnie zwykły horoskop, bo w takie nie wierzę. Interesuje mnie horoskop partnerski, czyli porównanie charakterów, które posiadają osoby spod znaków zodiaku i ocena, na ile będą zgodni, a na ile konfliktowi. Wierzę w to, że znak zodiaku w jakiś sposób określa podstawy naszej osobowości. 

Oczywiście tylko podstawy. Nad tym jest cała społeczna nadbudowa. Każdy człowiek ma swoją historię, swoje wychowanie, swoje doświadczenia, które go dodatkowo kształtują, ale fundament którym jest zrąb charakteru, determinowany jest przez znak zodiaku, a ściślej mówiąc okres w roku, w której się urodziliśmy. Ludzie urodzeni w różnych okresach roku, mający różne doświadczenia wczesnego niemowlęcego okresu, prawdopodobnie mają troszkę odmienne charaktery przez to ukształtowane. Tym sobie tłumaczę to, dlaczego urodzeni pod jednym znakiem zodiaku są na przykład bardziej wrażliwi, a pod innym bardziej wojowniczy. I rzeczywiście, generalnie sprawdza się tak przypadku ludzi posiadających dany znaki zodiaku. Najczęściej posiadają oni mniej lub więcej cech, które danemu znakowi są przypisywane.

Jeśli więc dobrze się poznało w jakikolwiek sposób, partnerski lub towarzyski, kogoś spod danego znaku zodiaku i wie się dokładnie, jak taka osoba funkcjonuje i jak się zachowuje, to można mieć pewne obawy poznając inną osobę spod tego samego znaku. Jeśli jedna osoba spod danego znaku zodiaku była wobec nas nieodpowiednia w jakikolwiek sposób, to druga osoba spod tego samego znaku także może być podobna. Nie jest to regułą, ale jeśli u tej drugiej osoby dopatrzymy się tych samych cech i zachowań, które posiadała ta pierwsza, to z łatwością możemy założyć, że efekt będzie podobny. Chociaż jest w tym pewien kruczek. Otóż nieodpowiedniość danej osoby powodowana jest nie tylko przez jej charakter, ale także pewne zjawiska, które ją bezpośrednio wyzwalają. Jeśli druga osoba ma nawet taki sam charakter, ale te wyzwalające zjawiska u niej nie wystąpią - to relacja może być zupełnie inna, a w szczególności pozytywna.

I właśnie z takim potencjalnym przypadkiem mam u siebie do czynienia :-)

piątek, 21 kwietnia 2017

Murzynek

Miałem niedawno rozmowę z jakimś chłopakiem na czacie, który powiedział mi że jest mi mulatem i że szuka do związku. To bardzo budujące, bo ja też szukam. Ale oczywiście nie pora na radość, to może 5% sukcesu, jak czasem mawiam. Diabeł - jak powiadają - tkwi w szczegółach. W pewnym momencie rozmowy wysłałem mu swoje zdjęcie, a on pokazał mi swoją fotkę. Ładny chłopak. Oczywiście nie miałem nic przeciw jego etnicznemu pochodzeniu. Chcę ułożyć życie z człowiekiem, a nie wyglądem. Był jednak inny problem.

Postanowiłem przeprowadzić rutynowy test, który czasem wykonuję, gdy widzę zdjęcia mogące budzić podejrzenia. Sprawdziłem zatem w Google, wykorzystując opcję wyszukiwania zdjęć, czy aby te zdjęcie nie było nie było przypadkiem wzięte z netu. I cóż się okazało? Było wzięte, bo Google znalazło je w wielu różnych internetowych miejscach. W takim przypadku wątpię, aby ktoś prywatny swoje zdjęcie kolportował w taki sposób w sieci. Bardziej racjonalne wytłumaczenie jest takie, że człowiek ten podszywa się pod mulata, wykorzystując zdjęcie ściągnięte z internetu.

Napisałem mu, że zdjęcie jest ściągnięte z netu, a on nie protestował w tym zakresie. Oczywiście potwierdziło to jedynie moje przypuszczenia, że jest oszustem. Sprawa więc wyjaśniło się na szczęście bardzo szybko dzięki temu, że wysłał mi zdjęcie i rozbudził moje podejrzenia. Warto sprawdzić zdjęcia budzące nasze obawy co do ich autentyczności. Przeciągnięcie obrazka do wyszukiwarki Google to jedynie chwila - zaś wynik potwierdzi lub rozwieje nasze obawy. Jeśli bowiem danego zdjęcia nie ma nigdzie w sieci, to raczej jest ono autentyczne.

