czwartek, 23 lutego 2017

Tłusty handel

Dzisiaj miałem wyjątkową "świadomość rewolucyjną", której nie zawsze jestem posiadaczem, ponieważ przychodząc do sklepu wiedziałam, że jest Tłusty Czwartek. Z rozrzewnieniem wspominam dawne czasy, kiedy kilkanaście lat temu w pewien dzień chciałam po prostu kupić sobie pączki, ot tak sobie. Wstąpiłem do Bliklego i zamówiłem 32 sztuki po prostu dla siebie - dużo jadłem wtedy. Zdziwiło mnie, że przy ladzie stała kartka z informacją, że z jakiś tam powodów sprzedaje się maksymalnie 60 pączków na osobę. Okazało się że ten dzień to był Tłusty Czwartek, a ja zupełnie przypadkowo wstrzeliłem się w jego rytuał!

Dziś postanowiłem także wstrzelić się w regułę Tłustego Czwartku i kupić 4, a może 6 pączków oraz jeden bochenek chleba. Standardowo kupuje dwa chleby. Pączki w moim sklepie wiejskim są w całkiem niezłej cenie 60 gr za sztukę. Poszedłem więc do sklepu. Sprawdziłem przy okazji kawy, rozejrzałem się za innymi towarami, aż wreszcie poszedłem do działu piekarskiego. Wziąłem jeden bochenek chleba i spojrzałem na pączki. Po pierwsze, nie wyglądały na jakiś rewelacyjnie piękne i świeże. Po drugie, cena skoczyła do 1,20 zł za sztukę. Nie od dziś wiemy, że handlowcy podnoszą ceny, kiedy dany towar jest bardzo chodliwy. Wtedy można na nim najwięcej zarobić. Dlatego też stuprocentowy wzrost ceny pączków w moim wiejskim sklepie nikogo nie dziwi.

Tyle, że dzięki temu w ogóle nie kupiłem ani jednego pączka i akurat na mnie sklep nie zarobił. I obawiam się, że nie ja jeden musiałem ważyć posiadaną kasę i uszanowanie tradycji. Akurat mam końcówkę pieniędzy i nie stać mnie na luksus kupowania pączków za 200% ceny. A w naszym kraju pewnie wiele innych osób nie kupiło pączków dlatego, że mają po prostu tak skromne zarobki, że nie stać ich na taki luksus. Albo kupili pączki kosztem innego zakupu, na przykład mięsa na obiad. Ja mięsa nie kupuję, bo mnie nie stać. I jakoś żyję. Brak pączków też przeżyję. Zresztą, z powodów zdrowotnych nie powinienem jeść w ogóle słodyczy. Akurat więc zrobię coś pożytecznego.

Ale szanując Tłusty Czwartek, też najem się do syta :-)

środa, 22 lutego 2017

Gówna naszego Powszechnego...

Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj, i odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom... Ciężko znaleźć normalnego człowieka, który by nie znał tej modlitwy. Nawet takiego, który nie kojarzyłby jej będąc osobą niewierzącą. A tymczasem niedawno ktoś zaczął układać nową modlitwę, w skład której mogły wejść słowa, które pozwoliłem sobie napisać w tytule mojego posta: gówna naszego Powszechnego... Tylko, że trudno mi powiedzieć, co miało być dalej. Może daj nam Teatrze?

No bo tak się właśnie złożyło, że Teatr Powszechny, który kiedyś był uznawany jest doskonałą scenę, wystawił przedstawienie, które aż się prosi zatytułować "Kloaka", chociaż teoretycznie jego tytuł to "Klątwa". Słowa te jednak są dość podobne i bardzo łatwo zrozumieć, dlaczego takie mi w głowie się pojawiło. Między innymi dlatego, że z tego co czytałem, aktorzy w czasie przedstawienia opowiadają o wszelkich wydzielinach ludzkiego ciała. Kloaka więc jak najbardziej adekwatna. Plus smaczki obliczone, kto wie, na środowisko gejowskie - takie jak seks oralny z posągiem Jana Pawła II.

