czwartek, 22 czerwca 2017

Perwy do związku

Niedawno miałem na czacie rozmowę z osobą, która miała w nicku napisane "Perwy" i "Związek" - czyli dwa bardzo sprzeczne pojęcia. Perwy kojarzą mi się z szukaniem jakiś wyuzdanych wrażeń w ramach seks przygód, zaś związek to szukanie człowieka do życia razem, a zatem dobieranie się także pod względem charakteru, a nie jedynie erotycznych upodobań, choćby nie wiem jak nietypowych. Dlatego też byłem bardzo ciekawy tego, jak potoczy się rozmowa z tym poszukiwaczem "perwersyjnego związku".

Oczywiście mój rozmówca zaczął od tego, że wypytywał mnie o to, czy podobają takie lub inne perwersyjne rzeczy, na przykład lizanie stóp. Akurat jestem w tym zakresie fetyszystą, ale lubię to nie dla samego lizania. Zaznaczyłem bardzo ważną rzecz, że lubię to robić nie dlatego, że kręci mnie samo lizanie, ale dlatego, że mam uczucie i emocjonalną bliskość do osoby, której uczucia odwzajemniam właśnie w taki "perwersyjny" sposób. To właśnie bliskość sprawia, że otwieram się na tak intymne doznania i tak intymne pieszczoty. Bez tej bliskości nie ma w moim przypadku chęci do robienia jakichkolwiek "perwersji". Zresztą nie odbieram tego w ogóle jako perwersje, ale jako bardzo intymne, osobiste, głęboko uczuciowe i szalone w miłości okazywanie bliskości. Nie traktuję więc tych "perwersji" jak swoistego "sportu". Mam zaś wrażenie, że dla mojego rozmówcy oczywiste było właśnie takie podejście.

Potem mój rozmówca przysłał mi zdjęcie swojej stopy - ale napisałem mu jednak wyraźnie, że mnie podnieca poczucie bliskości z drugą osobą, a nie samo zdjęcie. To uczuciowa bliskość sprawia, że ciało partnera kręci i niesamowicie podnieca. Oczywiście rozmówca zamknął okno rozmowy. Wyraźnie widać, że szukał tak naprawdę jakiegoś "perwersyjnego" seks układu. Gdyby szukał związku, to najpierw upewniłby się, że czuje z kimś chemię i bliskość, a potem zagłębiałby się w te intymne perwersje i emocje. Wywalanie tego od razu na wierzch przypomina mi typowy czatowy seks stragan, zaprojektowany do wyszukiwania osoby do szybkich seks przygód. Do wyboru, do koloru, od perwersji, do perwersji - dla samej perwersji. Mnie takie "płaskie perwersje" nie kręcą. To za mało, aby się po nie "schylać".

Mnie kręci magia emocji i uczuć, która takie perwersje tworzy, nawet bezwiednie i bez specjalnego nastawiania się na nie.


środa, 21 czerwca 2017

Homofobiczne cukierki

Zachodnia Europa i ogólnie lewactwo to bastion tak zwanej politycznej poprawności, która coraz bardziej wychodzi bokiem samym mieszkańcom Europy. W sumie to jest ona tak naprawdę swego rodzaju faszystowskim, jedynie słusznych światopoglądem nie dopuszczającym żadnych innych sposobów myślenia, pomimo oficjalnie głoszonej wielokulturowości (a raczej multikulti, bo z rzeczywistą wielokulturowością nie ma to wiele wspólnego).  Wielokulturowość polega bowiem przede wszystkim na szacunku do innych kultur i ich współistnieniu - tymczasem lewactwo faworyzuje tylko swoje idee (na przykład wrogi Europie islam), a gniecie to, co dla nich niewygodne (na przykład naturalne w Europie chrześcijaństwo).

Ten krótki wykład o politycznej poprawności był niezbędny, aby zasygnalizować, że obecne nadmiernie i powodowane polityczną poprawnością krytykowanie ludzi (czyli nakładanie im łatek homofobów,  islamofobów, rasistów i tym podobnych) ja odbieram z przymrużeniem oka. Traktuję to nie jako rzeczywistą ocenę, ale prostacki polityczny bejsbol, którym okłada się politycznych przeciwników, stygmatyzując ich na siłę. Nie jest to żadna rzeczywista  troska o szacunek dla innej religii lub seksualnej orientacji. Lewactwo już nieraz  pokazywało, jak wybiórczo, instrumentalnie i co najważniejsze jednostronnie stosuje te narzędzie. Jednych zabraniają obrażać, innych sami obrażają. To kompletnie i z pełną tego świadomością zakłamane.