Przynajmniej w tym zakresie szybka wymiana zdjęć okazała się na swój sposób sensowna.

czwartek, 20 kwietnia 2017

Pięć etapów miłości

W Tygodniku Polityka ukazał się artykuł o pięciu etapach miłości. To ciekawe, bo warto zastanowić się, jeżeli uważamy, że jesteśmy w jakimś związku, na którym z tych etapów sami jesteśmy. Pierwszy etap to samo zakochanie się. Niektórzy określają to także jako miesiąc miodowy. To czas, gdy patrzymy na partnera przez przysłowiowe różowe okulary. Drugi etap to przejście do związku, czyli bardziej ustabilizowanie relacji i przekonanie o tym że jesteśmy dopasowani na tyle, że można w ten czy inny sposób ze sobą być - niekoniecznie na zasadzie ślubu i małżeństwa, ale na przykład mieszkania razem. Najbardziej ciekawe są jednak kolejne etapy.

Trzeci etap to rozczarowanie, albowiem okazuje się, że idealizowaliśmy zanadto partnera, a on jest po prostu człowiekiem, który ma swoje wady. Poza tym każdy człowiek popełnia błędy, również my i nasz partner. Dlatego też rozczarowanie sprawia, że mamy niejako zimny prysznic na głowę. To jest również moment, kiedy wiele par rujnuje swoją relacje i kończy związek, Jednak jeśli przejdziemy przez fazę rozczarowania, czekać nas może faza czwarta, czyli budowanie trwałego i długoletniego związku. Gdy uda nam się wytrzymać ze sobą i nie przeszkadzają nam nasze naturalne wady jesteśmy w stanie stworzyć związek, który przetrwa wszystko.

Ostatni etap naukowiec formułujący tę teorię określił bardzo poetycko - siła dwojga zmienia świat. Oczywiście u gejów byłaby to siła dwóch. Na tym etapie nasz związek staje się trwałym fundamentem, na którym możemy zbudować najlepszą relację, jaka może nam się zdarzyć. Nie mamy ochoty jej porzucać i czerpiemy z nim liczne korzyści, nie tylko przyjemne, ale również duchowe i metafizyczne - spełniamy się w tej relacji. W takiej sytuacji rzeczywiście można przysłowiowe góry rękami przenosić. Zastanawiam się tylko, kiedy ja i czy w ogóle do takiego etapu kiedykolwiek dotrę.

Jednak jest realna, i kto wie, czy nie będąca bardzo blisko nadzieja - że tak :-)

środa, 19 kwietnia 2017

Już zebraliście

Rzadko kiedy zdarza się że napisać można o tak wspaniałej historii i tak bardzo pokazującej, że warto w tym świecie wierzyć w dobro i ludzkie serce. Pewna pani opublikowała na swoim koncie twitterowym fotografię synka Stasia, który jest wiernym kibicem Legii Warszawa, ale choruje na zespół Downa. Organizowała ona zbiórkę pieniędzy na kolejny turnus rehabilitacyjny dla dziecka. Dziecko naprawdę starało się w czasie poprzedniego turnusu i dlatego mama robiła wszystko, aby pojechało ponownie, by pogłębić pozytywne efekty rehabilitacji. Do końca zbiórki pozostała jednak kwota kilku tysięcy złotych, a ludzie wpłacali niewielkie kwoty. Nagle bramkarz Legii Warszawa, Arkadiusz Malarz napisał na Twitterze "Już zebraliście. Wesołych świąt!"

Po prostu wpłacił te brakujące kilka tysięcy zamykając zbiórkę. Oczywiście nie chodzi tu o kwotę pieniędzy, bo należy ją relatywizować do zarobków. Przysłowiowy wdowi grosz jest czasem trudniej wysupłać niż wpłacić kilka tysięcy złotych komuś, kto zarabia duże pieniądze. Chodzi jednak o serce, zaangażowanie się i wspomożenie kogoś, a nie przejście obojętnie, jak to często bywa u bogatych celebrytów, którzy pomagają jedynie na pokaz przed kamerami i fleszami reporterów, ale tak naprawdę poza czasem medialnym z czysto ludzkich pobudek nie kiwną nawet palcem. Są jednak ludzie, także wśród tych najbardziej znanych, którzy mają inne podejście.

