piątek, 24 listopada 2017

Mój Black Friday

No i mamy Black Friday, choć niektórzy już mówią że to jest Black Weekend albo też Black Week. Sprzedawcy doskonale wiedzą, że nie warto wyłącznie ograniczać się do jednego dnia wyprzedaży. Nie każdy jest w stanie zwolnić się z pracy po to, aby w piątek dokonać zakupów. Lepiej dać ludziom trochę czasu i spokojnie liczyć zyski. Niedawno zdecydowałem się na wybór Asusa ZC553KL. Oczywiście przeczytałem praktycznie wszystkie dostępne po polsku i niektóre dostępne po angielsku recenzję na temat tego telefonu. Stąd zapamiętałem nawet jego okropną kodową nazwę. Okazało się również, że w sklepie, którego aukcję na Allegro sobie upatrzyłem, obecnie telefon ten jest dostępny 40 złotych taniej. Myślę jednak że ta obniżka dotyczy jedynie niewielkiej liczby egzemplarzy.

Przeszukałem Allegro i zobaczyłem dwie aukcje X-Kom w cenie niższej od upatrzonej przeze mnie na Allegro aż o 150 złotych! Oczywiście były to aukcje outletu, a więc prezentowały telefony, którym coś dolega. Przypadkiem dokładnie dwie aukcje mojego modelu w tej samej cenie. Sprawdziłem dolegliwości. Przeciwieństwie do OleOle, X-Kom bardzo profesjonalnie opisuje sprzęt w swoim Outlecie. Nie zalicza go do jakiejś ogólnikowo opisanej kategorii jakości, ale dokładnie wypunktowuje co w danym egzemplarzu jest trafne, najczęściej ilustrując to adekwatnymi zdjęciami. Tak więc pierwszy z telefonów miał mikro rysy na obudowie i zasilaczu, brak karty gwarancyjnej, uszkodzone opakowanie oraz był po naprawie płyty głównej. Okazało się, że mikro rysa na wyświetlaczu jest akurat na okienku obiektywu aparatu tylnego, choć nie wpływa na jego pracę. Psuje jednak estetykę w wystarczający sposób.

Wady drugiego telefonu były takie, że nie posiadał folii ochronnych, miał uszkodzone opakowanie transportowe i pochodził z regulaminowego zwrotu 15 dni. A więc de facto telefon całkowicie nowy, prawie nie używany, w cenie po prostu takiej, którą próżno by wypatrywać w czasie wyprzedaży Black Friday. Zacząłem patrzeć na zdjęcie tego telefonu, który być może będzie moim i zastanowić się, czy go kupić. Nagle przypomniał mi się Śmigiel, mój szary szczur, którego przygarnąłem dlatego, bo nikt go nie chciał w sklepie zoologicznym kupić (był już dość wyrośnięty, gdy go nabyłem). Ten telefon również jest szary (titanium grey). Zobaczyłem też numer tego telefonu i w typowy dla mnie sposób - kompletnie pojebany na umyśle, jakby niektórzy to określili - wyliczyłem sobie moją zadziwiającą matematyką od serca, że ma on dla mnie bardzo pomyślną wróżbę. I to wystarczyło, aby zdecydować się na zakup. Ponieważ obawiałem się, że ten telefon ktoś może mi sprzątać sprzed nosa, zakupiłem go od razu. Wybrałem opcję odbioru osobistego. To i tak konieczne, bo w miejscu, w którym go będę odbierał, przy okazji wymienię jedną z kart SIM posiadanych przez siebie na kartę nano SIM w salonie operatora. Dzisiaj powinny przyjść pieniądze na moje konto, więc po południu wypłacę kasę z bankomatu i pojadę odebrać mój zakup.

A o wrażeniach z jego konfiguracji napiszę niebawem.

czwartek, 23 listopada 2017

Wybór

Ostatnio bardzo interesuje mnie kwestia nabycie opatrzonego sobie przeze mnie telefonu. Zmieniła mi się tydzień temu optyka, znalazłem bowiem zupełnie przypadkiem model telefonu idealnie odpowiadający moim potrzebom. Co prawda jeśli chodzi o aparat fotograficzny, to ma on oczywiście mniejsza rozdzielczość matrycy, ale w porównaniu do smartfonów Sony (a ja upatrzyłem sobie XA1) każdy telefon będzie miał praktycznie matryce znacznie mniejszą. Jednak znający się na fotografii wie, że na jakość obrazu mają wpływ czy rzeczy - optyka aparatu, matryca (rozdzielczość, ale również czułość matrycy, szybkość działania, poziom zaszumienia i tym podobne parametry), a także oprogramowanie (rozumiane jako firmware) aparatu.