Dlatego wiedząc to wszystko z uśmiechem podszedłem do informacji o tym, że uznali producenta cukierków Skittles za rasistowskiego, mimo, że on właśnie chciał wesprzeć ruch LGBT. Skittles wypuścił specjalną białą serię cukierków (normalnie produkuje kolorowe). Chciał tym samym schować swoją tęczą cukierków, aby pokazać, że w czasie Pride tylko tęcza LGBT ma znaczenie. Tymczasem debile z polit poprawnego lewactwa uznali go za rasistowskiego, bo wypuszcza białe cukierki. Im się wszystko, co białe, kojarzy z rasizmem. Przypomina się dowcip o sierżancie, któremu biała chusteczka kojarzyła się z pierdoleniem. Dlaczego? Bo, melduję posłusznie panie poruczniku, mi wszystko się  kojarzy z pierdoleniem. A lewakom wszystko białe, kojarzy się z rasizmem.

Stosując to myślenie mamy na przykład w Polsce groźnych rasistów w osobach Obywateli RP, którzy blokują miesięcznice smoleńskie z białymi różami.

wtorek, 20 czerwca 2017

Szkoła nieporadności

Czasem korespondencja z jakąś osobą, która odpowiada na nasz anons może być, jak to wyraziłem w tytule tego posta, prawdziwą szkołą nieporadności.  Dzieje się tak wtedy, gdy korespondencja z taką osobą jest po prostu beznadziejna. Niedawno miałem taki przypadek i całą korespondencję, która toczyła się krótkimi zdaniami, można było ująć w formie krótkiego dialogu. Takiego, który nieraz pokazywałem na blogu. Oto ta korespondencja (on i ja).

- Aktualne do związku mam 29 lat
- Owszem aktualne. Jakby było nieaktualne to bym je usunął :) Ja mam 49 lat
- A co proponujesz
- Dziwne pytanie. Przypomina mi pytania adresowane do ludzi szukających szybkiego seksu :) Skoro szukam związku to chyba wiadomo co proponuję :)

- Ok

Nick mojego rozmówcy był dość ciekawy, bo mowa w nim była o pożyczkach. Być może ten człowiek zamieszcza takie pożyczkowe ogłoszenia lub też ma związek z tego rodzaju biznesem. Na pewno nick nie jest podstawą do oceny kogokolwiek, ale rozmowa - już tak. Pierwsze co rzuciło się w oczy, to zapominanie używania znaku zapytania przy pytaniu, typowe dla wielu użytkowników internetu. Na szczęście można się zorientować w tym, co jest pytaniem. Ale nie to jest największe zastrzeżenie. 

Samo rozpoczęcie korespondencji jest stosunkowo nieporadne - bo skoro mamy do czynienia z anonsem, to można w ciemno zakładać, że jest aktualny i pytanie o to jest troszeczkę nie na miejscu. Drugie pytanie, które zadał bez znaku pytania, kompletnie mnie rozbroiło. Jeśli szukam do związku, to można bardzo łatwo domyśleć się, co proponuję. Pytanie "co proponujesz?" bardziej pasuje do osób szukających szybkiego seksu - każdy z nich może bowiem szukać (i tym samym proponować) coś innego. Trzecia odpowiedź na to, co napisałem, kompletnie mnie zniechęciła. Zobaczyłem bowiem, że ten człowiek  nie ma nic ciekawego do powiedzenia. Skoro nie potrafi poprowadzić zwykłej zapoznawczej rozmowy i jedyne co mi odpowiada to głupie "Ok" - to szukanie go na silę do związku nie ma żadnego sensu.

Bo to, że ktoś w rozmowie napisze OK nie znaczy, że jest człowiekiem OK.

poniedziałek, 19 czerwca 2017

O wyższości niższości

Dzisiaj chciałbym napisać o wyższości niższości - to oczywiście gra słów, ale dotyczy lokali mieszkalnych, które miałem okazję przetestować ciągu ostatnich miesięcy. Mieszkam w jednej lokalizacji, ale w tym czasie przebywałem aż w trzech lokalach. Najpierw mieszkałem od samego początku w pierwszym z nich przez kilka miesięcy. Potem mieszkałem tymczasowo w drugim z nich przez kilka dni. Teraz mieszkam znów na stałe w trzecim z nich od kilku dni. Zatem mam za sobą w sumie dwie przeprowadzki wewnętrzne i trzecią, która mnie tu przywiodła. Mieszkałem zaś w różnych lokalach i można je porównać.

