środa, 20 września 2017

Koniec świata?

Huragany i trzęsienia ziemi jakoś ostatnio nas (czyli całą planetę) nie omijają. Kiedyś czytałem proroctwa dotyczące końca świata i niepokojące jest to, jak wiele z tych proroctw zaczyna się spełniać. Żyjemy w czasie nagromadzenia różnego rodzaju katastrof. Oczywiście nie uważam tego za dowód na koniec świata, a bardziej na serię przypadków. Kiedyś czytałem o tym, że huragany na przykład były na Atlantyku bardziej niszczycielskie niż dziś bodajże w XVII wieku, więc niekoniecznie obecne są dowodem na ocieplenie klimatu. Zapiski bodajże Shackletona wskazują na to, że na przełomie XIX i XX wieku lody na Antarktydzie były (z tego co pamiętam) nawet cieńsze niż dzisiaj, gdy podobno działa na nie globalne ocieplenie.

Nie ma zatem do końca pełnej jasności co do tego, czy ocieplenie klimatu postępuje w taki sposób, jaki chcieliby tego agresywni ekolodzy (jak niektórzy nazywają ekoterroryści), czy też być może jest to po prostu kwestia cyklicznych zmian klimatu, które miały miejsce także w ubiegłych stuleciach i tysiącleciach. Przecież w czasach historycznych bywały tak ostre zimy (z tego co pamiętam również w XVII wieku), że przez Bałtyk jeździło się do Szwecji saniami, a na środku Bałtyku na lodzie budowano karczmy. Niekoniecznie więc dzisiejsze zmiany klimatu muszą oznaczać efekt cieplarniany. Mogą być po prostu zmianami w pewnym sensie rutynowymi, do czego niewiele się jako ludzkość dokładamy. Oczywiście nie wiem, jak to jest w praktyce i tak naprawdę nikt tego nie wie. Faktem jest jednak, że mamy ostatnio prawdziwie dramatyczny klimat. Ja jednak obawiam się czegoś innego w przepowiedniach o końcu świata.

W różnych przepowiednia o końcu świata mowa jest także o wybuchach wulkanów. I to mnie szalenie martwi w kontekście naszej ukochanej Europy. Mało kto bowiem wie, że Neapol leży nie tylko koło Wezuwiusza. Po drugiej stronie Neapolu znajduje się bowiem wielki superwulkan Campi Flegrei, którego kaldera (czyli krater) ma średnicę kilkunastu kilometrów. Gdyby ten superwulkan wybuchł, to nie tylko spora część Europy byłaby zasypana popiołami, które jak wiadomo mogą niszczyć uprawy, zawalać dachy, a dostając się do płuc cementować je i powodować uduszenie. Przede wszystkim groziłaby nam tak zwana zima nuklearna, czyli obniżenie temperatury na kilka ładnych lat, zniszczenie upraw, głód i śmierć miliardów ludzi. To byłby prawdziwy koniec świata takiego, jaki obecnie znamy. I tego się można obawiać. A z superwulkanami tak jest, że wybuchnąć mogą nieomal w każdej chwili.

Przy tego rodzaju kataklizmie huragan Irma wspominalibyśmy jako piknik.

wtorek, 19 września 2017

Nowi-starzy imigranci?

Czy jestem za szerokim otwarciem granic Polski dla szeroko rozumianych uchodźców lub imigrantów? Jak najbardziej pomimo, że jestem zdecydowanym przeciwnikiem przyjmowania islamskich nierobów, którzy mają dwie lewe ręce i nie nadają się do żadnej pracy, bo jej po prostu nie chcą i potrafią wykonywać. Jakich więc imigrantów widziałbym w Polsce, którzy mogliby w naszym kraju żyć spokojnie i sprawiać, że rzeczywiście będziemy ubogaceni kulturowo - ale w dosłownym tego słowa znaczeniu, a nie z przekąsem? Nie chodzi mi bowiem o żadne "bombastyczne" ubogacenie, ale rzeczywiste. Ktoś powie, że mam na myśli uchodźców lub imigrantów z Ukrainy i Białorusi, którzy świetnie w Polsce pracują i wspierają naszą gospodarkę, przy okazji własne portfele. Po części miałby rację, ale nie do końca.