W efekcie doszedłem do wniosku, że telefon który, sobie obecnie upatrzyłem, jest najlepszym spośród możliwych. Ma bowiem aparat wzbogacony o dodatkowe funkcje, których Sony nie posiada, do tego wyposażono go znacznie pojemniejszą baterię, czytnik linii papilarnych, rozdzielczość Full HD i przede wszystkim takie wzornictwo, wobec którego Sony kompletnie kapituluje. Warto wspomnieć tutaj o tym, że ja przeważnie oglądam mój telefon z wyłączonym ekranem, gdy leży na moim biurku koło komputera i rzucam na niego przypadkiem okiem. W takiej sytuacji nie koncentruję się na odczytywaniu tego, co jest na ekranie (bo czegoś takiego nie ma), ale na mimowolnej ocenie estetyki samego aparatu telefonicznego. Zdecydowałem się więc stuprocentowo na zakup Asusa ZC553KL, zwanego przez niektórych Zenfone 3 Max Laser.

Miło być wreszcie ostatecznie zdecydowanym co do konkretnego telefonu, który chce się zakupić, ale pozostaje jeszcze drobny problem - gdzie i u kogo (oraz za ile) go nabyć. Upatrzyłem sobie tanią aukcję na Allegro, ale niedawno postanowiłem sprawdzić zachowania sklepów w związku z Black Friday. Okazało się, że w sklepie, którego ofertę upatrzyłem sobie na Allegro, dostępny jest bezpośrednio około 40 zł taniej! Sprawdzajcie i wy, obserwując jakąś aukcję na Allegro, bo możecie się podobnie zdziwić. Tym lepiej. Zapuściłem poszukiwania w innych sklepach, prawie tak samo niską cenę dał również X-Kom. Wróciłem na Allegro i sprawdziłem aktualne aukcje. Chciałem bowiem mieć pewność również co do tego, że w tym kanale dystrybucyjnym nie znajdę żadnej lepszej oferty. I tym razem czekało mnie miłe rozczarowanie.

Ale o tym już jutro...

środa, 22 listopada 2017

Na huj z poznawaniem

Czasem zastanawiam się czemu ludzie tak bezwstydni. Niedawno miałem przykład. Koresponduje z kimś, kto niby szuka do związku i odpowiedział na mój anons na jednym z portali. Korespondencja idzie dość niemrawo, bo ta osoba oczywiście nie posiada żadnego komunikatora do wygodnej rozmowy. No niestety, to typowy grzech szukających związku - niby szukają, a tak naprawdę nie chcą być znalezieni. Owszem, na jego plus mogę zaliczyć to, że od razu podał mi numer telefonu, ale lojalnie go uprzedziłem, że po prostu nie posiadam środków na koncie, aby wysyłać nieograniczone ilości esemesów, więc z takiego poznawania nic nie będzie.

O wiele prościej byłoby, gdyby założył sobie na smartfonie WhatsAppa i mógł bez problemu ze mną pisać. Niedawno poznałem inną osobę, z którą w ten sam sposób zacząłem korespondować. I fajnie się to udaje. Jedyna przeszkoda polega na tym, że po prostu obaj pracujemy i nie zawsze mamy czas pogadać. Zagadujemy do siebie tuż przed pójściem spać. Ale przynajmniej jesteśmy w stanie zamienić ze sobą kilka zdań w dość krótkich odstępach czasu, a nie - tak jak to bywa w przypadku korespondencji na portalach - często raz na pół dnia, kiedy sobie przypomnimy o odebraniu poczty. I w tej pocztowej korespondencji pojawiła się kwestia zdjęć. Podawałem linki do portali, na których są moje zdjęcia, ale oczywiście nie mógł tam wejść. Sam rzecz jasna żadnego profilu na żadnym portalu nie posiada. Wysłał mi dwa zdjęcia i wiercił dziurę w brzuchu o moje, więc po przesłałem mailem na portalu, choć tego nie lubię robić.