Tak naprawdę jest sens porównywać jedynie pierwszy i ostatni lokal, bo ten pośredni tymczasowo przez kilka dni zamieszkiwany był beznadziejny. Pierwszy lokal był (dosłownie) pawilonem na poziomie (poziomie gruntu) i przez to wydawał się domkiem letniskowym. Niedawno go wymalowano i zrobiono zewnętrzne parapety w oknach. Jednak w środku było gorzej - kiepawa kuchnia tuż przy wejściu, kiepawa łazienka, niedomykające się do niej drzwi (przez wybrzuszenia podłogi). Meble ściągane przeze mnie skąd się dało - z konieczności prezentowały się jak przysłowiowy groch z kapustą. Klient wchodzący do tego lokalu miał wrażenie, że to jakiś standard domku wypoczynkowego z czasu PRL.

Lokal, w którym obecnie mieszkam znajduje się w podpiwniczeniu, dlatego wejście do niego prowadzi schodkami pod zadaszone patio, które jednak na razie jeszcze pełne jest gratów, jest więc mało eleganckie. Lokal jest dzielony łazienką, obok której biegnie korytarz do znajdującej się z tyłu (i mającej osobne okno) kuchni. Kuchnia tak samo lipna, jak w poprzednim budynku - ale nie na widoku klienta. Szafy te same, ale te brzydsze ukryte w korytarzu i kuchni przed wzrokiem gościa. Szczury pod kuchennym oknem, ciągle otwartym, więc nie śmierdzą tak, jak w poprzednim lokalu. W miejscu masażowym przestronnie i bardziej elegancko, a nawet bardziej intymnie, bo mam grubsze zasłaniające światło zasłony. Łazienka ładniej urządzona, choć bez kafelków. Mimo, że to mieszkanie jest w piwnicy, to jego masażowa część robi zdecydowanie lepsze wrażenie. Klient powinien tu być bardziej zadowolony.

I na tym właśnie polega wyższość jej piwnicznej niższości.

niedziela, 18 czerwca 2017

Technologiczny dinozaur

Czasem czuję się technologicznym dinozaurem i to nie dlatego, że nie umiem posługiwać się urządzeniami wysoko technologicznymi. Wręcz przeciwnie - spędzam regularnie czasem i kilkanaście godzin na dobę przy komputerze, nie tylko pracując na nim, ale także robiąc swoje prywatne rzeczy. Jestem non stop przypięty do netu w tym czasie. Ale dokumenty wolę pisać i przechowywać offline na kompie, a nie w sieci (z oczywistym wyjątkiem bloga). Korzystam ze smartfona i prawie nie ruszam się bez niego, ale zachowuje się mimo wszystko jak dinozaur, co uświadomiła mi rozmowa telefoniczna, którą przeprowadziłem wczoraj z przyjacielem, a także kilka refleksji, które po niej miałem.

Kolega nie odzywał się do mnie przez kilka dni, więc napisałem do niego SMS. Oddzwonił nie mając pojęcia z kim ma do czynienia. Okazało się, że utopił smartfona w wannie i nie wiedział, do kogo mój numer  należy, bo stracił zapisane w nim dane. Ja nie tylko nie używałbym smartfona w wannie, ale co więcej - nigdy nie zdarzyło mi się nawet porysować (nie mówiąc już o stłuczeniu ) ekranu w telefonie. Po prostu jestem takim dinozaurem, który dba o to, aby nie wsadzać telefonu do kieszeni z kluczami (a jeśli już, to telefonu w skórzanym ochronnym etui). Pod względem (dla mnie przecież oczywistej i naturalnej) dbałości o sprzęt elektroniczny jestem najwyraźniej niedzisiejszy. Mój sprzęt elektroniczny, nawet używany latami, jest tylko naturalnie zużyty lub wytarty, ale nie zmasakrowany.

