środa, 24 maja 2017

Kultura odejścia

Ostatnio mieliśmy do czynienia z kilkoma smutnymi i pouczającymi zdarzeniami. Najpierw okazało się, że Zbigniew Wodecki trafił do szpitala, potem przyszła informacja o jego śmierci, która ukazała się fake newsem. Bardzo źle to świadczy o zamieszczającym ją medium. Później niestety informacja o śmierci Zbigniewa Wodeckiego przyszła już ponownie, tym razem oficjalna. Zadzwonił do mnie mój były chłopak i przekazał mi tę wiadomość, a przy okazji zasłużył sobie na szacunek, bo nie spodziewałem się, że kojarzyć będzie Zbigniewa Wodeckiego. Pozytywnie mnie tym zaskoczył - mały promyk radości w tym smutnym dniu. Niedawno zaś przeczytałem artykuł o tym, jak Joanna Racewicz, która straciła w Smoleńsku męża będącego pracownikiem BOR, w bardzo wzruszającym stylu wspomniała Zbigniewa Wodeckiego. Napisała to na Facebooku.

Jak zawsze … Zbigniew Wodecki, mistrz, legenda, wielkie, przeogromne serce. Nie zapomnę, jak pięknie zagrałeś Ave Maria mojemu Janosikowi. Zadzwoniłam, spytałam z drżącym sercem i nie wahałeś się nawet sekundę. Dziękuję. Tak, jak Wtedy. Zagraj Mu Tam. Jeszcze raz. Też kiedyś wpadnę na koncert. Po drugiej stronie.

Świat od razu staje się piękniejszy, gdy widzimy, że nadal żyją w nim wspaniali ludzie pełni kultury, jak pani Joanna. Niestety, we współczesnym świecie kultura, klasa i szacunek dla drugiej osoby  schodzą często na drugi plan, w imię brutalnej walki politycznej, którą niektóre środowiska najwyraźniej koniecznie chcą wywołać - bo to jedyne paliwo, które umożliwia im istnienie. Skoro nadal nie mają wyraźnego, pozytywnego programu politycznego, to starają się żerować na nienawiści. A tak przy okazji walki politycznej - redaktor Lis, pierwszy wojownik medialny III RP, ostatnio zbłaźnił się. Lis zamieścił na Twitterze ikonkę śmiechu do łez komentując zamach w Manchesterze.  Napisał "Szok po przebudzeniu" - i faktycznie dostarczył szok z  innego powodu. Oczywiście była to pomyłka, ale zaorał się, co zresztą systematycznie ostatnio robi. Można powiedzieć - kultywuje, jak pragnąca zaorania gleba. 

Redaktor Lis z pewnością nie jest i nie będzie dżentelmenem, ale bez wątpienia był nim sir Roger Moore, doskonale znany ze wspaniałych kreacji Jamesa Bonda lub Simona Templara z serialu "Święty". Niestety również sir Roger odszedł od nas. Mówią o nim że, był Bondem posiadającym największe poczucie humoru, ale ja zapamiętałem go z innej strony. Kiedyś dowiedziałem się w czasie jednego z programów dokumentalnych, że sir Roger zawsze zamykał oczy w trakcie strzelania. Warto na to zwrócić uwagę, gdy będziemy oglądali go w akcji. Szkoda, że tak wspaniali ludzie odchodzą od nas, ale niestety takie jest życie. Oby jednak na ich miejsce pojawiły się nowe talenty. Być może i w Polsce tak się stanie, po wycofaniu się gwiazd i gwiazdeczek z Opola. Może, jak napisał  redaktor Ziemkiewicz, to szansa na wyrwanie się z zaklętego kręgu starych chałturszczyków.

Byle tylko nie zastąpili ich nowi chałturszczycy.

wtorek, 23 maja 2017

Gladiator

Gdy kiedyś oglądałem film Ridleya Scotta "Gladiator", to scena, w której Maximus spotyka swoją powieszoną żonę i synka nie była dla mnie specjalnie dramatyczna. Oglądałem wiele takich takich scen w filmach i byłem na nie odporny. Odkąd jednak sam jestem ojcem i mam ślicznego synka, bardzo przeżywałem tę scenę i wszystkie inne sceny w filmach, lub też rzeczywistości, w których dzieci giną lub cierpią. To bardzo mnie wkurza i reaguje bardzo mocno. Piszę o tym dlatego, że dzisiaj dowiedzieliśmy się o tragicznym zamachu w Manchesterze. Okazuje się że większość jego ofiar to niewinne dzieci, były uczestnikami koncertu Ariany Grande.