Można powiedzieć, gorzkim żartem, że każdy w tej "Kloace" znajdzie coś obraźliwego, według potrzeby - dla siebie, dla swoich uczuć religijnych lub kultury osobistej, albo też dla swojego poczucia przyzwoitości. Do wyboru, do koloru. Niestety, przedstawienie to łamie wszelkie granice, rzekomo w imię wolności sztuki. Ale od dawna wiadomo, że sztuka łamiąca granicę na siłę jest anarchią, a nie sztuką. Ze sztuką ma jedynie wspólną etykietkę sztuki, którą usiłują jej przykleić. Ciężko jednak przyklejać etykiety na gównie, o wiele łatwiej przykleić je na marmurze. To brutalne porównanie niestety jest adekwatne również do sztuki, a raczej prowokacji (i to raczej ideologicznej, a nie artystycznej) wystawionej w Teatrze Powszechnym.

I nie wódź nas na pokuszenie, ale nas zbaw od Teatru Powszechnego. Amen.

wtorek, 21 lutego 2017

Zasada Gandhiego

Kiedy dzisiaj wczesnym rankiem wstawałem, przypomniałem sobie znane przejęzyczenie ministra Waszczykowskiego o San Escobar. Jak wiadomo, ten lapsus zaczął żyć własnym życiem do tego stopnia, że tygodnik "Polityka" zamieścił profesjonalnie wykonaną przez kogoś mapę San Escobar - nie da się ukryć, że wyszydzającą PiS lub środowiska patriotyczne. Stolicą tego kraju jest bowiem Santo Subito (czyli - w moim przekonaniu - złośliwe nawiązanie do Jana Pawła II). Ze smaczków politycznych są tam są też tam takie miejscowości jak Vina Tusca i Las Dudas, Primero Sortos, zaś Santa Beata i San Antonio wiadomo z kim się kojarzą. Ze smaczków reklamowych choćby Para Ce Tamol i Bancomate de Visa. Do Polski nawiązują zaś Bimberro Grande i La Grande Orquestra. Smaczkiem jest w legendzie mapy oznaczenie głównej klasy dróg, nawiązującej zapewne do autostrady, jako "Autodrama". Co ma jednak wspólnego San Escobar z zasadą Gandhiego?

To znane powiedzenie przypisywane Mahatmie Gandhiemu: najpierw cię ignorują, potem się z ciebie śmieją, potem z tobą walczą, a potem wygrywasz. I właśnie owo San Escobar natchnęło mnie do zastanowienia się, na jakim etapie tej zasady Gandhiego jesteśmy teraz w Polsce, a ściślej - jest rządzący PiS. Na pewno pierwszy etap (ignorowanie) mamy za sobą. To było w czasie, gdy rządziła Platforma, miała rządzić przez wieki, a PiS miał być zepchnięty do politycznego rezerwatu. Gdy jednak PiS przejął władzę, wtedy zaczęły się dwa kolejne etapy - najpierw wyśmiewanie się z nadzieją na to, że zawali się sam u władzy. Potem, gdy to się nie udało, walka. Przejawem tej walki była chociażby (jak to niektórzy widzą) próba puczu w grudniu. Pytanie, kiedy ten drugi i trzeci etap się zakończą i PiS wyga?

Jak na razie PiS cieszy się ogromnym, choć zupełnie niezamierzonym, poparciem całej totalnej opozycji. Ona robi co może, aby PiS dalej rządził - i wygrał. Dobrowolnie rzuca samej sobie kłody pod nogi, wywala się, pokazuje swoją lipną obecność, nadal nie ma pozytywnego politycznego programu i nie zachowuje się tak, jak profesjonalna polityczna siła, która walczy o głos wyborców. Totalna opozycja zachowuje się jak totalny narkoman, odstawiony od narkotyków, który pragnie wrócić do nich za wszelką cenę. Czyli pragnie dorwać się do koryta, pragnie kraść z tego koryta do własnej kieszeni, a ludzie coraz bardziej świadomi całej tej sytuacji wcale nie mają zamiaru być okradani. Nawiasem mówiąc, bardzo podziwiam kogoś, komu przez kilka dobrych godzin chciało się ciężko popracować, aby zrobić w pełni profesjonalną mapę San Escobar. To przynajmniej kulturalna forma wyśmiewania się z PiS-u, dramatycznie inna od rynsztoka, którego codziennie doświadczamy od polskich polityków totalnej pozycji.

