sobota, 1 października 2016

Zrobieni w balona

Geje zrobieni w balona. Wróć. Osoby LGBTQ zrobione w balona. Jak informuje Quuer.pl organizacja Planting Peace wysłała właśnie do stratosfery (czyli nieomal w kosmos) balon z przypiętą tęczową flagą  - zatem niebo jest nasze. Teraz pisząc te słowa uzmysławiam sobie zamierzoną (lub przypadkową) ironię tego określenia. To tak jakby LGBTQ zamierzały odebrać niebo Bogu, aniołom i wierzącym w nie religijnym osobom. Chcą odebrać niebo wierzącym i muszą robić się w tym celu w balona. 

To oczywiście gra słów z tym robieniem w balona. Nie jest już grą słów zamierzona (lub jak wierzę przypadkowa) drwina z religii. Natomiast balonem jest dla mnie to dumne epatowanie skrótem LGBTQ. To tak, jakby mówiąc cokolwiek o kulturze od razu walić wszędzie po oczach skrótem UNESCO. Podobnie jak mało dorzeczny jest dla mnie wyraz queer, który dawna InnaStrona przejęła jako nazwę portalową. Queer kojarzy mi się bowiem (podobnie jak jeszcze bardziej śmierdzący polityką gender) z lewackim ideologizowaniem świata i niesionym przez nie konsekwentnie relatywizowaniem wartości oraz pogardą dla tego, co nie mieści się w lewackim punkcie widzenia. 

Innymi słowy - fajny happening z tym balonem z flagą tęczową. I kompletne nadęcie jeśli pisze się o fladze LGBTQ. Wszystko co fajne można zepsuć urzędową nowomową. A lewactwo w Unii i poza nią tego rodzaju nowomowę uwielbia i truje nam nią umysły od lat. Ze skutkiem coraz bardziej opłakanym. Z jednej strony wymuszono pewne przesunięcie się ciężaru akceptacji dla gejów, których już się nie zabija, tak jak to pokazano w Brokeback Mountain. To pozytywne. Ale z drugiej strony wpuszcza się do Europy radykalny islam, który całą tę wymuskaną queer, gender i LGBTQ literalnie zarżnie lub ukamienuje. A wszystko to przy zacietrzewionej ślepocie lewackich elit zwanej dla niepoznaki polityczną poprawnością. To zabójcze.

Oby tylko lewactwo zrobiło siebie w balona, a nas, gejów już nie.

piątek, 30 września 2016

Kopnięty kalendarz

Kopnąć w kalendarz znaczy w języku potocznym wyzionąć ducha. Ale można w inny sposób kopnąć w kalendarz zachowując życie - i nie mam tu na myśli literalnego, dosłownego kopania nogą kalendarza. Otóż pod tym prowokacyjnym określeniem kryje się pewne przemyślenie na temat kalendarza dnia, które ostatnio wykonałem. A zaczęło się od wejścia stosunkowo wcześnie rano (godzina 9) na czata z nickiem zawodowym (szukanie klientów na masaż). No i trafił się taki klient, cudownie umawiający na 10.15. Zatem wspaniały początek dnia - masaż dający więcej zarobku niż kilka godzin pracy przy pisaniu tekstów. 

Oczywiście cieszę się dopiero wtedy, gdy po masażu chowam pieniądze do kieszeni (lub gdziekolwiek indziej). Póki to nie nastąpi, to nic pewnego. I podobnie było z tym masażem. Najpierw oczywiście przygotowania do masażu, odświeżyłem się, przebrałem, posprzątałem, rozłożyłem stół do masażu, wszystko ustawiłem. Potem się okazało, że pan miał się spóźnić o 10 minut. Spóźnił się o pół godziny. Wreszcie dojechał, z drugiej strony niż się spodziewałem. Jedzie, jedzie - i przejechał patrząc akurat w drugą stronę niż ta, po której stałem. Pojechał dalej, ja poszedłem za nim, bo myślałem, że tam zaparkuje. Zawraca. Jedzie, jedzie - i przejechał patrząc akurat w drugą stronę niż ta, po której stałem. Ponownie. I pojechał. Napisałem mu wiadomość, że przejechał koło mnie dwa razy. A on mi odpisał, że zaraz zawróci. 