Naturalnie słowiańscy bracia przybywający do nas za wschodniej granicy są miłymi gośćmi i udowodnili wystarczająco, że można przyjąć ponad milion uchodźców i imigrantów i nie mieć żadnych problemów z zamachami, gwałtami i wzrostem przestępczość. Nie mam nic przeciwko temu, aby mieszkali żyli w naszym kraju, nawet już na stałe. Opłaca się bowiem przyjmować ludzi z własnego kręgu kulturowego lub bardzo zbliżonego. Okazuje się jednak, że być może w ciągu kilku lat grozi nam zalew zupełnie innego rodzaju uchodźców lub imigrantów - z krajów Europy Zachodniej. I mam tu na myśli nie muzułmanów, ale rdzennych zachodnich Europejczyków. Czołowy szwedzki publicysta internetowy, Peter Imanuelsen (PeterSweden) przeprowadził niedawno na Twitterze ankietę z pytaniem o kraj, do którego jego rodacy chcieliby się przeprowadzić, aby żyć bezpiecznie i w spokoju. Do wyboru była Islandia, Norwegia, Węgry i Polska. Na nasz kraj wskazało 67% respondentów.

Nie znaczy to oczywiście, że przyjadą oni lada dzień. To pokazuje raczej rozkład potencjalnych preferencji na przyszłość. Jeśli nasz kraj będzie się dobrze rozwijał, jeśli w naszym kraju nie zostanie rozlana muzułmańska islamonazistowska dzicz, jeśli nadal kobiety będą mogły swobodnie chodzić nawet w nocy nie będąc zgwałconymi, a w miastach bandy wyrostków nie będą zaczepiały ludzi i dewastowały okolicy, to faktycznie coraz więcej zachodnich Europejczyków może przenieść się do naszego kraju jako do oazy spokoju w Europie. Nie muszę oczywiście dodawać, że ludzie ci, w przeciwieństwie do arabskich i innych muzułmańskich przybyszów, będą dysponowali grubymi portfelami i na pewno nie będą ustawiali się w kolejce po zasiłek społeczny.

Prędzej ustawią się w kolejce po nasze obywatelstwo.

poniedziałek, 18 września 2017

Wycieraczka

Czasem drobne zmiany przynoszą bardzo duże efekty. Mogłem się o tym przekonać wczoraj w środku nocy. Tak się złożyło, że poszedłem spać bardzo wcześnie wieczorem i wstałem około północy. Na środku pokoju była kałuża z wody, która wyciekła przez drzwi wejściowe. Padał straszny deszcz, wody na dworze było pod dostatkiem. Musiałem więc wyczyścić podłogę mopem. Posiedziałem przy komputerze około półtorej godziny i gdy szedłem do łazienki zobaczyłem znów kolejną kałużę, którą musiałem dodatkowo czyścić. Tym razem postanowiłem rozejrzeć się za drzwiami.

Była tam moja gumowa wycieraczka, położona częściowo na progu przed drzwiami, a częściowo na podłodze patio położonego przed progiem, czyli ciut niżej. Wydawało mi się więc, że jest to wycieraczka opadająca od strony drzwi w przeciwnym kierunku i woda gromadząca się na niej będzie spływać. Najwyraźniej jednak woda gromadząca się na górnej w połowie wycieraczki, która tkwiła na progu przy drzwiach, przeciekała przez nią właśnie pod same drzwi. Kiedy odstawiłem wycieraczkę poza ten próg, czyli niżej, woda przestała cieknąć. Rano miałem suchą podłogę.

Oczywiście dzięki temu nie muszę już jej czyścić i wycierać po każdym większym deszczu, ale nie chodzi tylko o ten wysiłek. Okazuje się bowiem, że czasem takie bardzo drobne zmiany, przestawienie dosłownie jednego niewielkiego elementu, mogą powodować znaczące korzyści, albo znaczące straty. Warto o tym pamiętać. Niekiedy wystarczą drobne zmiany, aby zrobić coś dobrego lub złego. Ostatnio udawało się coś dobrego zrobić w zakresie organizacji pracy i drobnymi zmianami osiągnąć bardzo dobre wyniki. Co prawda nie są on jeszcze ugruntowane w pełni, ale jestem na dobrej drodze, aby to osiągnąć.