Podobnie ma się sprawa z dostępem do informacji. Zdecydowanie preferuje tradycyjne pisany tekst niż filmiki. Dlaczego? Dlatego, że w tekście bardzo łatwo można pominąć nieinteresujące mnie fragmenty i przeskoczyć do lektury tego, co ciekawe. Gdybym korzystał zaś z popularnych wśród wielu osób plików wideo, musiałbym oglądać je (tak jak telewizję) w całości, bo nie mógłbym szybko selekcjonować informacji. A to często byłaby strata czasu. Oczywiście to, co wiem, że jest ciekawe, oglądam w całości, ale nie wszystko jak leci. Potrafię zatem korzystać z internetu w sposób inteligentny, wybierając informacje, które mnie interesują, a nie korzystam z niego w sposób obrazkowy, filmowy, typowy dla naszych czasów, w których kultura czytania zastąpiona jest pismem obrazkowym i gapieniem się w wideo. Jeśli na przykład przeglądam poradniki konfiguracji komputera, to zdecydowanie wolę pisemne, niż filmy na YouTube, który to wszystko pokazują bardzo często w sposób albo zbyt powierzchowny, albo zbyt rozwlekły. Niedzisiejsze jest więc to, że wolę słowo pisane od kodu obrazkowego. Z jednym wyjątkiem - oglądam filmiki pokazujące dobieganie do różnych trudno osiągalnych miejsc w grze, bo łatwiej mi to zapamiętać obrazkowo, niż czytając opis takiej wędrówki.

Dlaczego jestem komputerowym dinozaurem - bo mam myślące podejście do wielu komputerowych spraw, które inni traktują bezmyślnie ;-)

sobota, 17 czerwca 2017

Tatuażowe torury

Tatuaż jako ozdoba ciała obecny jest w bardzo wielu kulturach od niepamiętnych czasów. Popularny jest również w Europie, nie tylko wśród ludzi naszej orientacji. Nawet niedawno po zamachach w Manchesterze wśród Brytyjczyków popularny stał się tatuaż pszczoły, który symbolizuje zaatakowane miasto. Zupełnie inna sprawa, na ile skutecznie odstraszy on islamskich bojowników od podejmowania kolejnych zamachów. Obstawiam, że wcale. Jest jednak inny przypadek, w którym tatuaż może odstraszyć. Takie wydarzenie miało miejsce w Brazylii.

W okolicach Sao Paulo dwóch mężczyzn (tatuażysta i brukarz) przyłapało na gorącym uczynku 17-latka, który próbował ukraść rower. Zaciągnęli go do zakładu tatuażu i wytatuowani mu na czole napis "Jestem złodziejem i frajerem". Oczywiście nie mieli do tego prawa, dlatego też, gdy umieścili nagranie tego incydentu w mediach społecznościowych (w tym przypadku słowo "incydent" ma większy sens, niż używane do opisywania zamachów terrorystycznych), bardzo szybko zostali namierzeni przez policję i aresztowani. Zarzucono im tortury, oczywiście  przyznali się do winy twierdząc, że chcieli dać dla młodocianemu złodziejowi nauczkę.

Ten zaś tłumaczył się (w sposób godny polityka), że po prostu przewrócił się na rower. Politycy mogliby brać u niego korepetycje. Kara, którą samowolnie obaj panowie wymierzyli, była z pewnością zbyt surowa i przede wszystkim samowolna. To państwo powinno karać, a nie obywatele. Lecz ci ostatni muszą mieć poczucie, że państwo potrafi złapać złodzieja i ukarać go. Może jednak taki przypadek zniechęci jakiegoś innego potencjalnego złodzieja. Bo kto wie, na kogo można trafić. W sumie prawie każdy człowiek może przy odpowiedniej kreatywności zgotować takiemu złodziejowi tortury. Może na wszelki wypadek warto nie kraść?

Szkoda że nie można tak łatwo zniechęcić dżihadystów...

piątek, 16 czerwca 2017

Imigrancki szantaż

Specjalnie dałem dla dzisiejszego posta taki tytuł, ale bynajmniej nie o polityce imigracyjnej oraz sporach i konfliktach Polski z Komisją Europejską i tym podobnych aktualnych tematach chcę pisać. Opowiem o rozmowie, która miałem wczoraj na gej czacie z osobą, którą można by określić mianem takiego (oczywiście w bardzo dużym cudzysłowie) "imigranta". Rozmówca miał 38 lat, pochodził z jednego z wielkopolskich miast i zagadał mnie wtedy, gdy napisałem że szukam związku na czacie ogólnym.

Rozmowa toczyła się w miarę, choć nie zdążyłem zapytać go jeszcze o wiele rzeczy, natomiast mój rozmówca zaczął dość szybko wyrażać opinię o tym, że chciałby się ze mną spotkać. Czyli, tak jak imigrant, nawiedzić mnie w domu, bo ja mu napisałem, że niestety nie mam obecnie możliwości podróżowania po kraju. Oczywiście on stwierdził, że chętnie przyjedzie do mnie, tylko musiałby nocować u mnie lub na dworcu. Odpowiedziałem mu, że już kiedyś kilka osób zapracowało na to, abym był bardzo ostrożny wobec nowo poznanych osób w zakresie udzielania im noclegu. Potem zaś zapytałem go, czy wie kiedy moim zdaniem powinno się spotkać osobiście.