Czekam pięć minut. I nic. Poszedłem do domu. Efekt - ponad godzina stracona na czekanie na ten masaż-widmo. Z panem, który albo był tak głupi, że mnie nie zobaczył, albo tak cwany, że udawał, że mnie nie zobaczył. Obstawiam drugą opcję. Uczciwy człowiek zawróciłby. A przedtem nie przejeżdżałby tak szybko i raczej by przystanął i zadzwonił, niż frunął w jedną i drugą stronę. Straciłem tylko cenny czas, w godzinach największej dostępności najlepiej płatnych tekstów do pracy. W efekcie napisałem ich tego dnia mniej. A jaki z tego wniosek? Wtedy, gdy jest czas na pisanie lepiej płatnych tekstów trzeba dać sobie spokój z zawodowym czatem i debilami wystawiającymi mój czas na pustą próbę. Lepiej zająć się skromną, ale pewną pracą, niż czekać na takiego jaśnie pana, który ciągle patrzy w przeciwną stronę. Ale była przynajmniej jedna pozytywna strona tego wydarzenia. Od tej strony zauważyłem bowiem, że wstawili nową niepogiętą i wyprostowaną tabliczkę z nazwą mojej ulicy. 

I mój świat stał się przez to odrobinę prostszy ;-)

czwartek, 29 września 2016

Psychologia wolności

Zabawne są obserwacja zachowania ludzi i zwierząt w różnych sytuacjach. Podobne obserwacje miałem z moimi szczurami, które w nowym miejscu zamieszkania po raz pierwszy w ich życiu wypuściłem na trawę. Trawa? Co to takiego? Najpierw moje ogonki siedziały tam w tej trawie jakby kontemplując ową zieloną łąkę i nieznane im dotąd ekologiczne okoliczności przyrody. A potem się radośnie rozhasały. Szczury biegnąc podskakują jak kangury, więc był to zabawny widok. 

Zauważyłem też ciekawą zmianę w ich zachowaniu - gdy w czasie kolejnych spacerów wypuszczałem na na trawę to czasem zaczęły do mnie przybiegać z odległości nawet kilku ładnych metrów i meldować się pod moimi nogami. Czyżby lgnęły do mnie w nieznanym dla nich nowym środowisku? Niemałe zdziwienie miałem także wtedy, gdy mój najgrubszy szczur, Śmigiel, ze zwinnością wiewiórki wskoczył na drzewo i zaczął się po nim wspinać. Dobrze, że go zdjąłem, bo inaczej miałbym szczura na drzewie. I nie wiadomo byłoby jak go zdejmować jeśli by za wysoko się wdrapał.

Są też ekwilibrystyczne aspekty tego ich wypuszczania. Niedawno w czasie porannego spaceru umieściłem dwa szczury na ławeczce nad kanałem. I znów mój najgrubszy Śmigiel - hyc - wyskoczył na ziemię z ławeczki. Ledwie złapałem go za ogon. A zaraz obok ławki są chaszcze i krzaki, gdyby tam uciekł, to nie wiem jak bym go musiał szukać. Posiadanie zwierzaków w podmiejskich okolicznościach przyrody to jak widać duża dla nich frajda, ale dla właściciela to konieczność doglądania ich. Bo takie małe i niesforne wszędzie się wepchają. 

Inni geje woleliby oczywiście, aby wypychały się duże i sforne do zabawy :-)

środa, 28 września 2016

Przeprosiny z imperializmem?

Ciekawy mam problem tu, gdzie teraz mieszkam. Normalnie nikt by go nie zauważył, ale ja mam oko do takich detali - i myślę że warto o nim napisać, choć dla wielu ludzi będzie to zgoła egzotyczna ciekawostka. Ostatnimi czasy mam perturbacje ekonomiczne - musiałem przenieść się z jednego lokum do drugiego, muszę spłacać pewne należności, co dodatkowo odbiera kasę. Żyję bardzo skromnie i na ogół jest tak, że z kasy, którą posiadam, na bieżące wydatki egzystencjalne przeznaczam jedynie drobne końcówki i każde pełne 50 złotych odkrawam na płacenie tych ważniejszych wydatków, na przykład zbieranie na październikowy czynsz w nowym lokum. 