Warto więc zastanowić się nad tym, co w naszym życiu można zmienić, bo czasem nie wymaga to wiele wysiłku.

niedziela, 17 września 2017

Domowa polityka klimatyczna

Dziś o temacie politycznym-inaczej. A więc o polityce klimatycznej realizowanej w naszych własnych domach lub mieszkaniach. Niezależnie od tego, na ile globalna polityka klimatyczna jest szaleństwem zblazowanych lewackich elit, bez wątpienia my sami możemy zadbać o nasz mikroklimat będący w naszym własnym mieszkaniu. Służą do tego oczywiście różne nowoczesne narzędzia typu jonizatory lub oczyszczacze powietrza, która oczyszczą także nasz portfel z rachunków za prąd. Ja jednak postanowiłem, że gdybym kiedyś kupił własny dom lub mieszkanie, to już wiem, jakimi roślinami zadbam o mój domowy mikroklimat.

Ta roślina to sansewieria, nazywana czasem językami teściowej - bo ma bardzo długie języki, dorastające nawet do półtora metra. Miałem tę roślinę za czasów mojego dzieciństwa w domu. Otóż ze zdumieniem dowiedziałem się teraz o tym, że sansewieria ma bardzo pozytywne działanie w pomieszczeniu, w którym się znajduje. Pochłania dwa razy więcej dwutlenku węgla niż inne rośliny i produkuje więcej tlenu (pochodzi z Afryki, której klimat tak ją do tego przystosował), oczyszcza powietrze z różnych toksycznych substancji, na przykład rakotwórczych benzenów i formaldehydów. Do tego wszystkiego zaś posiada skromne "wymagania eksploatacyjne" - w zimie wystarczy podlać ją raz w miesiącu, w lecie raz na dwa tygodnie, nie przesadza ona także z zapotrzebowaniem na słońce. Jedynie czego nie lubi, to temperatury poniżej 15 stopnie, ale takiej raczej w mieszkaniach nie osiągamy.

Ponieważ dotlenia ona pomieszczenie i może również obniżyć podobno poziom promieniowania komputera jest ona świetna dla osób, które tak jak ja dużo pracują w domu i ciągle tam przesiadują. Z drugiej strony nie trzeba ciągle jej podlewać i ciągle się nią zajmować. Umieściłem więc ją sobie na liście zakupowej na przyszłość po to, aby pamiętać o tym, że tego rodzaju roślina faktycznie może być nie tylko wspaniałą dekoracją, uznawana jest bowiem przez niektórych za roślinę dizajnerską (nie tylko dlatego, że dostępna jest w różnych odmianach - bo widziałem nawet te rośliny w kolorowych doniczkach, mające swoje końcówki pomalowane analogicznymi kolorowymi farbami), ale również doskonałym oczyszczaczem powietrza i twórcą domowego mikroklimatu.

Jeśli więc zastanawiacie się nad nietrudną w utrzymaniu rośliną, która może poprawić nastrój i domowy klimat, to być może już znaleźliście.

sobota, 16 września 2017

Zarobić na Trumpie

Różnica pomiędzy Europą a Ameryką polega między innymi na tym, że w Europie urzędy dowalają się do wszystkiego, co bardzo często jeszcze można jako coś sensownego zrobić. I to zarówno do tego, to jest praktyką w Ameryce Północnej, jak i w Ameryce Południowej. Wojciech Cejrowski niejednokrotnie z przekąsem mówił o różnego rodzaju działalności ludzi w Ameryce Południowej, na przykład gotujących na ulicy przepyszne posiłki, do którym europejski Sanepid przyczepiłby się od razu, a europejskie urzędy zarzuciłyby brak różnego rodzaju papierowych formalności. W Ameryce Północnej jest zaś  bardzo dobra praktyka, która dotyczy pracy dzieci. Tak, dokładnie - pracy dzieci. Ale to oczywiście nie jest praca niewolnicza.