Generalnie rozmowa stawała się coraz bardziej duszna. I wtedy otworzyłem dwa zdjęcia, które mi przesłał. Jedno przedstawiało jego portret (akurat nie był w moim typie), a drugie przedstawiało jego fiuta. Obrzydliwe. Rozumiem, że osoba, która jest z kimś w związku, przesyła partnerowi zdjęcie filtra z jakimś zabawnym komentarzem. Ale takie zdjęcie przesyłać nieznajomemu? I w tym momencie mój rozmówca rozwścieczył mnie, bo poprosił żebym mu przesłał swoje zdjęcie fiuta. Zastanawiałem się, czy nie zbluzgać go, ale napisałem mu grzecznie, że gdybym miał zdjęcie fiuta, to straciłem do siebie szacunek. Bo taka jest prawda. Chyba nie pojął aluzji. Ale po kolejnych mailach zablokował mnie. Ja go również i przynajmniej mi ulżyło.

No cóż - można powiedzieć, że na huj z takim poznawaniem ludzi ;-)

wtorek, 21 listopada 2017

Homo Hochberg

Tak jak można być zabawnie powiedzieć "uwaga, Marsjanie atakują", tak można powiedzieć "uwaga aktywistki LGBT zwiedzają". Bo niestety tak się skończyło zwiedzanie zamku Książ w Wałbrzychu przez dwie działaczki LGBT - wybrały się tam bowiem Yga Kostrzewa oraz Anna Zawadzka. I co im nie pasowało? Otóż to, że o losach Aleksandra Hochberga (Lexela), syna Księcia Jana Henryka XV i księżnej Daisy, prowadząca grupę pani przewodnik powiedziała, że "zmarł bezpotomnie, do końca życia żył ze swoim przyjacielem". Tymczasem panie aktywistki złożyły zapytanie o taką narrację historyczną w wykonaniu pani przewodnik (jak to pięknie ujął portal Queer.pl - przewodniczki).

Chodziło o to, że powszechnie było wiadomo o homoseksualizmie Aleksandra Hochberga. Była to nie tylko tajemnica poliszynela, ale również kwestia pojawiająca się w czasie kilku rozpraw sądowych, które się przeciwko niemu toczyły. Tymczasem panie LGBT przyczepiły się do tego, że "przewodniczka" miała zadeklarować, że nie pozwala się jej mówić o homoseksualizmie dziedzica Hochbergów. Zrobiła się więc wielka afera Hochberga - w sumie to nawet całkiem logiczne, biorąc pod uwagę, że po polsku Hochberg znaczy Wysoka Góra. Oczywiście, odpowiednie władze odpowiedziały, że nie narzucają przewodnikom sposobu opowiadania historii, a  orientacja seksualna Aleksandra nie miała wpływu na wielowiekową historię zamku Książ i dlatego nie jest przesadnie eksponowana.

Mnie jednak zadziwiło w tym coś innego. Skłonność do przesadnego dopatrywania się różnych form prześladowania lub też niezauważania orientacji homoseksualnej u osób, a szczególnie działaczy i działaczek LGBT. Swego czasu głośna była sprawa pewnego angielskiego pensjonatu, w którym para homoseksualna nie mogła otrzymać apartamentu dla nowożeńców. Właściciele tłumaczyli, że dla nich udostępnienie takiego apartamentu jest jedynie do pomyślenia dla małżeństw tradycyjnych. Oczywiście gejowscy klienci wytoczyli im o to proces. Nie sądzę, żeby ktokolwiek był wielkim przyjacielem osób LGBT jeśli będą one kojarzone wyłącznie z taką procesową arogancją. Warto bowiem pamiętać o tym że żyjemy wszyscy społeczeństwie i powinniśmy zachować rozsądny umiar wobec, czasem odmiennej, wrażliwości innych osób.

Najgorzej zaś dla LGBT stanie się, gdy będziemy kojarzeni z awanturnictwem.

poniedziałek, 20 listopada 2017

Na huj lotnictwo!

Niedawno czytałem artykuł podsumowujący dokonania Ministerstwa Obrony Narodowej w Polsce w zakresie unowocześniania naszej armii. Podsumowano tam również najważniejsze kontrakty zawarte do tej pory na rozbudowę polskiego potencjału obronnego. Akurat w zakresie lotniczym jesteśmy już stosunkowo dobrze wyposażeni, po zakupieniu swego czasu F-16. Dlatego też tytuł dzisiejszego posta można odbierać prowokacyjnie. Jednak należy go rozumieć całkiem dosłownie, a sprawa dotyczy nie Polski, lecz Stanów Zjednoczonych.