Ale nie mają oni szkoły politycznego życia, więc i nie mają klasy.

poniedziałek, 20 lutego 2017

Ekologiczne taczki

O rowerach powiedziano i napisano bardzo wiele. Mówiono, że jest to ekologiczna forma transportu, że jazda rowerem jest bardzo zdrowa, że poprawia kondycję, że pozwala pokonywać trasę bez uczestnictwa w korkach drogowych i jest w ogóle super. W Holandii, Belgii i Danii rowery są naturalnym elementem komunikacyjnego krajobrazu. Dzieje się tak tym bardziej dlatego, że klimat jest tam łaskawy, nie ma tak ostrych zim jak w Polsce i rowerami można jeździć przez dłuższą część roku. Dlatego też nikogo nie powinno dziwić, że w Brukseli zwiększa się liczba wykorzystywanych przez obywateli rowerów. Jest to nawet wzrost kilkudziesięcioprocentowy. Nikt jednak nie zgaduje z jakiego powodu. Otóż bardzo ciekawego.

Bynajmniej nie z powodu ekologii, zdrowia i wygody. Ale z tej przyczyny, która jest najbliższa człowiekowi - z powodu bezpieczeństwa. Po prostu coraz więcej mieszkańców Brukseli stwierdziło, że jazda rowerem jest o wiele bardziej bezpieczna niż jazda metrem. Bo przecież w metrze szalony muzułmanin może zrobić zamach. My to w Polsce wiemy i o tym mówimy, oni w Brukseli też to wiedzą, tylko że na ogół o tym nie mówią, bo polityczna poprawność nie pozwala. I tak dobrze, że polityczna poprawność umożliwia im jeszcze porównywanie bezpieczeństwa różnych rodzajów komunikacji i wybieranie, tych które uważają zda bezpieczniejsze. No i wybrali - zdrowie, ekologię i mniejszą szansę na to, że zostaną zabici przez kolejnego szalonego terrorystę, o którym oczywiście poprawność polityczna nie pozwoli mówić, że jest złym i radykalnym muzułmaninem.

Politycy europejscy oczywiście nie wybierają roweru. Oni jeżdżą opancerzonym i limuzynami. Być może dlatego, że ci z Zachodniej Europy niewolniczo oddani są politycznej poprawności, nie lądują na drzewach, jak nasza pani premier. Polacy jeżdżą z kawaleryjską fantazją, która czasem prowadzi ich na manowce. Żarty żartami, ale warto zwrócić uwagę na jedną rzecz. Z małych cegiełek układają się wielkie problemy. Z takich niewielkich  zmian życiowych, które terroryzm wymusza na obywatelach Zachodniej Europy układać się będzie coraz większy dyskomfort i strach. A to może być pewnym momencie przełożyć się na gniew, któremu nawet politycznie poprawny kaganiec nie będzie w stanie przeszkodzić. Nie chciałbym być wtedy w skórze europejskich elit, ślepych na te zagrożenia i społeczne niepokoje. 

Bo choć jazda na taczkach może być uznana za równie ekologiczną, jak jazda na rowerze, to nie chciałbym być na taczce wywożony.

niedziela, 19 lutego 2017

Europejski kit

Biedna Komisja Europejska. Tak wzruszające jest, że jest tak bardzo demokratyczna, tak bardzo praworządne sprawiedliwa, że nie może ingerować w demokratyczne, sprawiedliwe zasady rządzące światem. Między innymi takie zasady, że jedzenie, które jest sprzedawane w krajach naszej części Europy jest o wiele gorszej jakości niż jedzenie sprzedawane w Niemczech lub Austrii. Wyjątkiem jest jedynie czekolada Milka, ale zapewne dlatego, że gdy ktoś produkuje czekoladę z fioletowych krów, to może ma nierówno pod sufitem i rozdziela po równo wszystkim konsumentom.

Tym razem dwudziestu czterem produktom żywnościowym sprzedawanym w Europie Wschodniej i Zachodniej przyjrzeli się w NEBIH, węgierskim urzędzie bezpieczeństwa żywności. Ich analiza wykazała, że prawie wszystkie badane produkty produkty różnią się zarówno smakiem, wyglądem, jak i aromatem. Komisja Europejska stwierdziła zaś w swojej wiekopomnej mądrości, że przecież koncerny międzynarodowe mają prawo dostosowywać swoje produkty do poszczególnych rynków państwowych. Zadziwiające jest jednak to, że owo "dostosowanie" oznacza wręcz bezczelne pogorszenie jakości.  A to Komisji Europejskiej najwyraźniej nie przeszkadza.