Dzieci w Ameryce bardzo często już w młodym wieku, poniżej pełnoletniego, zajmują się różnego rodzaju drobnymi pracami, takimi jak na przykład koszenie trawników, sprzedawanie lemoniady w lecie, pomaganie innym i tym podobne, dzięki czemu są w stanie zarobić swoje pierwsze prawdziwe pieniądze. Rodzice bardzo chętnie zgadzają się na to, bo doskonale wiedzą, że dzięki temu dzieci już od najmłodszych lat będą uczyły się wartości pracy i zarobionych pieniędzy, a nikogo nie trzeba przekonywać (w Ameryce) o tym, jak bardzo taka wiedza wpływa na dojrzałość naszym dorosłym życiu. Poza tym dzieci uczą się przedsiębiorczości, co na pewno się im przyda w życiu. Niedawno miało miejsce ciekawe wydarzenie z udziałem takiego pracującego dziecka.

Jedenastoletni letni Frank Giaccio z Wirginii napisał list do prezydenta Trumpa o tym, że prowadzi biznes polegający na strzyżeniu trawnika i chętnie skosiłby trawnik przed Białym Domem. Prezydent Trump przyjął jego ofertę. Frank rzeczywiście skosił trawnik, a prezydent Trump odwiedził go przy tej pracy, przybił piątkę i powiedział, że wykonuje wspaniałą robotę. Jedenastolatek zadeklarował, że spotkanie z Trumpem było najwspanialszym dniem jego życia. Nie dziwię się - poznać prezydenta własnego kraju, a przy tym zarobić, to faktycznie mistrzostwo świata. Może europejscy urzędnicy zaczęliby troszkę inaczej podchodzić do ludzi, którzy wykazują się prawdziwą inicjatywą? A nie powodować takie sytuacje, jak głośna niegdyś kara dla sprzedawczyni ulicznych pączków w Warszawie. Może urzędnicy pomyśleliby, że wychowywanie ludzi, którzy znają wartość pracy i pieniądza, są przedsiębiorczy i samodzielni, jest o wiele lepsze dla przetrwania dalej cywilizacji, niż wychowywanie papierkowych darmozjadów.

No ale ponieważ urzędnicy często sami są papierowymi darmozjadami, więc marzenia w tym zakresie mogą okazać się płonne.

piątek, 15 września 2017

Spiętrzenie

Kiedyś wiele lat temu, gdy miałem firmę, zauważyłem dziwną prawidłowość. Otóż kiedy rozmawiałem z kimkolwiek przez telefon, niezależnie od tego, czy to ja do niego dzwoniłem, czy ta osoba dzwoniła do mnie, w każdym razie kiedy prowadziłem przez telefon rozmowę, to akurat dokładnie w tym czasie ktoś dobijał się do mnie równolegle. Nie zdarzyło się nigdy, żeby dobijał się na przykład minutę lub dwie o zakończeniu rozmowy, ale zawsze musiał się dokładnie wstrzelić w czas rozmowy i dobijać w momencie, gdy nie byłem w stanie z nim równolegle rozmawiać. Ostatnio powtórzyło mi się to w nieco innej konfiguracji, która zresztą w tym rodzaju też nie jest niczym nowym moim życiu.

Wczoraj wieczorem udawałem się na ważne prywatne spotkanie o charakterze rodzinnym, ale także związane kwestiami organizacyjno-prawnymi dotyczącymi mojej sytuacji, tak się bowiem składa, że mam rodzinie prawnika, z prawniczej gałęzi mojej rodziny. Tego typu spotkania (w takim sensie, że są to spotkania rodzinno-towarzyskie lub też towarzysko-interesowne) zdarzają mi się naprawdę bardzo rzadko. I co się stało wczoraj? Dwóch albo nawet trzech klientów próbowało się umówić akurat wczoraj wieczorem na masaż. Przez wiele dni nikt się nie próbował umawiać i nikt nie miał ochoty skorzystać z masażu, a tu nagle kilka osób koniecznie chce umówić się wtedy, gdy akurat ja nie mam czasu, zresztą nawet chęci robienia im wtedy masażu. Nie muszę tłumaczyć, jak bardzo jest to wkurzające.