Oto bowiem nad niebem stanu Waszyngton mieszkańcy podziwiać mogli rysunek penisa. Dokładnie penisa z jajami, a został on wykonany zapewne przez Boeinga EA-18G Growler operującego z bazy Whidbey Island. Oczywiście nie na co dzień można spotkać się z obrazem penisa na niebie. Nie jest to, rzecz jasna, najbardziej spektakularny obraz narysowany przy pomocy samolotu. Kilka miesięcy temu głośno było o tym, gdy pilot Boeinga 787 Dreamliner wykonując lot testowy na terenie Stanów Zjednoczonych narysował po prostu sylwetkę samolotu. Tyle, że wtedy rysunek samolotu pokrywał całe terytorium USA, więc nie było możliwe z żadnego miejsca zauważenia go w całości.

Tutaj zaś mamy przykład chuja na widoku. Penis zdecydowanie łatwy do zobaczenia na niebie, do tego jeszcze prawie bezchmurnym. I określenie "na chuj lotnictwo" jest jak najbardziej adekwatne. Oczywiście, od razu wypowiadał się nadzorujący operacje lotnictwa adm. Mike Shoemaker i w piękny sposób mówił o tym, że wszyscy oczekują od lotników odpowiedniej dojrzałości. W tym sztywnym, pełnym godności i pompy świecie trudno jest znaleźć miejsce na akrobacje lotnicze, których efektem jest stworzenie podniebnego penisa. Z drugiej strony dziwi brak reakcji lewactwa. Przecież penis pokazany na niebie to coś mega postępowego.

Bo do tej pory niebo było wyłącznie tylko dla Boga i aniołów, prawda?

niedziela, 19 listopada 2017

Vader

Trudno byłoby znaleźć bardziej ikoniczną postać z uniwersum Star Wars, jak właśnie Lord Vader. Jest on rozpoznawany na całym świecie, nawet wśród tych osób, które nie są fanami Gwiezdnej Sagi. Właśnie wczoraj postanowiłem zmienić docelową tapetę przeznaczoną na nowo kupowany telefon, a przy okazji używaną jeszcze do tego czasu również w moim starym telefonie. Do tej pory miałem tapetę z dosyć niewyraźną grafiką (ze względu na rozdzielczość i stopień kompresji JPG oryginalnego pliku) przedstawiającą nurkujących razem Kakashi Hakate oraz Iruka Umino. Teraz się dopiero dowiedziałem, że to oni, bo do tej pory nie wiedziałem. Naruto i Sasuke z łatwością bym rozpoznał, choć obecnie i tamtych również wiedząc, czego mam się dopatrywać.

Najpierw znalazłem wspaniałą, w większej rozdzielczości tapetę z Kakashi Hakate oraz Iruka Umino wirujących pod wodą razem niczym symbol tao. O ile ta pierwsza tapeta, starsza, przedstawiała więcej głębokiego błękitu oceanu przechodzącego na dole w czerń, która świetnie komponowała się jako tło dla ikonek będących na samym dole, zaś Kakashi oraz Iruka byli jedynie motywem będącym na środku, o tyle ta druga tapeta głównie ich przedstawiała. Musiałem ją odpowiednio wykadrować i dopisać na rozdzielczości Full HD nieco ściemniającą się głębię oceanu, również do czerni dochodzącą na dole tapety. Mimo to jednak była to tapeta stosunkowo pstrokata - choć oczywiście nie ze względu na jej kolory, ale mnogość szczegółów i wahania tonacji barwnych sprawiające, że tapeta tego rodzaju jest agresywna jako tło ekranu.

Dobra tapeta powinna być bowiem wyrazista, ale jednocześnie na tyle dyskretna, że nie powinna przeszkadzać w pokazywaniu tego co jest na niej - ikonek lub też widżetów. Dzisiaj szukałem znowu kolejnych tapet do telefonu w tematyce yaoi. I przypadkiem zaplątał się tam jeden obrazek ze Star Wars. Nagle mnie olśniło. Przecież Star Wars to tematyka, którą dawno temu bardzo chętnie wykorzystywałem na tapetach. Pogrzebałem w internecie i bez trudu znalazłem świetną tapetę z wizerunkiem Lorda Vadera. Stoi na niej bokiem, dostojnie, jakby zamyślony. Tapeta jest w kolorystyce ciemnostalowej i dzięki temu jest idealna jako tapeta dyskretnie wypełniająca ekran, a jednocześnie nie kłócąca się z tym, co na ekranie jest pokazywane. Do tego źródłowy plik jest w wystarczającej rozdzielczości, aby zapewnić świetną jej jakość nawet na full HD. W porównaniu do yaoi tapeta z Lordem Vaderem wygląda wręcz - nomen omem - kosmicznie.