Zastanawiałem się tylko, jak to podejście określić. Ludzkie, współczujące to banalne określenie. Ale jak je zaklasyfikować? Z pewnością jest to bardziej podejście miłosierne, a zatem w jakiś sposób chrześcijańskie. Na pewno zaś nie jest to podejście typowych elit III RP. Niestety, są one w znacznej części wyznawcami darwinizmu społecznego. Politycy, celebryci z tych środowisk znani są z pogardy dla zwykłego człowieka, choć oczywiście nie obnoszą się z nią na pokaz (bo by ich zlinczowano). Jeśli komuś nie udało się dorobić, czyli nie był w stanie nakraść do syta, to po co mu współczuć? Jakże inaczej wyglądają w tym kontekście bogacze, na przykład w Stanach Zjednoczonych, gdzie milioner w siódmym pokoleniu nie różni się od zwykłego człowieka na ulicy i od młodości angażuje się w działalność charytatywną. Może dlatego, że w Ameryce nadal znają i stosują pewne chrześcijańskie zasady.

A nasze elity III RP w znacznej części bardziej pochodzą z sowieckiej Azji niż z euroatlantyckiej wspólnoty kulturowej.

wtorek, 18 kwietnia 2017

Parówkowe rozmowy

Niedawno wymyśliłem określenie parówkowe rozmowy jako opis rodzaju rozmowy, którego właśnie chciałbym unikać, a ja który sam przerabiam w komunikacji z moim byłym chłopakiem, z którym ostatnio dużo rozmawiamy przez telefon. Są to bardzo długie rozmowy, ale jednak  praktycznie pozbawione treści, tak samo jak parówki pozbawione są praktycznie szlachetnego mięsa i pełne jakiś podejrzanych rozpychających je dodatków. 

Mechanizm parówkowej rozmowy jest bardzo prosty. Chłopak dzwoni do mnie i tak naprawdę mam bezpośrednią transmisję z tego, co się wydarzy po drugiej stronie. Na przykład ogląda telewizję i coś tam do siebie powie pod nosem, albo powie do siebie, że tego zapomniał, że nie udało mu się coś albo coś spadło, zaginęło, czegoś szuka i tak dalej. Słowem nic ciekawego. Raz na kilka minut zwraca się do mnie bezpośrednio i rzeczywiście można o czymś przez chwilę pogadać. Ewentualnie gadając sobie pod nosem zahacza o temat, który ja mogę skomentować. Wtedy jest autentyczna rozmowa. Pomiędzy nią jest szum informacyjny, który mi utrudnia pracę dzieląc moją uwagę. 

W sumie najlepszą taktyką na takie parówkowe rozmowy jest po prostu przywiązywanie bardzo małej uwagi do tego, co mówi druga osoba i słuchanie tego z połowiczną koncentracją. Może uda się coś tam wychwycić, co da się skomentować Może uda się usłyszeć, że rozmówca o coś nas zapyta. Ale generalnie, jeśli przez grzeczność połączenie takie trwa w ciągu doby w sumie godzinami, to trudno podchodzić do tego inaczej. Mamy bowiem własne sprawy na uwadze i w końcu taka rozmowa to nie jest praca, za którą nam płacą i gdyby płacili, to moglibyśmy rzeczywiście ją wykonywać z pełnym zaangażowaniem.

W sumie mizeria parówkowych rozmów jest taka, że oryginalne parówki można przynajmniej zjeść z musztardą i keczupem.

poniedziałek, 17 kwietnia 2017

Pusty dywanik

Na Lany Poniedziałek historia, która wycisnęła straszne łzy u mnie. Płakałem po niej dobre kilka minut. Czteroletni chłopczyk, Nolan, miał raka i cierpiał. Wiadomo, że przegra walkę z rakiem. W tym artykule moją uwagę przykuło zdjęcie dziecka leżącego na podłodze na dywaniku i patrzącego w jakieś okno, a obok zdjęcie tego samego miejsca z pustym dywanikiem. To zestawienie już samo w sobie jest dramatyczne. Historia opisana w artykule wyjaśniała o co chodzi. Poniżej przytaczam jedną z ostatnich rozmów mamy i Nolana, cytowaną w tym artykule. 

- Pewnie bardzo cię boli, kiedy oddychasz?
- Tak.
- Wszystko cię boli, tak, kochanie?
- Tak.
- To wszystko przez nowotwór. Już nie musisz dłużej walczyć.
- Nie? Ale będę, dla ciebie, mamusiu!
I tu już zacząłem płakać.
- Przez ten cały czas robiłeś to wszystko dla mnie?
- Cóż, no tak.
Tu jeszcze bardziej płakałem.
- Nolanie, jakie jest zadanie mamusi?
- Musisz robić wszystko, żebym czuł się bezpieczny.
- Kochanie, nie mogę już nic zrobić. Jedynym miejscem, gdzie będziesz bezpieczny, jest niebo.
- Więc pójdę do nieba i będę bawił się, dopóki do mnie nie przyjdziesz. Bo przyjdziesz, prawda?
- Oczywiście! Nie pozbędziesz się mamusi tak łatwo!
- Dziękuję, mamusiu!