Ciągle zachodzę w głowę, dlaczego los czasem bywa taki złośliwie upierdliwy, że akurat zwala mi na głowę innych ludzi do kontaktu ze mną dokładnie wtedy, gdy z ważnych powodów nie mogę się z nimi kontaktować lub umówić na spotkanie. Bardzo wkurzające jest to, że los postępuje tak, jakby nie można było spotkania mówić na kolejny dzień, a kolejnej kierowanej do mnie rozmowy telefonicznej wykonać dosłownie kilka minut później. Zawsze zachodzę w głowę, dlaczego akurat na złość tak to się dzieje, że wszystko ulega spiętrzeniu. Mam na to jedno logiczne wytłumaczenie. Ktoś Na Górze w ten sposób robi sobie ze mnie jaja, ale wcale nie znaczy, że jest to negatywne. Z drugiej strony mam bowiem wiele dowodów czyjeś opieki nade mną w życiu, i to bardzo konkretnej opieki w niezmiernie ważnych sprawach, w których ta opieka ratuje mnie zawsze od kompletnego upadku. Może te drobne niedogodności są ceną za komfort, który otrzymuję w znacznie ważniejszych sprawach.

Jeśli taka jest cena tego komfortu, to nie mam nic przeciwko :-)

czwartek, 14 września 2017

Nie-pochwała wielozadaniowości

Wielozadaniowość to coś z czym stykam się na co dzień, z konieczności oczywiście. Generalnie nie lubię robić kilku rzeczy naraz, bo mnie to rozprasza, wolę skupić się na jednej rzeczy, potem na drugiej i tak dalej, ale nie mam tego luksusu w codziennej sytuacji. Specyfika mojej pracy jest taka, że choć pracuje skupiając się na jednej czynności, to równolegle otwarte mam na przykład chaty, a na nich mogą być prowadzone różne rozmowy. Oczywiście nie robię czegoś dosłownie naraz, wyłączam się na chwilę od pracy do rozmowy. I robię to nie w trakcie samej pracy, tylko w czasie krótkich przerw w niej.

Ponieważ praca moja polega na pisaniu niewielkich tekstów, mogę znaleźć taką przerwę zarówno po surowym podyktowaniu tekstu do komputera (i przed etapem jego ostatecznej poprawki i redakcji), jak i po samej redakcji tekstu. To są takie momenty, gdy jestem w stanie się spokojnie przełączyć na inną rozmowę. Przy okazji, taka chwila odpoczynku od pracy zawsze dobrze mi zrobi, nieco odświeży umysł. Ewentualnie mogę zrobić krótką przerwę w trakcie samej redakcji, redakcja nie jest bowiem związana z wymyślaniem tekstu na nowo. Co innego oderwać się na chwilę od poprawy czegoś już napisanego, a co innego przerywać sobie w trakcie procesu twórczego. To ostatnie prowadziłoby do utraty tak zwanego "wątku". Jednak generalnie nie jestem zwolennikiem multitaskingu.

Okazuje się, że mam rację. Badania naukowe dowodzą tego, że mózg ludzki nie jest za bardzo w stanie zajmować się wieloma rzeczami jednocześnie. Jeśli już musimy zajmować jakąś rzeczą, to powinniśmy drugą rzeczy robić nieomal automatycznie i machinalnie. W ten sposób byłem w stanie na przykład rozmawiać z kimś przez telefon przez dłuższy czas i być jednocześnie w grze wykonując proste czynności takie, jak zbieranie surowców lub walka w kółko z tymi samymi przeciwnikami (w obu przypadkach jest to tak zwane farmienie, a więc wykonywanie czynności bardzo prostych, powtarzalnych i rutynowych). Jednak brak naturalnych predyspozycji naszego umysłu do multitaskingu ma też o wiele groźniejsze konsekwencje. Okazuje się, że na przykład nawet stosowanie zestawu słuchawkowego w samochodzie nie chroni nas przed wypadkiem. Bo co prawda trzymamy ręce na kierownicy i patrzymy na drogę, ale podlegamy tak zwanej ślepocie z nieuwagi, czyli dzięki zatopieniu umysłu w rozmowie telefonicznej tracimy wizję tego, co jest na drodze.