Nie jest to nawet dla mnie uciążliwe, przywykłem do skromnego jedzenia i nie przeszkadza mi to finansowo. Problem pojawia się jednak wraz z nastaniem okresowych większych wydatków ponoszonych, na przykład, na zakup kawy. Moją ulubioną kawę zbożową właśnie kupiłem w okolicznym markecie. Cena nieco wyższa niż w Lidlu lub Tesco, ale różnica kilkadziesiąt groszy - więc to nie jest wielki problem. Ale kawa rozpuszczalna jest bardziej zróżnicowana. W Warszawie piłem tanią (za około 12 zł) kawę rozpuszczalną marki Tesco, wykonaną w stylu Nescafe Gold (jaśniejsze, gładkie granulki) - całkiem dobrą. Tutaj jej oczywiście nie ma, bo nie mam żadnego Tesco w pobliżu. A w moim okolicznym markecie najtańsza jest (w tej samej wadze) kawa Nescafe Classic w cenie też nieco wyższej niż warszawska - około 17 złotych. Czyli 5 złotych więcej, co w dobie przeznaczania lichych kwot na zakupy robi wielką różnicę.

Mam dwie opcje - kupić na zapas kawy z Tesco w czasie jakiejś wizyty w Warszawie (przy okazji załatwiania jakiś innych spraw, aby koszt dojazdu zwalić na karb tych innych zajęć), lub przeprosić się z moją ulubioną niegdyś marką Nescafe i kupować jej klasyczną kawę. Na pewno lepszą od tej z Tesco. Ale coś innego mnie martwi. Że kupując kawę Nescafe wspieram globalistyczny, oraz że tak powiem używając słów, których nie lubię, ale muszę tu użyć - imperialistyczno-kapitalistyczny koncern. Ostatnio wyczuliłem się na sprawy polityki i gospodarki i prawie czuję na własnej skórze ten rabunek, który nam Polakom (i wszystkim innym nacjom też) robią w biały dzień wielkie globalne firmy. Bo zyski z zakupionych przez nas ich produktów raczej nie zostają w kraju zakupu, lecz wędrują w przeważającej części do kieszeni tych, jakby to Lenin powiedział, imperialistów. A ja wolałbym ich nie finansować. Tylko jaki mam wybór? Polska kawa Mokate - chętnie. Ale niestety jest droższa. A mnie na jeszcze droższą kawę teraz raczej nie stać. W sumie jednak Tesco to też jakiś imperializm, więc kupując jego tanią kawę także taki imperializm wspieram. I być może to mnie rozgrzeszy w zakresie dokonywania wyboru.

Po prostu zamienię z konieczności imperializm Tesco na imperializm Nescafe.

wtorek, 27 września 2016

Automatyzm

Zadziwia mnie automatyzm komunikacji na gej czatach - wdrukowany do łba system porozumiewania się, który się niewolniczo realizuje z każdym. Szukasz do związku - a pierwsze pytanie jest nie to to (na przykład) w jakim wieku szukasz partnera lub o jakim charakterze - tylko o twoją rolę w analu. Oferujesz masaż, który robi się każdemu, kto go potrzebuje, a rozmówca zaczyna od pracowitego przedstawienia swoich kompletnie niepotrzebnych do masażu cyferek. Na początku to śmieszy, ale potem już tylko irytuje.

Pokazuje to jednak w jaki wielkim stopniu ludzie ulegają automatyzmowi działania i w jak jeszcze większym stopniu bezmyślnie wzorują się na czymś, co ja nazywam owczym pędem. Jak stado owiec (a w przypadku gejów - jak nomen omen stado baranów) becząc i rycząc biegną w tym samym udeptanym kierunku. Gdy inne barany beczą - to ja też. Gdy inne barany pierdzą - to ja też bąka puszczę. A jeśli mają czkawkę, to ja też mam, albo przynajmniej udaję że mam. Bo jeśli nie będę jak inne barany, to będę inny, odmienny

Rechocząca ironia losu polega na tym, że to samo gejowskie środowisko ustami swoich Aktywistów tak mocno promuje swoją odmienność. Tyle, że odmienność gejów od reszty społeczeństwa. Odmienność w obrębie stada baranów jest widać nie tyle nieskazana, co powszechnie niepraktykowana. Wobec społeczeństwa geje mają być jednak głupio odmienni - bo po co na siłę podkreślać odmienność, gdy znacznie lepiej podkreślać to, co łączy i tym samym ułatwia akceptację? W swoim baranim stadzie mają być zaś głupio identyczni - bo po co wykazywać się myśleniem, skoro inni i tak nie myślą? Słowem - podwójna głupota. Głupota samonapędzająca się jak perpetuum mobile.

Dlatego od zawsze uważam, że w gej środowisku warto iść pod prąd.

poniedziałek, 26 września 2016

Wolne miasto Poznań?