Oczywiście nie wiedział tego, więc powiedziałem, że moim zdaniem powinno się poznać osobiście dopiero wtedy, gdy po wstępnej rozmowie poznajemy daną osobę na tyle, że czujemy radość na myśl o spotkaniu z nią. Wtedy to rzeczywiście ma sens. Jesteśmy w pełni pozytywnie nastawieni do spotkania i to się może udać. Jeżeli zaś ktoś jest nam kompletnie obojętny, zupełnie jeszcze nieznany, to spotkanie z nim raczej zawsze zdecydowanie zakończy się po prostu klęską. Tym bardziej nie powinno się przejeżdżać przez pół Polski tylko po to, aby na taki fakap zaliczyć. A co na to mój rozmówca? Powiedział, że nie przeszkadza i zamknął rozmowę. Zabawny szantażysta, usiłujący przedwcześnie wepchnąć się na siłę do mnie. I zarazem niestety kompletnie nieodpowiedzialny

A do związku szuka się jednak ludzi odpowiedzialnych :-)

czwartek, 15 czerwca 2017

Wiatraki do wiatru

Dzisiejszy post związany jest w pewnym sensie ze świętem Bożego Ciała, ale w zupełnie inny sposób, niż można się było tego spodziewać. Otóż, jak wiadomo, w czasie święta Bożego Ciała odbywają się kościelne procesje. A ja mam dzisiaj do poruszenia temat, który nadaje się raczej na proces, chociaż trudno jest znaleźć tu jednoznacznie winnego, a tym bardziej pociągnąć do odpowiedzialności.  Sprawa dotyczy naszych wspaniałych odnawialnych źródeł energii. czyli ekologicznych farm wiatrowych, które powstały w Polsce. Wiatraki są nadal u nas dość egzotycznym elementem krajobrazu, ale oglądając je myślimy o tym, że dzięki nim pozyskujemy zieloną, ekologiczną energię. Wszystko to niby jest prawdą, ale...

Bez wątpienia energia produkowana przez farmy wiatrowe jest w pełni ekologiczna. Problem polega na tym, że polskie farmy wiatrowe naprawdę zostały (niestety, tylko w przenośni) wystawione do wiatru. O ile dosłowne wystawienie do wiatru jest dla nich najbardziej wskazane, gdyż dzięki temu wiatraki mogą być najlepiej napędzane przez wiatr i produkować więcej energii, o tyle przenośne wystawienie do wiatru oznacza, że w 2016 roku farmy wiatrowe w Polsce odnotowały 3 miliardy złotych strat. Okazuje się bowiem że w Polsce nie ma klimatu do tego, aby inwestycja w farmy wiatrowe się opłacała.

Naturalnie w Polsce wieją wiatry i farmy wiatrowe mogą mieć sens, ale akurat w przypadku inwestycji które były na dużą skalę realizowane okazuje się, że nie są one w stanie na siebie zarobić - aż 70% farm wiatrowych w Polsce przyniosło straty.  Składa się na to przede wszystkim dziesięciokrotne zmniejszenie dopłat dla ich właścicieli za produkcję zielonej energii, a to oznacza, że firmy, które zainwestowały w farmy wiatrowe zarabiają na tym znacznie mniejsze pieniądze. To przekłada się również na potencjalne problemy z obsługą zadłużenia, bo przecież większość firm zaciągała kredyty, aby takie farmy zbudować. Jak się okazuje, na wystawionych w przenośni do wiatru farmach zarobili jedynie ci, którzy dostarczyli technologię w czasie ich budowy - jak znam życie, były to głównie firmy niemieckie (bo w Niemczech energetyka OZE jest bardzo silna i wiele firm produkuje tam komponenty do OZE). 

Wygląda na to, że polscy właściciele farm wiatrowych mogą zamiast zysków szukać wiatru w polu.