Ale czego można się spodziewać po Komisji Europejskiej, która definiuje krzywiznę banana? To najbardziej znany pozorny absurd prawny europejskiej legislacji. Chodziło oczywiście o pieniądze, czyli o faworyzowanie bananów, które produkowane były były we francuskich koloniach, kosztem bananów produkowanych w innych krajach. Podobnie uznawanie marchewki za owoc i ślimaka za rybę i jest warunkowane klasyfikacją związaną z przyznawaniem dotacji. Komisja Europejska bardzo chętnie wychodzi naprzeciw lobbystom i - jak widać - także bardzo chętnie kryje międzynarodowe koncerny, które w bezczelny sposób oszukują konsumentów w Europie Wschodniej i wciskają kit konsumentom. 

Widocznie to solidarność zawodowa - Komisja Europejska jest mistrzem we wciskaniu kitu najwyższej jakości.

sobota, 18 lutego 2017

Dzień Kota

Co jak co, ale najsłynniejszy kot, raczej najsłynniejsze koty w Polsce posiada niewątpliwie prezes PiS Jarosław Kaczyński. Wczoraj był Dzień Kota - i okazało się coś niebywałego. Otóż prezes PiS nie wiedział o tym! Dowiedział się dopiero od dziennikarz Radia Białystok, który zapytał go o to, czy nie przewiduje jakiś specjalnych prezentów dla swoich kotów. Warto zwrócić przy okazji uwagę na to, jak zareagował prezes PiS na to pytanie. Odpowiedział on bowiem następująco: "Uczciwie mówiąc, niestety od pana dowiaduję się dopiero o tym ważnym święcie. Zawsze mówię, że warto jeździć po kraju, warto rozmawiać z ludźmi, bo zawsze się człowiek czegoś nowego dowie."

Po pierwsze szacunek za to, że ten człowiek potrafi przysłuchiwać się temu, co mówią inni i dowiadywać się nowych rzeczy od ludzi. Nie każdy polityk należy do ludzi mających otwarte uszy i umysł. Niektórzy skupiają się na swojej jedynie słusznej ideologii, nie przyjmują do wiadomości niczego, co mogłoby zmienić światopogląd - vide elity Unii Europejskiej. Po drugie, skłania mnie to do refleksji na temat samego Dnia Kota i wielu innych podobnych świąt, które hucznie ogłaszane są w różnych mediach, a tak naprawdę stanowią pewnego rodzaju festiwal cywilizacyjny, wytwory pewnej propagandy i komunikacji, które tak naprawdę podniecają pewien procent ludzi, natomiast większość nie ma o nich zielonego pojęcia.

To pokazuje jak bardzo rozwiera się nieraz świat, który kreują różnego rodzaju media i portale społecznościowe od świata, w którym żyją rzeczywiści ludzie. W tym pierwszym sztucznie kreowaniem świecie są jakieś zadziwiające wodotryski, w tym drugim często szara nudna rzeczywistość i troska o to, czy uda się w jej skromnych ramach żeglować do wyznaczonego celu. Ten pierwszy świat jest niczym dżungla bawiąca kolorami. Ten drugi jest jak pustynia nie mająca nic atrakcyjnego do zaoferowania. Ale warto pamiętać o tym, że pozory mogą mylić. O kolorowej dżungli jeden z podróżników pisał, że dla odwiedzającego ją piękne są jedynie dwa dni: gdy wkracza do zielonego raju i gdy opuszcza zielone piekło. Szara pustynia może zaś mieć pod sobą wspaniałe zasoby ropy naftowej, które mogą przynieść jej posiadaczowi majątek. 

Zwykłe szare życie może być więcej warte niż kolorowa medialna tandeta.

piątek, 17 lutego 2017

Smok Wawelski

Mamy w kulturze europejskiej wybitny przykład walki ze smokami, którą uskutecznił Don Kichot. Ponieważ jednak nie posiadał w pobliżu smoków, więc rzucił się na wiatraki. I tak powstała walka z wiatrakami. Tymczasem w Krakowie, według wszystkowiedzącej telewizji TVN24, mamy walkę ze smokiem. Czyżby Smok Wawelski domaga się podwyżek? Albo chciał - niczym Chrystus z lewackiego performance - zejść z postumentu i zgwałcić muzułmankę? A może chodzi jednak o walkę ze smogiem?