Na portalu Pikio trafiłem na wzruszającą stronę, która przedstawia zdjęcia dzieci, które zginęły lub lub też są poszukiwane przez zrozpaczonych rodziców. Mnie osobiście, i chyba każdego człowieka o normalnej wrażliwości, te zdjęcia po prostu rozwalają i skłaniają do płaczu. Tak jak płakała po zamachach w Brukseli pani komisarz Mogherini. Tylko mój płacz tym się różni od płaczu od pani komisarz, że nie jest jedyną reakcją. Jest czas na płacz i modlitwy za dusze zmarłych, na żałobę i rozpacz. Ale jest też czas na gniew i zdecydowaną akcję przeciwko tym, którzy sięgnęli po życie ofiar. Przeciwko terrorystom. To oni, i tylko oni, powinni się bać. Oni powinni płakać. Oni powinni być wytępieni jak szkodniki. Bo nimi są. Są szkodnikami cywilizacji szacunku dla życia i człowieczeństwa.

Terrorystom zależy na tym, abyśmy się bali i czuli się zapędzani do narożnika. Abyśmy żyli w beznadziei i poddali się ich dominacji. Ich kalifatowi i szariatowi. Ich porządkowi świata. Ale to oni powinni być wytępieni i to oni powinni się cofać. Bo oni zaatakowali nie tylko nas, ludzi Europy, ale także pewne uniwersalne wartości - szacunek dla ludzkiego życia, godności, człowieczeństwa. Cywilizacja radykalnego islamu to cywilizacja na wskroś barbarzyńska, bo sięga ona po barbarzyńskie metody, zarówno w zamachach, jak i w traktowaniu ludzi na terenie samego kalifatu. Aby przetrwać nasza cywilizacja musi z nimi walczyć - i pokonać ich. Jednak do walki potrzebna jest wola działania, wola obrony swoich wartości, swoich bliskich, swojego kraju. Takiej woli nie posiadają zblazowane europejskie elity, zgniłe i myślące kategoriami szatańskiej poprawności politycznej i multikulti. One jedynie swoją ślepotą i zacietrzewieniem otwierają wrota do tego barbarzyństwa najeżdżającego Europę.

Zawsze jednak jest nadzieja, że obywatele Europy, ci realni, a nie pomalowani, obudzą się i sięgną po adekwatne do sytuacji środki działania. 

poniedziałek, 22 maja 2017

Kopernik byłby wściekły

Kopernik była kobietą -  ten cytat z "Seksmisji" wszyscy doskonale znamy. Jednak nawet, gdyby Kopernik była kobietą, a kobiety są cierpliwe i wybaczają bardzo wiele, bo jak śpiewała przed wojną do tekstu Juliana Tuwima Hanka Ordonówna - miłość ci wszystko wybaczy, to jednak w tym przypadku Kopernik, nawet będąc kobietą, raczej nie wybaczyłby tunezyjskiemu doktorantowi udowodnienia tego, że ziemia jest płaska. Masz ci babo płaski placek! Faktycznie, Ziemia jest płaska, bo dowodzi tego Koran. Tak przynajmniej twierdzi tunezyjski doktorant.

Od razu przypomniało mi się to, co w Europie działo się w końcu średniowiecza. Wtedy także uczelni doktoranci i doktorzy wszelkich możliwych nauk powoływali się na Bardzo Ważne Pisma Wszelakie twierdzące, że ziemia jest płaska. I tylko Krzysztof Kolumb oraz nieliczni inni innomyśliciele wierzyli w to, że jednak jest okrągła. Po czym Kolumb wierząc w okrągłość ziemi pożeglował do Indii i lipa - bo odkrył tylko Amerykę. Tymczasem, jak się okazuje, Koran jest bardzo ważnym źródłem wiedzy naukowej. Pozwala nam lepiej spojrzeć na otaczający świat, a skoro ten jest płaski, to nic nie trzeba uwypuklać i wszystko jak na dłoni widać. Żarty na bok, ale faktycznie niektóre elementy nauki rozwijanej w krajach islamskich jako żywo przypominają nasze europejskie średniowiecze.