Niech zatem moc będzie ze mną i z nowym telefonem (a także ze starym - bo na nim również tę tapetę umieściłem i mogę już teraz podziwiać jej efekt).

sobota, 18 listopada 2017

Thriller

Nie pomyślałbym sobie, że tak prostą czynność, jak odładanie pieniędzy na jakiś określony zakup można zamienić w pierwszorzędny thriller. Ba, niekiedy ocierający się o horror. A tak było wczoraj, gdy przypadł ostatni dzień wyznaczony przeze mnie do zebrania pieniędzy na tak bardzo oczekiwany telefon. Rano nic nie zapowiadało jakiegokolwiek sensownego rozwiązania. Mało było zaliczonych tekstów i ciągle brakowało mi pieniędzy. A tu nie wystarczyło jednak mieć pieniędzy na sam telefon, przydałyby się pieniądze także na etui do niego, a przede wszystkim dodatkowe pieniądze na życie.

Co mi bowiem po tym, że posiadać będę piękny telefon, jeśli będę musiał oszczędzać nawet na jedzeniu. I to dramatycznie oszczędzać, bo standardowo oszczędzam na jedzeniu już od dwóch lat ;-) Poszedłem więc na spacer w środku dnia, bo niestety nie miałem nic do roboty. Zleceń było praktycznie zero. Kiedy wróciłem, okazało się, że są dwa zlecenia na temat, który mogę ogarnąć (i w ogóle dwa jakiekolwiek) - więc oczywiście natychmiast je napisałem. Po czym naocznie przekonałem się (niestety po raz pierwszy) jak wygląda dno w "beczce" ze zleceniami. Zajrzałem do statystyk mojego konta i usiadłem z wrażenia. Zaliczyli mi jednak takie pieniądze, że wystarczyło nie tylko na telefon, ale jeszcze zebrała się (jak na moje obecne standardy) zacna kwota na życie.

Byłem w stanie więc nie tylko zamówić od razu futerał na telefon, ale również specjalny statyw do robienia zdjęć z telefonu. Mam co prawda doskonałej jakości statyw kieszonkowy Manfrotto (niby maleństwo, ale ma kolosalną jak na ten rozmiar nośność 2,5 kilograma) ale potrzebowałam głowicy do osadzenia w niej aparatu. Kupiłem zaś nie tylko samą głowicę, lecz cały statyw z głowicą dlatego, że miał on elastyczne nóżki. Zobaczyłem na aukcji Allegro, że tymi nóżkami można na przykład opleść statyw naokoło jakiegoś przedmiotu - na przykład poręczy, słupka lub gałęzi. To bardzo ważne do mocowania telefonu do jakichkolwiek zdjęć, a szczególnie zdjęć poklatkowych (Timelapse), nie mówiąc już o zdjęciach, na których sami mamy się znaleźć, bo wtedy nikt nie będzie za nas trzymał aparatu. 

Mimo to jednak nie mogę się nadziwić temu, że zbieranie pieniędzy na telefon może być aż takim thrillerem.

piątek, 17 listopada 2017

Wyrok?

Wyrok kojarzy nam się z przestępstwem i poniesieniem konsekwencji za jego popełnienie. Tymczasem wyrok może być też w zupełnie innym kontekście rozumiany - gdy mówimy o wyroku losu. Dzisiaj mam coś dość podobnego, ale w moim przypadku ów wyrok losu jest spowodowany oczywiście przez ludzi, a nie przez los. Chociaż któż to wie, kto tak naprawdę za tym stoi. Może i los. Jednak nawet gdyby to los wstał za dzisiejszą sytuacją, to jego działanie przekłada się na działanie konkretnych ludzi, którzy mogą pozytywnie lub też negatywnie wpłynąć na moje dzisiejsze samopoczucie i na samopoczucie przez najbliższy weekend co najmniej.