Mam profil na Queer.pl i czasem go odwiedzam, aby sprawdzić ewentualną komunikację. I na stronie głównej Queer.pl widzę zdjęcie z roześmianymi tęczowymi manifestantami z Poznania. Artykuł zatytułowany "Wolne (i tęczowe) miasto Poznań". No bo superancko było - manifa się udała, był prezydent miasta Jacek Jaśkowiak (z PO) i pięknie przemawiał. Pytanie tylko, gdzie jest ta upragniona wolność dla gejów? Wybaczcie, ale nużą mnie te skróty w stylu LBGTQ bo są mało poręczne, więc napiszę "gejów". Tak sobie pomyślałem i sądzę, że na tą wolność nie ma wielkich szans.

Bo PiS rządzi i jej wzbrania? Nie tego się obawiam. Obawiam się czego innego - zawartego w przysłowiu "Panie Boże ratuj mnie od przyjaciół, bo od wrogów sam się obronię". I właśnie tych przyjaciół LGBTQ się boję. Polityków z mainstreamu liberalno-lewackiego. Myślę, że oni, szczególnie w Polsce, traktują troskę o gejów instrumentalnie, jako jedną z kart w politycznej rozgrywce. Gdy karta nie jest im konieczna, to ją mają w dupie. A gdy sytuacja robi się gówniana - to wtedy dopiero z ją tej dupy wyciągają. Wierzyć im na słowo, to znaczy być chyba głuchoniemym. Prędzej PiS zrobi coś dla gejów na fali chrześcijańskiej miłości bliźniego niż oni swoją doraźną polityką.

Zatem nasi polscy politycy to raczej cyniczni gracze kartą gejowską. A te postępowe, zakręcone gender elity unijne? Czy oni nie obronią naszych praw? Obawiam się, że broniąc - w swoim przekonaniu - naszych praw wylewają dziecko z kąpielą. Nawołują do tolerancji dla gejów, ale de facto nie tolerują na przykład chrześcijan, wypierając ich na chama z przestrzeni publicznej. Uprawiają więc faszystowską tolerancję, którą doraźnie obdarzają wybranych, a zwalczają innych. Czy taka wybiórcza "tolerancja" gwarantuje harmonię społeczną? Jasne że nie. Elity unijne, jak sądzę, robią gejom więcej szkód niż pożytku. Zniechęcają do gejów swoją promocją gender ludzi o konserwatywnych poglądach. A o stosunku do gejów radykalnych muzułmanów, których tak lekko wpuszczają do Europy - lepiej nie mówić. Dzięki nim będziemy między młotem a kowadłem.

Chyba faktycznie najwięcej wolności dla gejów może być w chrześcijańskiej miłości bliźniego :-)

niedziela, 25 września 2016

Gwiazdy

"Są dwie rzeczy, które na­pełniają duszę podzi­wem i czcią, niebo gwiaździs­te na­de mną i pra­wo mo­ral­ne we mnie. Są to dla mnie do­wody, że jest Bóg na­de mną i Bóg we mnie." - jak powiedział wielki niemiecki filozof Immanuel Kant. Ludzie znają co najwyżej wyrwany z tego kontekstu kawałek o niebie nade mną i prawie moralnym we mnie. Ciekawy człowiek ten Immanuel. Kant był podobno tak pedantyczny, że gdy punktualnie o 16 pojawiał się na progu swego domu aby zażyć przechadzki, sąsiedzi regulowali zegarki. Na moich studiach, a poświęcone były zgłębianiu podobnej mądrości, mawiało się, że Kanta nie da się rozumieć, Kanta można jedynie tłumaczyć z niemieckiego na niemiecki. 

A jednak to zdanie z Kanta, którego i ja nie znałem w pełnym jego kontekście, jest fascynujące. Bóg jako wspaniały byt, objawiający się w fascynacji gwieździstym niebem (podobno w Królewcu, w którym mieszkał Kant niebo jest szczególnie gwiaździste), o którą tak łatwo każdemu śmiertelnikowi. Ale też objawiający się refleksją na temat tego, co w człowieku, o której próżno by mówić w przypadku większości zwykłych śmiertelników, nie zaglądających ani na milimetr do wnętrza swojej duszy. Jednak piękno świata może iść w parze z wewnętrznym pięknem człowieka i jego człowieczeństwa, które objawia się prawem moralnym. Czyli w uproszczeniu, moim zdaniem, tym, że działamy z innych pobudek niż zwierzęta, dbające wyłącznie o bieżącą egzystencję.