Nie wiem co prawda, jak wielbiciele multikulti oraz innych lewackich skrzywień zareagowaliby na pracę tego islamskiego doktoranta. No bo przecież lewacy (i zresztą cały cywilizowany świat) doskonale wiedzą, że ziemia jest okrągła. Mamy tego obraz dostarczany choćby na zdjęciach z kosmosu. Niemniej jednak przez tego doktoranta pojawia się pewien zgrzyt. Lewaccy postępowcy w imię terroru  poprawności politycznej, która nakazuje za wszelką cenę hołubić islam, nie bardzo mogą go krytykować. Ciężka sprawa, podobnie zresztą, jak z innymi "perełkami islamu", takimi jak pedofilia i zoofilia, stosunek do gejów, traktowanie kobiet i wiele innych. One wszystkie sprawiają, że radykalny, dżihadystyczny islam jest wyjątkowo antyhumanistyczny, a lewactwo udaje, że nic takiego nie ma miejsca.

Bo do tego, aby dostrzec prawdziwe zagrożenia radykalnego islamu, potrzeba pewnej głębi myślenia, zaś myślenie lewactwa jest tak samo płaskie jak Ziemia tunezyjskiego doktoranta.

niedziela, 21 maja 2017

Farmerem być

Farmer to pojęcie dzisiaj znane oczywiście wszystkim, ale rzadko kiedy używane i najczęściej stosowane w przypadku rolników amerykańskich. Tam jakoś z kulturowych powodów to się utrwaliło. Z drugiej strony faktem jest, że farmer amerykański często jest o wiele bogatszy w ziemię i rozmach swojej działalności niż jego europejski odpowiednik (nie mówiąc już o Polsce). Choć są też w Ameryce Amisze i inne grupy, które uprawiają pola w tradycyjny, naturalny sposób - i dobrze  z tego żyją, bo za zdrową naturalną żywność dobrze się w Ameryce płaci (i nie tylko zresztą w Ameryce). Stąd też szansa dla naszego rolnictwa - co prawda nie każdy polski rolnik wytwarza zdrową naturalną żywność, ale też nie uprawiamy roślin GMO i to może być nasz atut.

Jednak dziś o nieco innym farmerze. Dla wielu osób słowo farmer wykorzystywane w grach komputerowych oznacza graczy, którzy skupiają się na gromadzeniu różnego rodzaju zasobów i pieniędzy używanych w grze, a samą czynność gromadzenia nazywa się po prostu farmieniem albo z agnielska farmingiem.  Kiedy grałem w World of Warcraft farmienie było moją pasją, ale robiłem to w sposób profesjonalny. Przede wszystkim dawała mi ogromne zyski alchemia. Kupowałem tysiące ziół, gdy ich cena w domu aukcyjnym były odpowiednio niska. Wykonywałem z nich bardzo wiele mikstur i flaszek, które sprzedawałem za odpowiednio wysoką cenę. Potrafiłem bardzo dużo pieniędzy zarobić nie poświęcając temu za wiele czasu - bo nie musiałem długo i cierpliwie zbierać samych ziół. Niezłe więc było ze mnie ziółko :-)

W Guild Wars 2, w którą obecnie gram, jest zupełnie inaczej. Przede wszystkim opłaca się jedynie samodzielnie zbierać wszystkie (lub przynajmniej niektóre) surowce. Gdybyśmy chcieli coś wyprodukować z surowców kupowanych w całości i potem to sprzedać, to musielibyśmy do tej operacji dopłacić. Koszt kupnych materiałów będzie wyższy niż wytworzonego produktu, a dodatkowo część kasy zabierze nam prowizja trade postu. W Guild Wars 2 farmienie polega więc na tym, że albo zbieramy i sprzedajemy wyłącznie surowce, a zatem nie musimy inwestować w to nic poza własnym czasem, albo produkujemy pewne rzeczy z większości materiałów własnych. Zatem trzeba poświęcić znacznie więcej czasu na zbieranie materiałów i kluczem do sukcesu jest w tym momencie wiedzieć, gdzie zbierać, aby zabrać coś w miarę drogiego i poświęcając na to niezbyt dużo czasu. Taka optymalizacja pozyskiwania rzeczy na sprzedaż bardzo podoba mi się w tej grze, bo wiem, że muszę się ciągłe doskonalić.