Rzadko kiedy manipulacja TVN-u albo jego niewiedza wychodzą na jaw w tak banalny sposób, jak w tym przypadku. Oczywiście tym razem to żenująca i zarazem śmieszne pomyłka w stylu Ryszarda Petru. Sprawdzić ją może każdy, kto posiada elementarną wiedzę i w razie czego zajrzy do Wikipedii lub Słownika Języka Polskiego. Szkoda, że w innych przypadkach "tefałenowskich" manipulacji i kłamstw (tym razem nie wynikających z niewiedzy, ale z perfidnej propagandowej walki politycznej) nie da się tak łatwo ich przekrętów dostrzec. I być może dlatego wielu z naszych rodaków ciągle mieszka w Lemingradzie

Ostatnio zresztą telewizje się nie popisują. TVP wstawia do animacji złą linię na jezdni w Oświęcimiu. TVN walczy ze smokiem, a nie smogiem. Lepsze to może niż podrzucanie do śmietnika przy policyjnym hotelu butelek po piwie (jak to było w czasie Światowych Dni Młodzieży, gdy przyłapano na tym ekipę TVN). Niestety, nie mamy w Polsce prawdziwych mediów. Mamy mniej lub bardziej polityczne tuby propagandowe. Być może TVP jest najbliższa pluralizmu - ale tylko dlatego, że po stronie dawnego mainstreamu mamy po prostu odlot w stronę szaleństwa

Prawdziwy smog ich tam zaczadził ;-)

czwartek, 16 lutego 2017

Marsjanin

Wczoraj postanowiłem puścić sobie film i wybrałem znakomity obraz Ridleya Scotta "Marsjanin" z Mattem Damonem w roli głównej. Świetny i na całkiem mocnych naukowych podstawach obraz naukowca pozostawionego na Marsie, który musi przeżyć przez długi czas po to, aby doczekać się wyprawy ratunkowej. Los Marsjanina jest samotny, pełen różnego rodzaju niebezpieczeństw, na swój sposób niekomfortowy. Niby ma wygodne mieszkanie, ale musi racjonować żywność, martwić się o swoją przyszłość i kombinować, jakby tu rozwiązać różne codzienne i bardziej strategiczne problemy.

I kiedy tak rano dzisiaj wstałem, pomyślałem sobie, że mój los nie bardzo odbiega od losu filmowego Marsjanina. Oczywiście mam sytuację pod wieloma względami o wiele lepszą. Nie mieszkam całkowicie na odludziu, są tam zawsze są gdzieś bliżej czy dalej ludzie. Znajduje się w miejscu, w którym nie muszę chodzić w skafandrze kosmicznym i martwić się brakiem tlenu. Temperatury nie są tak tragiczne jak temperatury na Marsie, chociaż też ciepło nie jest. Nie muszę aż tak bardzo racjonować żywności - prędzej racjonuję pieniądze na jej zakup. Jednak mam także wiele swoich problemów, które muszą rozwiązywać krótko i długodystansowo - i jestem w tym taki, jak tytułowy Marsjanin.

Można powiedzieć, że nawet w jednym moja sytuacja jest troszkę gorsza od sytuacji Marsjanina. On przynajmniej miał konkretną nadzieję na ratunek. A w moim przypadku nie do końca jestem pewny, czy jakakolwiek wyprawa ratunkowa ruszyła, aby mi pomóc. Teoretycznie jest taka możliwość, ale to tylko połowiczna wyprawa ratunkowa, w dodatku nic pewnego. Trudno, widocznie musi być sprawiedliwa proporcja - z jednej strony nie muszę martwić się o brak tlenu, a z drugiej strony mam mniej komfortową przyszłość z operacją ratunkową. Najwyraźniej każdy jest Marsjaninem na swój własny sposób.  A z trzeciej strony, Mars to symbol mężczyzny i jest też używany w symbolice gejowskiej. To nadaje mojemu Marsjaninowi zabawny podtekst.