Sprawa oczywiście dotyczy mojego dużego wysiłku podjętego ostatnimi czasy w celu zebrania pieniędzy na nowy telefon. Tak naprawdę napisałem już tyle tekstów, a tyle z tych tekstów jest w kolejce do oceny i zatwierdzenia, że mógłbym już nic nie pisać w tym momencie, a i tak byłbym w stanie uzyskać pieniądze na telefon, jeżeli by zatwierdzili praktycznie wszystkie teksty lub znaczną większość. Niestety, jeśli chodzi o te nic-nie-robienie - to faktycznie się ono spełniło. Po prostu nie ma zleceń i muszę bezczynnie czekać. Natomiast, jeśli chodzi o zaliczanie, wczoraj było fatalnie. Do godziny 14 zaliczyli mi dosłownie kilka złotych. Wkurzyłem się i poszedłem na spacer.

Gdy wróciłem, okazało się że jednak zaliczyli trochę więcej. Ale wciąż brakuje. Gdyby dziś zaliczyli tyle tekstów, ile zaliczyli wczoraj, to miałbym na telefon prawie na styk. Prawie na styk, bo poza telefonem na samo życie przez trzy tygodnie miałbym naprawdę groszowe kwoty. Gdyby zaliczyli więcej tekstów z tej puli, którą jeszcze posiadam, to miałbym już kompletny luz w tym zakresie. Niestety, to nie ode mnie zależy, tylko od nich. Ja mogę tylko bezsilnie patrzeć i zastanawiać się, a przy okazji denerwować. Jeśli pojawią się nowe zlecenia, to oczywiście zajmę się ich pracą nad nimi, a więc będę miał troszkę mniej zajętą zmartwieniami głowę. Jeśli zaś nie będzie nowych zleceń i nie zaliczą mi wiele - nie tylko będę smutny z powodu fiaska mojego planu, ale również z powodu fiaska pracy w weekend, a co za tym idzie niestety poważnego uszczuplenia mojego przyszłego domowego budżetu.

Oby jednak weekend zaczął się dobrze ze względu na pozytywne załatwienie tych obu spraw.

czwartek, 16 listopada 2017

Sztuka zakładek

Ostatnio planowałem zakup telefonu, bo mój poczciwy dwusimowy Samsung już ledwo dycha. Działać co prawda działa, ale niejednokrotnie musi się coraz bardziej namyślać nad różnymi czynnościami, albo odmawia posłuszeństwa, albo okazuje się, że jego bateria wariuje - bo przed chwilą była w połowie pełna, a nagle się okazuje całkowicie pusta. Oczywiście sama bateria do tego telefonu kosztuje z dostawą 27 zł, można byłoby ją kupić i przynajmniej problemy z zasilaniem zakończyć, ale problemów z wydajnością i powolnym słabym łapaniem satelitów GPS niestety nie da się przeskoczyć. Akurat z tymi satelitami jest tak, że zawsze jak wychodzę gdziekolwiek, to zapuszczam program Runtastic, który mierzy (oczywiście na ustawieniu marszowym, a nie biegowym) zużycie przeze mnie kalorii i zapisuje pokonaną przeze mnie trasę.

Takie dane fitness są mi oczywiście potrzebne jaka statystyki, a poza tym lubię statystyki, które się nawarstwiają. Przydałby się zatem telefon, który łapie satelity od razu i nie wymagałby takiego niańczenia. Nie mówiąc już o tym, że przydałby się telefon, który miałby na przykład Androida w wersji większej niż 4.3 (przypomnę, że mój własny Android obecnie to 4.0.4 - prawdziwy antyk) po to, aby można było tam zainstalować program Pola pokazujący polskie produkty. Chciałem to zrobić, ale okazało się, że mój telefon jest niestety za stary. Najbardziej zaś wkurza mnie to, że mam przepiękne słuchawki Brainwavz, wyposażone w mikrofon, którymi można bez problemu prowadzić rozmowy telefoniczne, ale nie działają one na moim antycznym Androidzie. Co prawda odsłuchiwać muzykę można bez problemu, ale gdy ktokolwiek do mnie dzwoni, to ja go słyszę, lecz on nie słyszy tego, co mówię przez słuchawkowy mikrofon.