Potem mama postanowiła na chwilę się wykąpać pod prysznicem i dlatego ułożyła Nolana przed nim, aby na nią patrzył. Nolan zapadł w śpiączkę przed śmiercią tuż po tym jak mama zamknęła drzwi do prysznica, a o godzinie 23.54 odszedł. Jednak chwilę wcześniej zdarzył się mały cud, ponieważ otworzył oczy, wziął głęboki oddech i powiedział "Kocham cię mamusiu". W tym momencie już nie byłem w stanie wytrzymać i rozpłakałem się na dobre. Zaś podpis pod obu zdjęciami jest taki: Tu, gdzie kiedyś, czekając na swoją mamusię, leżał piękny, idealny chłopiec, teraz jest tylko pusty dywanik.

Mam synka, którego bardzo kocham, ale nie mieszkam już z nim niestety. To okropna rana w sercu. Tym większa, gdy uświadamiam sobie jak niewiele mogę dla niego teraz robić sam będąc cieniem człowieka i cieniem ojca. Odkąd mam dziecko, to historie dzieci wzruszają mnie i rozwalają. Krzywda dziejąca się dziecku działa na mnie sto razy mocniej niż krzywda wyrządzana dorosłemu człowiekowi. Pierwszy raz przekonałem się o tym oglądając ponownie "Gladiatora" Ridleya Scotta. Gdy nie miałem dziecka, to obraz powieszonej żony i synka Maximusa nie robił na mnie większego wrażenia. Gdy oglądałem ten film ponownie, mając już synka, to na widok zabitego dziecka rozpłakałem się. Od tej pory nieszczęścia, które dotykają dzieci, strasznie mnie bolą. 

Popłakałem się jak bóbr, za oknem niebo płacze, bo pada deszcz (w niedzielę, gdy piszę ten post) - słowem idealny tekst na Lany Poniedziałek.

niedziela, 16 kwietnia 2017

Budzik

Dziś Wielkanoc, a ja chciałbym napisać o czymś zupełnie niepozornym, ale na swój sposób życiowo ważnym. Wczoraj wymieniłem dźwięki budzika stosowanego przeze mnie w telefonie. Od bardzo długiego czasu używałem jako melodię, która mnie budziła, dostępny w Internecie fragment z filmu Stanleya Kubricka "Barry Lyndon". To Lilliburlero, brytyjski marsz wojskowy z XVIII wieku, który w internetowym montażu zaczyna się od słów, które wykrzykuje angielski oficer werbunkowy: King George and All England Forever! I ten okrzyk budził mnie już od wielu miesięcy. Z reguły bywało tak, że jeśli miałem telefon pod ręką, to byłem w stanie wyłączyć budzik zanim zaczął się właściwy marsz wojskowy po tym okrzyku i chwili aplauzu następującej po nim.

Wczoraj był upgrade programu Tokiko, którego używam jako budzik w telefonie i ma on teraz dodatkową opcję cichego włączania alarmu (Fade In), czyli stopniowego powiększania jego głośności. Gdy zastosowałem ją do mojego fragmentu z filmu Kubricka, tytułowy okrzyk na początku był po prostu niesłyszalny. Dlatego zmieniłem cały alarm budzika na inny brytyjski marsz wojskowy z XVIII wieku - British Grenadiers. To delikatna i rytmiczna melodia równie dobrze sprawdzająca się przy odgrywani od razu z pełną głośnością, jak i przy stopniowym jej zwiększaniu. Jest to też budzik bardziej subtelny i mniej "chamski" w przerywaniu ciszy snu. Przy okazji zmieniłem także melodię przypomnienia o world bossie w mojej grze - z ustawionego poprzednio cichego pikania na pogłaśniany Hohenfriedberger Marsch - skomponowany w XVIII wieku osobiście przez Fryderyka Wielkiego. Marsze wojskowe są bardzo fajnymi melodiami budzika - moim pierwszym takim marszem budzikowym był chyba najbardziej znany pruski marsz wojskowy Preußens Gloria.