I nie mogę się oprzeć wrażeniu, że gdzieś widziałem takie "zwierzęce" podejście do życia. No tak, to przecież polityka wielu rządów i ugrupowań je tworzących. Załatwianie bieżących spraw, a im bardziej koszula bywa bliższa ciału, tym większy o nią pietyzm. Skupianie się na tym, co przynosi korzyści rządzącym, a nie społeczeństwu. Myślenie po kraniec własnego nosa, a nie po kraniec horyzontu. Egoizm i kolesiostwo, zamiast służby społeczeństwu. Bo nie ma prawa moralnego w środku - jest tylko żołądek na kolejne kąski wyrwane z koryta władzy. Mieliśmy i w Polsce wiele lat takich rządów, które można by nazwać "folwarkiem zwierzęcym". Teraz też naturalnie są pewnie jakieś próby, robione przez niektórych ludzi obecnej władzy, ustawiania się podobnie. Taka ludzka natura. Ale mam nadzieję, że w tej formacji to będą wyjątki od reguły, a nie reguła. 

Bo parafrazując Hegla - wolność u władzy to uświadomiona konieczność - ale służby całemu społeczeństwu.

sobota, 24 września 2016

Parada zgrubności

Poznawanie ludzi to fascynujący temat. A czasem dzieją się w tym zakresie naprawdę dość ciekawe eventy. Na przykład niedawno miałem całą serię wydarzeń niezmiernie interesujących. Najpierw była randka-inaczej z kimś, z kim było miłe towarzyskie spotkanie, bezdotykowe, i taka już ta relacja zostanie. Nazywanie jej randką jest więc stanowczo na wyrost. Potem zjawił się u mnie chłopak, który jakiś czas temu się na mnie obraził i zerwał kontakt. Powstaje więc pytanie - czemu nagle się przymila? Obawiam się, że nie z jakiegoś uczciwego powodu.

Ale pozwoliłem mu przyjechać. To była jeszcze śmieszniejsza randka-inaczej. Chłopak się rozłożył na kanapie z telefonem i laptopem (z góry go uprzedziłem, że sam będę w tym czasie pracował i faktycznie pracowałem) a potem po kilku godzinach siedzenia u mnie znudzony odjechał. W piątek miałem czas w ciągu dnia, bo nie było zleceń. I teoretycznie gdyby ten chłopak się umówił, to mógłby ze mną normalnie się spotkać. Ale po co? Poznając go kilka miesięcy temu dopatrywałem się wielu manipulacji w jego historii i bardziej mi przypominała historię jakiegoś oszusta niż uczciwego chłopaka. I obecne jego zachowanie idealnie z tym harmonizuje - oszustowi pali się gdzieś grunt pod nogami i szuka nawet do mnie, już uprzednio skreślonego, odskoczni. 

Kolejny był telefon od faceta, który mnie podrywał jakiś czas temu. Tym razem zadzwonił do mnie pytając kiedy będę w pracy - ale pomylił mnie z jakimś Rysiem ze swojej roboty. Pomylił mnie, czyli nie miał mojego telefonu zapisanego. Ergo - wykasował mnie z telefonu. Ergo - nie warto brać go już nigdy więcej pod uwagę. Kolejny problem z głowy. A dla równowagi problem - do głowy i do serca. Bo niedawno odezwał się też do mnie Dawid. Nie gadaliśmy od miesiąca. I nie muszę chyba tłumaczyć, że po tym co już do niego poczułem nie mam nawet milimetra wątpliwości, kto mnie zainteresuje. Nie żaden przyjeżdżający do mnie na randkę-inaczej gość, ale chłopak zamieszkały w okolicach Łodzi. Chłopak, który nieprędko będzie w stanie spotkać się ze mną. Ale też chłopak, z którym tyle już przegadaliśmy i z którym tyle do siebie zaczęliśmy czuć. I nadal odczuwamy. Może się nam udać lub nie. Ale na pewno będziemy próbować. 

A jeśli nam się uda, to przytulę się do jego uda ;-)

piątek, 23 września 2016

Smutny dzień

Dziś o pewnym smutnym dniu - czyli dzisiejszym. Ale bez obaw - ne będzie ciotodramy. To fajne słowo przez kogoś wymyślone. Będzie o smutnym ale zwyczajnym dniu, a nie dniu pełnym nieszczęść na miarę Armageddonu. Zaczęło się od tego, że wstałem o godzinę później. Normalne, często się zdarza. Godzina w plecy. Ale organizm potrzebował tego aby wypocząć. I śnić. A śniło mi się, że jechałem jakimś ekspresem, ale bez oznaczonych miejsc, w którym ukradli mi walizkę. I jakąś inną podstawili w innym kolorze. I porządkowałem to co zostało z bagaży, gdy się cudownie obudziłem. Albo raczej zostałem obudzony przez budzik. 