To wszystko sprawia, że logicznym wyjście w tej sytuacji jest nowy telefon. I właśnie wczoraj wpadłem na pomysł, że inny model telefonu zdecydowanie bardziej interesuje od tego do tej pory upatrzonego Sony XA1. Oczywiście ma on aparat o mniejszej rozdzielczości, ale w porównaniu do tego Sony trudno znaleźć telefon z aparatem większym. Ma jednak wiele innych zalet, a przede wszystkim wygląda właśnie tak, jak chciałbym, aby wyglądał mój telefon - co w przypadku Sony niestety byłby to napinanym sztucznie kompromisem. Nie napiszę jednak jaki to jest telefon. Nie chcę po prostu zapeszać. Dziś i jutro mam dwa wyjątkowe i idiotyczne dni. Od tego ile pieniędzy zaliczone będę miał do wypłaty przez te dwa dni zależeć będzie to, czy stać mnie będzie na ten nowy zakup. Ironia losu polega na tym, że mam sporo tekstów w kolejce do zaliczenia i można by z tego zaliczyć odpowiednią kwotę, nawet wtedy gdybym nie pracował. Ale muszą to zaliczyć, a ostatnio z ich wydajnością w zaliczaniu różnie bywało. Kolejna ironia polega na tym, że być może właśnie nie będę pracował, bo kończą się zlecenia i nie wiadomo, czy dodadzą nowe. W sumie zapowiada się więc niezły film sensacyjny, a przynajmniej thriller psychologiczny.

W tym momencie to sztuka zakładek - bo wszystko tak naprawdę jest planowane i dzieje się na zakładkę.

środa, 15 listopada 2017

Mobilna inwigilacja

Nowinki techniczne bywają wspaniałe lub też potencjalnie groźnie. Ciekawostka, o której przeczytałem niedawno na Spidersweb (i być może bardziej interesująca od tego, co również wyczytałem na tym portalu, że stosunkowo łatwo można złamać face ID w iPhone X, jeśli jest się dzieckiem lub też rodzeństwem właściciela telefonu) jest jednak stosunkowo groźna, choć na szczęście chyba nie jeszcze dla przeciętnego człowieka. Okazuje się bowiem, że za bardzo skromną kwotę 3600 zł możemy być stosunkowo dokładnie szpiegowani. O ile więc możemy być szpiegowani, o tyle przeciętni ludzie raczej nie mają się czego obawiać, bo kto wydawałoby taką kasę na to, aby właśnie ich śledzić?

Zagrożone więc będą jedynie te osoby, które w przekonaniu kogoś faktycznie zasługują na to, aby śledzić ich działania. W jakim zakresie to szpiegostwo może się odbywać i jakie informacje o nas można pozyskać? Można się zorientować w tym, gdzie się w danym momencie znajdujemy (w przeciągu około 10 minut od przybycia naszego do danego miejsca), a zatem także w tym, jakie są nasze zwyczaje i pory opuszczania domu. Można się również dowiedzieć tego, jakich aplikacji używamy na naszym smartfonie. W jaki sposób to się odbywa? Poprzez wykupienie kampanii reklamowej targetowanej ściśle do jednego konkretnego użytkownika. Co równie ważne, w tej sytuacji, my sami nie musimy wcale klikać na serwowane nam reklamy. Wystarczy, że te reklamy będą skierowane ściśle do nas.

Od dawna wiadomo, że za pomocą telefonów komórkowych (podobnie jak komputerów) możemy być w różny sposób inwigilowani. Nie mówię tutaj o skrajnych przypadkach, gdyby mikrofon lub kamera telefonu były wykorzystywane do podglądania nas (z takiego powodu Mark Zuckerberg ma w swoim laptopie na wszelki wypadek zaklejoną kamerkę i mikrofon). W tym przypadku mówimy o lokalizacji i o rozpoznawaniu pośrednio naszych zwyczajów. Dla prywatnego detektywa lub też planującego okradzenie nas złodzieja wiedza na temat tego może jednak być bezcenna. Jak sobie z tym zagrożeniem poradzić? Wydaje mi się, że znalazłem na to prostą metodę, którą stosuje sam od dawna, oczywiście z zupełnie innych powodów. Po prostu telefon mam ustawiony w ten sposób, że kiedy jestem poza domem, to nie korzystam z internetu - nie ściągam i nie wysyłam danych. Robię tak rzecz jasna z oszczędności finansowej. Biorąc jednak pod uwagę to, że wiadomo, jak wiele osób jest połączonych nierozerwalnie z internetem także mobilnie, nie sądzę, żeby pomysł ten znalazł wśród takich ludzi zbyt wielu naśladowców.

No, chyba że przekonamy się, że byliśmy śledzeni - nawet Polak jest wtedy mądry po szkodzie.