środa, 14 czerwca 2017

Kod frustrata

Zadziwiające jest, jakie odpowiedzi otrzymuje się, gdy szuka się kogoś do związku i zamieszcza również anonse. Niekiedy ludzie odpisują w sposób dziwaczny i tak zagmatwany, że nawet amator kryptologii mógłby mieć problem z zorientowaniem się, o co chodzi. Tego rodzaju wiadomość trafiła mi się dzisiaj po południu, gdy zasiadam do komputera. Nie mogłem napisać rano postu na blog, dlatego że miałem spakowany komputer, przygotowując się do przenosin, które jednak potem nie nastąpiły. Dlatego teraz mogę uzupełnić zaległości - i oto cytuję odpowiedź na mój anons, którą otrzymałem od pewnego dżentelmena (pisownia wiadomości oryginalna):

bosze, zukaszja ten 42-letni bodaj prwnik, ateista zaczyna byc nie tylko meczace, ale staanawiajace,ze faect, ktory Kos szusza nie moze Jego znalesc (nie chodzi mi o sauny, kurwi-dolki tzw.kluby) piotr

Gdybym był złośliwy powiedziałbym, że jest to kod frustrata. A gdybym był jeszcze bardziej złośliwym, napisałbym, że to KOD frustrata. Faktycznie zaś jedno mnie dziwi - czy ten, który pisał tak przepiękny i tak głęboko literacki respons na mój anons jest owym 42-letnim "bodaj prawnikiem", czy też jego ma na myśli. Raczej chyba ta druga opcja, bo gdyby sam był prawnikiem, to nie pisałby o sobie "bodaj". I nie miałby na bakier z ortografią i gramatyką oraz jasnością myśli. W końcu określenie "prawniczy język" oznacza precyzyjny i logiczny sposób wyrażania się.

Szersza refleksja po zapoznaniu się z tym responsem jest jednak inna. Na anonse odpowiadają lub też na czatach wypowiadają się ludzie, których można określić mianem różnego rodzaju frustratów i dziwaków. To ludzie, którzy swoje dziwne gorzkie żale przelewają na innych - bluzgają, wypisują niezrozumiałe rzeczy, kopiują z automatu tę samą odpowiedź do wielu ludzi (co można stwierdzić samemu otrzymując jej liczne sklonowane kopie). No cóż, każdy swoją frustracje leczy w taki sposób, jaki  uważa za stosowny. 

Widocznie ten świat musi taki być, bo gdybyśmy sami nie mieli frustracji to może świat byłby sfrustrowany.

wtorek, 13 czerwca 2017

Zadziwiający Bitdefender

Odkąd musiałem zrezygnować swojego starego siedmioletniego Maca i przejść  na Windows 10, to zrobiłem mały research jeśli chodzi o programy antywirusowe i wybrałem Bitdefender, który jest szybki, sprawny, nie zżera zbyt wiele zasobów systemowych i jednocześnie wykrywa największą liczbę wirusów. Nie spodziewałem się jednak tego, że program ten będzie nie tylko dobrze służył mi jako zabezpieczenie komputera przed różnymi nieprzyjemnymi programami, ale także obroni "zagrożenie" ze strony, z której się go nie spodziewałem.

Jak już pisałem kilka dni temu, z powodów techniczno-bankowych nie mogłem otrzymać wynagrodzenia w przepisowym terminie. To przełożyło się również na niezapłacenie w terminie faktury za bezprzewodowy internet. W pewnym momencie mój dostawca internetu bezprzewodowego powiadomił mnie, że założą mi tak zwany lejek (ograniczenie transmisji danych). Jednak korzystając z tego internetu nie zauważyłem żadnej różnicy, choć podobno lejek już działał. W ostatnich dniach Bitdefender informował mnie o wykryciu prób phishingu - jak się okazuje wziął za phishing komunikaty od operatora internetu. Być może dzięki ich blokowaniu lejek nie zadziałał. 

Tak więc wszystko wskazuje na to, że Bitdefender ochronił mnie od zastosowania lejka, czyli zbyt niskiego ograniczenia transmisji internetowych danych, które de facto sprawiłoby, że z internetu nie dałoby się sensownie korzystać. Wszystko niemiłosiernie by się dłużyło, bo nawet obecne strony internetowe nie liczą się z transmisją danych. Przy okazji wyszła na jaw ciekawa rzecz.  Tym razem musiałem płacić fakturę za Internet nie przelewem z rachunku bankowego, ale wpłatą w kasie innego banku. I co się okazało? Na konto operatora ta wpłata przyszła dwa razy szybciej niż przy płatności przelewem z poprzedniego rachunku - a korzystam obecnie ze znacznie mniejszego banku, niż ten poprzedni. Mały bank, a szybciej przepycha pieniądze. Zadziwiające, ale miłe.

Dobrze, że programy antywirusowe potrafią chronić nas nie tylko przed wirusami :-)