Szkoda tylko, że w realnym życiu nie można tak wygodnie farmić.

sobota, 20 maja 2017

Picnic, Panic

W grze Guild Wars 2 używa się bardzo ciekawie stosowanych, podobnych w języku angielskim słów Picnic i Panic. Opisują one aktualny stan rzeczy, który ma miejsce, przede wszystkim w trakcie grupowych zmagań, takich jak walka z World Bossami. Wtedy trzeba czasem pewnej koordynacji. Zatem jeśli jest Picnic, to możemy grać na spokojnie i na luzie - wszystko jest OK. Ale jeśli jest Panic, to trzeba się spiąć, a czasem wykonywać zupełnie awaryjny plan. Jako w grze, tak i w życiu prywatnym też można by zastosować te słowa, bo są bardzo podobne do siebie i pokazują, jak niedaleko od sukcesu do porażki.

Gry komputerowe typu MMORPG są zresztą bardzo adekwatnym wycinkiem życia. Można grać w nie zanurzonym w ich zupełnie innych światach i okolicznościach przyrody, w fantastycznych krainach, ale jednak analogiczne jak w życiu realnym są pewne ludzkie zachowania przyzwyczajenia, nawyki a także demony, z którymi musimy się zmagać (i chodzi tu o demony drzemiące w nas samych, a nie postacie demonów w grze). Wiele cech charakteru potrzebnych w grze jest tak samo potrzebnych w życiu realnym. Dlatego też jestem zdania, że grając w gry MMORPG wyrabiamy w sobie pewne cechy charakteru i nawyki, które są idealnie przydatne w życiu: sumienność, pracowitość, gospodarność, oszczędność, wstrzemięźliwość, niepoddawanie się w sytuacji nietypowej, przytomna reakcja w sytuacji zagrożenia i wiele innych równie ważnych cnót.

Czasem warto się zastanowić, dlaczego w życiu czasem jest piknik, a czasem panika. W grze wiadomo, jaka jest mechanika danego zmagania się z World Bossem, więc jeśli robimy wszystko  jak należy, to jest piknik, a jeśli coś robimy nieodpowiednio - zaczyna się panika. W życiu nie jest tak prosto, bo trudno zdefiniować czasem sytuację i określić to, jak postępować, żeby zrobić coś dobrze i unikać błędów. Często niestety musimy dochodzić do tej wiedzy na zasadzie sondowania na ślepo, a także uczyć się metodą prób i błędów. Pamiętajmy jednak, że pierwsi gracze też musieli rozpoznawać sytuację w grze w taki sam sposób.

Budujmy zatem własne doświadczenia życiowe, nie popadajmy w zbędny stres, gdy jest panika, i nie rozleniwiajmy się zanadto, gdy jest piknik.

piątek, 19 maja 2017

Ja też

Niedawno miałem pewna rozmowę na czacie, która pokazuje pewne ciekawe mechanizmy zachowania ludzi na czatach. Zagadał mnie rozmówca o nicku "suczka konkreta". Dla niewtajemniczonych wyjaśnię: jego nick nie oznacza to, że jest osobą uległą i sztuka tak zwanego konkreta (nie lubię tego słowa jako takiego), czyli osobę umawiającą się na szybki seks bez zbędnego gadania. Ponieważ nie szukam czegoś takiego, więc napisałem mu, że szukam związku. Jest to z reguły wystarczające w takich przypadkach, aby rozmówca po prostu widząc, że nie szukamy tego samego zakończył rozmowę. Jakież było moje zdziwienie, aczkolwiek umiarkowane, gdy rozmówca napisał "ja też"

Umiarkowane zdziwienie, bo spotykałem się na czacie z wieloma niekonsekwencjami. Ludzie mieli innego nicka, a co innego pisali w rozmowie. W tym wypadku rozmowa potoczyła się jednak szybko. On napisał "25 lat Opole pasuje?", a ja mu napisałem, że skąd mam wiedzieć czy pasuje, bo szukając do związku szuka się całego człowieka. Dopiero wtedy mój szukający konkreta rozmówca się rozłączył. To pokazuje albo jego kretynizm, albo hipokryzję. Bezmyślnie potwierdza, że też szuka związku, a szuka jedynie szybkiej ustawki na seks - do której liczy się wiek, miejsce lub rola w analu.