Warto pamiętać o tym w sytuacjach, gdy nasze bezpieczeństwo jest jest naprawdę ważne.

środa, 13 września 2017

Googlowy Matrix

Zaczęło się od greckiego serka z Lidla, o ile pamiętam, a teraz doszło do samego Google. O ile w przypadku Lidla skończyło się prawie linczem firmy, która musiała przepraszać za usunięcie krzyża z wizerunku świątyni Anastasis z wyspy Santorini (na opakowaniu jednego ze swoich produktów), o tyle w przypadku Biedronki, która stosowała podobny manewr, firma udaje że nic się nie stało i że nie ma żadnych skarg od klientów. A teraz wybuchła afera z samym koncernem Google, który na bardzo szczegółowych trójwymiarowych wizualizacjach zapomniał dodać krzyży będących na różnych świątyniach. Internauci pokazują na wielu przykładach, że krzyże zostały usunięte. Google tłumaczy się w sposób godny prawdziwego polityka - otóż są to ograniczenia technologii stosowanych do realizacji trójwymiarowych modeli.

Łatwo jednak mieć wrażenie, że takie tłumaczenie jest nieprawdziwe, ponieważ modele są naprawdę bardzo dobrze odwzorowane i raczej nie powinno być problemu z odwzorowaniem także będących na nich krzyży. Jest to raczej próba tworzenia alternatywnej rzeczywistości bez chrześcijańskich symboli religijnych. Niestety takie jest marzenie lewactwa, które zresztą być może się spełni, jeśli w jakimś kraju chrześcijańskim do tej pory, przynajmniej pod względem budownictwa sakralnego, nastanie Kalifat. Wtedy na pewno kościoły zostaną przerobione na meczety lub zburzone. Próżno by dopatrywać się krzyży na obecnym meczecie Hagia Sophia w Stambule.

Zawsze jednak dziwiło mnie poparcie totalitarnych neobolszewickich lewaków dla, jak to mawiają, islamonazistów. W końcu, jeśli islamonaziści wygrają, to lewacy chyba piersi dadzą gardła i to dosłownie. W sumie przecież bardzo głęboko religijni muzułmanie nienawidzą tych, którzy są jawnymi bluźniercami i niewierzącymi. O ile chrześcijanie mogą być obłożeni płaceniem dżizji, czyli podatku od wiary, dzięki któremu będą bezpieczni, o tyle wojujący lewacy raczej nie mają szansę przetrwać w społeczeństwie muzułmańskim. No ale to już jest ich problem, nie mój. Jak do tej pory różne europejskie i amerykańskie firmy testują jednak naszą cierpliwość na modelowanie rzeczywistości i tworzenie mniej lub bardziej wydumanego Matrixa. Na szczęście internet umożliwia ludziom szybkie informowanie o takich rzeczach i wiadomość, a także krytyka, potrafi się sprawnie rozpowszechnić.

Jest więc szansa, że jednak ludzie nie dadzą się oszukać.

wtorek, 12 września 2017

Uroki deszczu

Dziś zapowiada się cały deszczowy dzień, a to oznacza, że w moim miejscu zamieszkania dawać będą sobie znać tak zwane uroki deszczu. Wstałem wyjątkowo wcześnie bo o 3 w nocy, położyłem się bowiem około 21 poprzedniego dnia. Kiedy kładłem się spać, to słyszałem jak bardzo intensywnie pada deszcz. Wstałem i przekonałem się o tym, że na środku pokoju jest mała kałuża wody, która naciekła przez drzwi wejściowe. Są one nieszczelne i w trakcie intensywnego deszczu potrafi naciec przez nie woda. Musiałem więc chwycić mopa i osuszyć podłogę.