Ubrałem się i poszedłem nad kanał. Na wodzie kręgi, pewnie rybki się pluszczą. No niestety nie - mży drobny, ale coraz mniej drobny deszczyk. Smutno, chłodno i jeszcze deszcz. A chciałem usiąść na ławeczce nad kanałem i posiedzieć trochę, ale ławeczka mokra. No to wracam i zapuszczam komputer do pracy. A tu problem. Zleceń po pierwsze jest już niewiele, pokazuje se dno w tej beczce, a na dodatek najbliższe sensowne zlecania są za 4 godziny. Bo teraz są mniej wycenione niż w momencie, gdy będą bliżej wygaśnięcia. Więc teraz nie opłaca się ich pisać. Mam zatem cztery godziny przymusowego bezrobocia. I niepokój w sercu, bo w takim tempie dziś wykończą się zamówienia. A co będzie w weekend, jeśli nie dorzucą nowych?

Będzie weekend na wypoczynek. Ale to będzie nerwowy wypoczynek. Muszę bowiem zebrać kasę na kolejny czynsz i na inne należności, a tu nie mam jak jej zarabiać. I mam zmartwienie. Tak prawie wszystko się sprzysięga przeciw mnie - pogoda, brak zleceń w pracy. Ale mimo wszystko mieszkam przynajmniej w pięknej okolicy. I czasem spotyka mnie coś pięknego. Na przykład to, że dziś odezwał się do mnie (po ponad miesięcznym milczeniu) pewien chłopak, na którym mi bardzo zależy. Czy to nie jest pozytywny znak przebijający z nawiązką wszystkie dzisiejsze codzienne małe smutki? I oczywiście, ponieważ już nie raz przekonałem się, że takie rzeczy nie dziej się u mnie swawolnym przypadkiem, zastanawiam się jaki to jest znak i co on zapowiada.

Na pewno na teraz zapowiada jedno - że nawet w smutnych dniach bywają chwile radości :-)

czwartek, 22 września 2016

No Sierra

AppStore powiadomiło mnie o instalacji nowszej wersji iTunes więc ją zrobiłem. I przy okazji zobaczyłem, że jest już nowsza wersja systemu operacyjnego - Ale nie Mac OS X lecz macOS - taka już zmiana się skroiła. A dokładniej macOS Sierra. Ale moja ciekawość nie mogła być łatwo zaspokojona, bo jak się okazało mój komputer jest o rok starszy niż minimum dla tego rodzaj maków. Teoretycznie więc nie mogę zainstalować tego systemu. W praktyce - jak czytałem w sieci - można przy pomocy specjalnego patcha.

I zacząłem się zastanawiać - robić na siłę upgrade czy nie? Zdecydowałem, że jednak nie. Po co mam patchować sztucznie system przed każdym kolejnym upgrade? A z tego co wyczytałem, to zmian w tym systemie jakiś super wspaniałych nie ma za wiele. Gdyby jeszcze mój dysk backupowy żył, to bym zrobił backup i może próbował, ale dysk backupowy odszedł do krainy wiecznych bajtów. I musiałbym cudować (i tracić czas) na robienie kopii zapasowej i instalację systemu na nowo sformatowanym dysku (bo upgrade by się ne dało zrobić). A to oznacza czas zmarnowany na tej zabawie. 

Zostanę więc przy ostatnim Mac OS X El Capitan. Miałem już kiedyś taką sytuację, gdy zostałem przy Mac OS X Snow Leopard na czas dwóch kolejnych płatnych generacji (Lion i Mountain Lion) - robiąc zmianę dopiero na bezpłatny Mavericks. Teraz też mogę spokojnie zostać z tym systemem na dłużej, skoro mój leciwy komputer już na to nie pozwala. A być może w przyszłości kupię jakiś nowszy używany model i przeniosę tam swój dysk mając wtedy możliwość zrobienia upgrade. I celować z tym mogę na rok 2017, bo wtedy ma wejść nowy lepszy system plików. Jak już dokonywać zmiany, to bardziej radykalnej. Tak jak moja niedawna zmiana tradycyjnego dysku twardego na dysk SSD. To była zmiana hardware, a za rok zrobię być może zmianę software. 

Zatem w tym roku opis w About This Mac się nie zmieni :-)