Można się zastanowić, dlaczego się tak dzieje. Prawdopodobnie dlatego, że większość osób nie ma pojęcia co to związek, który lekkomyślnie deklaruje. Dla nich związek to po prostu seks układ bez zobowiązań. Ewentualnie w ogóle nie wiedzą co to jest związek, więc deklarują go na ślepo. Słowem bezmyślność, kretyństwo, hipokryzja - do wyboru, do koloru. A z mojej strony po prostu nuda - kolejny bezwartościowy dla mnie rozmówca, z którym tylko tracę czas. Na szczęście, kiedy jestem na czacie, to zawsze zajmuje się równoległe czymś pożytecznym.

Przynajmniej więc w praktyce nie tracę czasu.

czwartek, 18 maja 2017

Bakteryjne ubogacanie

Kiedy prezes Jarosław Kaczyński w publicznym przemówieniu powiedział, że imigranci przynoszą choroby i pasożyty, to wtedy całe nasze "postępowe dziennikarstwo" rzuciło się na niego z pazurami. Wyśmiewaniu się i drwinom nie było końca.  Jednak niedługo potem trafiłem na artykuł o niemieckich lekarzach, którzy alarmują o tym, że niestety ale napływ imigrantów wiąże się z napływem różnych chorób i pasożytów. W tym także chorób, które w Europie nie występują już od wielu lat. No cóż, można się było spodziewać tyle, że oficjalnie się o tym głośno nie mówi, bo to niepoprawne politycznie. Ale ostatnio trafiłem na dwie informacje w zakresie zdrowia imigrantów. Jedna jest przerażająca, druga kompletnie kuriozalna.

Zacznę od tej przerażającej, bo jest ona tragiczna w swojej wymowie, a jednocześnie niespecjalnie jest co w niej komentować. Niemieccy lekarze przyznają, że 20% imigrantów jest zarażonych gruźlicą i do tego nieznaną odmianą, odporną na leki, którą przywieziono do Europy z Somalii. W krajach europejskich tego rodzaju gruźlica uchodziła za wytępioną. Nic dodać, nic ująć. Druga wiadomość jest kompletnie kuriozalna i absurdalna - włoski dziennik "La Stampa" przekonuje nas, że  przybycie imigrantów, którzy przynoszą ze sobą grzyby, bakterie i mikroorganizmy ubogaca nasz kontynent. W efekcie tego ubogacania wątli i mało odporny Europejczycy zwiększa swoją naturalną odporność i staną się bardziej krzepcy i zdrowi.

Pomijam fakt, że ubogacanie kojarzy mi się z gwałtami, terroryzmem, rozjeżdżaniem niewinnych ludzi ciężarówką i tym podobnymi atrakcjami, które bynajmniej nie są zdrowe dla Europy. Wątpię również, żeby występowanie chorób, które spowodują cierpienia kolejnych tysięcy i milionów ludzi było korzystne dla zdrowia naszej populacji. Jeśli zaś chcemy być krzepcy i zdrowi, to przede wszystkim stosujmy mniej lekarstw, które wciskają nam na siłę koncerny farmaceutyczne. Część z nich jest zbędna. Starajmy się walczyć z naturalnymi przeziębieniem i innymi tego typu chorobami samą odpornością własnego organizmu. Nie zbijajmy na siłę gorączki - ona pomaga walczyć z infekcją. Pocierpmy na chwilę z chorobą, aby potem przez wiele miesięcy cieszyć się zdrowiem.  Prowadźmy w miarę zdrowy tryb życia i myślę, że to wystarczy, aby ubogacić się zdrowotne. Obejdzie się bez imigrantów oraz ich przysłowiowych chorób i pasożytów.