Z tym osuszaniem to także nie są nie różowo, bo jest stosunkowo duża wilgotność i woda bardzo słabo wysycha. To sprawia, że w skrajnym przypadku może nawet pojawić się pleśń na przykład na ubraniach czy meblach. Wyrzuciłem kilka spleśniałych kurtek, które mokre wstawiłem do szafy i w szafie nie były w stanie wyschnąć. Na szczęście były to kurtki w miarę popsute, mimo to znacznie zmniejszyła się liczba kurtek, które mam do dyspozycji w jesiennej porze roku. Dodatkowo cieknie mi z dwóch lamp - lampy sufitowej w łazience oraz lampy ściennej w kuchni, gdzie mam swoje biurko. Dodaję to swoistego "uroku" mojemu miejscu zamieszkania.

Według prognozy padać ma aż do wieczora, a ja mam dzisiaj zamiar pójść do sklepu po jedzenie, więc oczywiście nie będzie to zbyt przyjemne. Na szczęście pogoda jest w miarę ciepła, w porównaniu do poprzednich dni, i przynajmniej nie będzie strasznie zimno. Nie da się jednak ukryć, że jesienne dni i słoty zaczynają powoli pojawiać się. A to wszystko będzie oznaczało, że komfort życia w takich zalewanych wodą w warunkach nie będzie najlepszy. W dodatku w sprawach zawodowych mam troszeczkę poślizgów i to też nie nastraja mnie optymistycznie. Zaczyna więc wrzesień robić się miesiącem niezbyt przyjemnym. Ale takie jest życie.

W sumie z całych tych jesiennych opadów wolałbym, żeby wypadła mi jakaś sensowna znajomość :-)

poniedziałek, 11 września 2017

Europejski huragan

Mają rozmach ci Amerykanie. Postanowili odganiać Irmę wentylatorami, a teraz wpadli na pomysł aby strzelać po to, by Irma zawróciła. Tymczasem policja zaprzeczyła na Twitterze, że strzelanie może pomóc cokolwiek w przypadku zawracania huraganów, a wręcz może bardzo zaszkodzić, bo kule mogę po prostu zwolnić i zostać porwane przez wiatr, a potem zawrócić uderzając nie tam gdzie trzeba. Amerykanie miewają ciekawe i odlotowe pomysły. Tylko, że pomysły amerykańskie są na pierwszy rzut oka odlotowe i głupie, a pomysły niektórych polityków polskich lub unijnych niby są fajne i poważne, a po dłuższej analizie dopiero okazują się w pełni idiotyczne.

W sumie można powiedzieć że w Europie także szaleje jeden wielki huragan, który stara się wszystko zniszczyć, zatopić, przekrzywić i pozostawić po sobie Nowy Wspaniały Świat, jak to deklarują jego twórcy i animatorzy. Tylko że ludzie ci nie odrobili lekcji z historii. Nowy Wspaniały Świat się nie udał, wybornie udał się zaś totalitaryzm powstawały przy próbie jego stworzenia. Pewien amerykański profesor zjechał aż 110 krajów tylko po to, aby stwierdzić, że jeszcze nigdzie na świecie socjalizm się nie udał. Mnie wystarczyło pożyć troszeczkę w jednym kraju, żeby być tego całkowicie pewnym.

Swego czasu był dowcip o tym, czym różni się socjalizm realny od socjalizmu teoretycznego - tym, czym krzesło elektryczne od krzesła zwykłego. Niestety, realny socjalizm jest jak krzesło elektryczne. Natomiast zachodni intelektualiści nieustannie, niczym ćmy do ognia, lecą do socjalizmu teoretycznego, który jest najpiękniejszy, bo wszystko na papierze jest najpiękniejsze. Niepozorny papier, który można podrzeć rękami, jest jednak najpotężniejsze materiałem we wszechświecie - bo według znanego powiedzenia papier wytrzyma wszystko. Na papierze socjalizm jest piękny, w praktyce jest okropny. Przekonują się o tym dzisiaj na co dzień mieszkańcy Wenezueli, która powinna być dzwonkiem alarmowym dla unijnych naprawiaczy świata, ale nie jest.

Bo najwyraźniej europejski huragan wywiał im jakiekolwiek myślenie z głów.