A teraz pora na wielkanocny motyw w tych moich telefonicznych budzikach. Gdy o szóstej rano obudził mnie po raz pierwszy delikatny i subtelny British Grenadiers, wstałem i zacząłem szykować się jak zwykle do porannych czynności przy komputerze. Nagle zaczęły bić wszystkie dzwony w pobliskim kościele. Zacząłem się martwić. Wiedziałem, że jest Wielkanoc i podejrzewałem że to może być związane z Wielkanocą, ale bałem się, że również może być bicie na alarm z powodu atomowej wojny z Koreą Północną. Bo wojna może wybuchnąć lada chwila, a reżim Kima mógł użyć broni atomowej. Dlatego najpierw ze strachem sięgnąłem po newsy w Internecie. Okazało się, że faktycznie Korea wystrzeliła jakiś (oczywiście konwencjonalny) pocisk jako demonstrację siły, ale po chwili wybuchł - a więc była to wielka kompromitacja. Coś podobnie jak nasza totalna opozycja. Potem zaś przeczytałem w necie o tym, że w Polsce bardzo często ogłasza się Zmartwychwstanie Pańskie w kościele biciem w dzwony o poranku - więc się już uspokoiłem.

A zatem wszystkiego najlepszego w Dniu Zmartwychwstania Pańskiego - obyśmy w te święta nie powielali koreańskich kompromitacji :-)

sobota, 15 kwietnia 2017

Homo orzech do zgryzienia

My w Polsce emocjonujemy się być może sprawami Misiewicza, a tymczasem inni - w tym także również geje - mają gorzej, choć na szczęście w oddalonych od nas krajach. Niedawno przeczytałem informację o tym, że w Czeczenii stworzono obozy koncentracyjne dla homoseksualistów. Przewidziano w nich "atrakcje", których nie powstydziłyby się hitlerowskie pierwowzory - między innymi rażenie prądem i bicie. Niekiedy także zabijanie. W hitlerowskich obozach homoseksualistów oznaczano, z tego co pamiętam, różowymi trójkątami i (także z tego co pamiętam) głównie przetrzymywano ich w Dachau. To było na szczęście dawno temu i - mam nadzieję - w Europie się już nie powtórzy. Czeczenii to jednak, jak widać, nie dotyczy.

Zwróciłem oczywiście uwagę na ten artykuł dlatego, że dotyczy naszej orientacji. Rzecz jasna bulwersujące jest zakładanie obozów koncentracyjnych dla kogokolwiek, niezależnie od jego orientacji seksualnej, wyznania, narodowości i tym podobnych cech. W sumie można by wyrazić oburzenie i na tym zakończyć cały komentarz w tej sprawie. No bo co można zrobić więcej z poziomu zwykłego, małego człowieka, którym ja jestem. Chciałbym jednak zwrócić uwagę na jedną, trochę paradoksalną sprawę, która pokazuje złowrogi znak naszych czasów. Otóż ciekawe, jak w tej sprawie wypowiedzą się lewaccy aktywiści, którzy tak bardzo hołubią z jednej strony homoseksualistów (lub inne ciekawe mniejszości) a z drugiej strony islam. Zatem islamskie obozy dla gejów to dla nich to przysłowiowy trudny orzech do zgryzienia.

Oczywiście w przypadku lewackich aktywistów wiem jak się zachowają -  po prostu nabiorą wody w usta i będą udawali, że nic się nie stało. To dla nich typowe. Gdy coś nie pasuje im do koncepcji to przeważnie nie mają odwagi na polemikę, po prostu starają się to ignorować lub odwracać kota ogonem. Jednak sprawa ta niestety pokazuje realne zagrożenie ze strony radykalnego islamu, a właśnie taki zagraża teraz Europie. To zagrożenie nie tylko dla homoseksualistów, ale praktycznie dla każdego, kto po prostu nie mieści się w islamskiej średniowiecznej moralności i obyczajowości. Mówię o średniowiecznej moralności nie ze złośliwości, tylko stwierdzam fakty, bo system moralny Islamu i jego podejście do wielu kwestii jest albo wprost średniowieczne, albo w najlepszym wypadku odpowiada moralności europejskiej końca XIX wieku. Zastanówmy się więc, czy głaskanie islamu za wszelką cenę w imię jakiejś opętańczej idei multikulti (która - przypomnijmy - skąpi tej swojej przereklamowanej tolerancji rodzimemu europejskiemu chrześcijaństwu) nie doprowadzi nas również w Europie do powrotu horroru, który do tej pory przerabialiśmy w czasach Hitlera i Stalina.

Oby ten horror nie wrócił w czasach Mahometa - bo to, że unicestwi wtedy ideę multikulti i europejskie lewactwo, będzie wtedy małym pocieszeniem.