Pasożytami zaś są niewątpliwie chorzy na umyśle dziennikarze, którzy wmawiają nam, że choroby importowane do Europy są korzystne dla naszego zdrowia.

środa, 17 maja 2017

Faszystowskie metro

Amerykański dziennikarz zamieścił na Twitterze zdjęcie wnętrze pociągu warszawskiego metra, która przedstawia typową sytuację - ludzie siedzą sobie spokojnie w pociągu, ktoś czyta książkę, ktoś rozmawia przez telefon. Nic specjalnego się nie dzieje. Po prostu zwykła jazda metrem. Zdjęcie zostało podpisane w taki sposób: "To metro w Polsce. Zauważyliście coś szczególnego?". Zadziwiające i szokujące są odpowiedzi, które pod tym zdjęciem umieścili obcokrajowcy.

Jedni z nich dziwią się, że ludzie w Polsce w metrze są spokojni i normalni - uważają że to jest właśnie nienormalne. Inni nie potrafią zrozumieć, gdzie są śmieci i kałuże moczu, które najwyraźniej w metrze w innych krajach są standardem. Ktoś inny dziwi się, że tylko siedzą i nikt nie próbuje nikogo zabić, a potem zadaje pytanie, czy to na pewno na tej planecie. Ktoś inny dziwi się, że nie są agresywni. Wreszcie ktoś podsumował to metro w najlepszy sposób i napisał, że to metro przypomina paryskie sprzed 40 lat. Pokazuje to, jak daleko jesteśmy w tyle za postępowymi krajami Europy i świata, w których w metrze ludzie się zabijają, pełno jest moczu i kału, a jazda metrem jest (w przenośni) bez trzymanki (dosłownie zresztą może też, bo kto wie, czy i trzymanki ktoś nie urwał).

Jak widać cudzoziemcy mają nas za przybyszy z innej planety. Co jednak najdziwniejsze, podobnie widzi nas należąca do tego lepszego, pełnego apetycznego, postępowego moczu i kału świata, "Gazeta Wyborcza". Ona bowiem podkreśla, że niektórzy komentujący nazwali nasze metro czystym  rasizmem i faszyzmem na zdjęciu. Dlaczego? Ponieważ nie ma tam żadnej różnorodności - nie mamy na zdjęciu czarnoskórych, skośnookich, Arabów. A zatem jesteśmy ohydnymi rasistami i faszystami. Biedna "Gazeta Wyborcza" boleje nad tym, ale ja rozumiem ich cierpienia. Z tego co wiem, nie zatrudnia żadnego czarnoskórego u siebie. 

No chyba, że niektórzy jej dziennikarze za czarnoskórego się przemalują.

wtorek, 16 maja 2017

Mapa strachu

Przestępstwa są rzeczą spotykaną w każdym kraju, jednak czasem ich zestawienie robi piorunujące wrażenie. na stronie internetowej Refugee and Migrant Crime Map zobaczyłem umieszczony na niej licznik, który obecnie pokazuje ponad 26,6 tysiąca przestępstw rozmaitego typu popełnionych przez znajdujących się w krajach niemieckojęzycznych imigrantów i uchodźców. Czyli tych "dżentelmenów", których pani kanclerz Merkel tak pięknie zaprosiła do siebie i którzy tak pięknie odmawiają pracy, bo są jej gośćmi. Biorąc pod uwagę okoliczności, te prawie 27 tysięcy przestępstw zostało popełnionych zapewne w ciągu ostatnich dwóch lat, odkąd ruszyła fala imigrantów. Niezła eskalacja. Ale strona ta ujawnia jeszcze jedną ciekawą rzecz.

Mapa interaktywna ukazuje lokalizacje przestępstw (kolorując je w zależności od rodzaju przestępstwa) na terenie Niemiec, Austrii i Szwajcarii. Na terenie dawnej Republiki Federalnej Niemiec przestępstw jest tyle, że po prostu cały jej obszar jest nimi pokryty. Nieco wiele lepiej jest na terenie dawnej Niemieckiej Republiki Demokratycznej, gdzie zdarzają się nawet "łysinki" pozbawiony przestępczych miejsc. Obawiam się, że dzieje się tak wyłącznie dlatego, że poziom życia jestem tam nadal znacznie niższy niż w zachodniej części Niemiec i gorsze warunki. Imigranci nie bardzo chętnie się tam osiedlają, a raczej nie tyle osiedlają (bo to sugeruję wtapianie się w lokalną  społeczność i podjęcie pracy w celu zapuszczenia korzeni), ale po prostu koczują

Koczują i pasożytują. Doskonale orientują się w niemieckim systemie pomocy społecznej (czytałem o tym), za to nie orientują się w zakresie pracy, którą mogliby podjąć. No bo po co mieliby pracować, skoro są gośćmi? Trzeba było niestety stawiać inne warunki imigrantom - jeśli już na samym początku nie pracujesz, nie chcesz się integrować, to wypad z powrotem. No, ale ponieważ pani kanclerz Merkel (a za jej plecami także wieki animator nowoczesnego postępowego świata George Soros i jemu podobni) postanowili zalać Niemcy imigrantami, żeby ułatwić rozmontowywanie państw narodowych i wprowadzić swój ogólnoświatowy globalny kołchoz, mamy to, co mamy - darmozjadów i kryminalistów zalegających niegdyś porządne, zorganizowane i pracowite Niemcy. Byłoby to może po części tylko smutne opowiadanie z morałem, gdyby nie to że światli-inaczej przywódcy Unii Europejskiej zamierzają to szambo wylać także na teren naszego kraju. Miejmy nadzieję, że do tego nie dojdzie, bo wreszcie mamy rząd, który przynajmniej realnie dba o nasze bezpieczeństwo.

Tym bardziej dziwi, że rząd tak praworządnych i zorganizowanych Niemiec nie dba o bezpieczeństwo własnych obywateli.

poniedziałek, 15 maja 2017

Omijanie fakapu

Niedawno rozmawiałem z pewnym facetem i on zaproponował bardzo szybko spotkanie następnego dnia po południu, kiedy kończy pracę. Miał przyjechać do mnie rowerem, mieszka i pracuje w takiej odległości, że oszacował ten dystans jako taki, który rowerem można przejechać w mniej więcej godzinę. Teoretycznie powinienem się cieszyć ze spotkania się z kimś, kogo poznaję, ale tak naprawdę, kiedy bardziej się nad tym zastanowiłem, nie bardzo było się czym radować.

Nie czułem bowiem żadnej sympatii, żadnej pozytywnej ekscytacji - a nie mam tu na myśli ekscytacji będącej napaleniem erotycznym, ale ekscytacji serca i duszy. Nie cieszyłem się, że poznam kogoś, z kim fajnie spędzę czas. Wręcz przeciwnie - byłem obojętny, tak naprawdę w pewnym sensie nawet trochę zirytowany, burzyło mi to bowiem harmonogram pracy. Akurat musiałem pracować, żeby zarobić pieniądze na pilne wydatki życiowe. Skoro zaś miałem takie odczucia, to wszystko znaczy, że na 99% takie spotkanie byłoby fakapem.

Mieliśmy wymienione numery telefonów, ale ponieważ miałem bardzo szczupłe środki na koncie i nie bardzo mogłem doładować, więc oszczędzałem na pisaniu wiadomości. Dlatego też mój nowo poznawany rozmówca w pewnym momencie doszedł do wniosku, że olewam go i nie odzywam się, po czym napisał, że chyba z tej znajomości nic nie będzie. Oczywiście, gdybym chciał na siłę się z nim spotkać, to odpisałbym mu od razu, ale stwierdziłem, że jest to świetny pretekst, żeby faktycznie puścić w dryf to bezuczuciowe poznawanie się i doprowadzić do tego, że wieczorem się nie spotkamy. Po co bowiem tracić czas na poznawanie kogoś, do kogo się nic nie czuje? To po prostu tylko strata czasu, który można poświęcić na bardziej pożyteczne sprawy.

Warto ufać odczuciom serca oraz intuicji i jeśli one nie głosują za poznaniem kogoś, to lepiej to sobie odpuścić, chyba, że ktoś lubi tracić czas na próżno :-)