A na razie muszę tylko mieć nadzieje, że moje życie będzie mniej kosmiczne ;-)

środa, 15 lutego 2017

Niewypał &

Na Kumpello pojawiła się całkiem ciekawa grupa, która propaguje, aby mieć cały czas włączony Bluetooth i nazwać swój telefon ze znakiem "&" na początku. W ten sposób geje mieliby się rozpoznawać przez Bluetooth, na przykład na ulicy. Wydaje się, że to ciekawa inicjatywa. Ale do niej nie przystąpiłem. Dlaczego? Bo uważam, że to nie ma praktycznego sensu. To, że coś jest ciekawe nie znaczy bowiem - że ma jakikolwiek praktyczny sens.

Po pierwsze - Bluetooth ma zasięg dziesięciu metrów. To na tyle mało, że ciężko kogoś znaleźć. Na ulicy to utopia - ludzie wyjdą z zasięgu zanim ich namierzymy. W komunikacji miejskiej lepiej. Ale niewiele lepiej. Szansa na znalezienie kogoś mizerna. Po drugie - sama komunikacja. Jeśli kogoś namierzymy to co robić? Wysyłać propozycję parowania się? Gdyby to było coś takiego, jak komunikator przez Bluetooth, to jeszcze rozumiem. Po trzecie - bateria. Obecne smartfony i tak cierpią na jej niedostatek. Kolejne drenowanie baterii? Mało ciekawa perspektywa, szczególnie dla kogoś, kto nie ma jak podładować telefonu i oszczędza jego energię. Po czwarte - (nie)wygoda. Kto będzie stale zerkał, czy w wątłym zasięgu Bluetooth się ktoś pojawi?

Takie coś ma sens wtedy, gdy powstaje odpowiednia aplikacja, która robi to za nas i która pozwala na przykład na czatowanie przez Bluetooth. Póki jej nie ma - to inicjatywa ciekawa, ale niepraktyczna. Jedynym miejscem, w którym się sprawdzi jest może klub gejowski - ale tam raczej nie ma problemu z zorientowaniem się, że są w nim geje. Jest to więc, jak wiele inicjatyw, coś niby ciekawego, ale kompletnie nieużytecznego. O wiele ciekawiej można randkować mając telefoniczne odpowiedniki Fellow, Kumpello lub Planetromeo. One mają taką zaletę, że pokazują ludzi w dowolnym zasięgu, nie tylko kilku metrów. Może kiedyś doczekamy się fajnego telefonicznego randkowania. Ale jak na razie to lipa. I sensownych perspektyw nie widać.

Ale przynajmniej dobrze, że ludzie nad tym jakoś myślą :-)

wtorek, 14 lutego 2017

Syndrom świąteczny

Jak się okazuje, a tego nie wiedziałem, święty Walenty to patron i orędownik przede wszystkim psychicznie chorych - na epilepsję, cierpiących na choroby nerwowe. Czyżby miłość mogła zostać zaliczona do podobnej takim chorobom? A może nie sama miłość, ale nachalny marketing coraz bardziej związany z tak zwanymi Walentynkami? Bo faktycznie, marketing ów przybiera chyba coraz bardziej rozmiar choroby ogarniającej ludzi. I dotyka wszystkiego, co chciałby - wzorek króla Midasa - przemienić w złoto.

Podobnie zresztą jak marketing towarzyszący wszelkim innym świętom. Celebrowany przede wszystkim w Świątyniach Marketingu, czyli centrach handlowych. Obchodzony hucznie już na wiele dni przed danym świętem. I przeliczany na coś nadmiernie przyziemnego - czyli oczywiście pieniądze. Może to i dobrze, że mieszkam teraz w takiej okolicy, w której sklepy nie są tak przesadnie marketingowo sformatowane. A gdyby nie niecki ludzi na czatach, to nie przypomniałbym sobie o tym święcie. Choć na pewno newsy, które codziennie czytam, przypominałyby mi oo tym także. 

Zawsze zadziwia mnie pewien syndrom świąteczny. Polega on na tym, że w dniu święta (lub niekiedy także w jego okolicy) robimy wielkie halo. Ale poza tym terminem mamy to wszystko w dupie. A wiele świąt niesie przesłanie uniwersalne, na cały rok - a nie tylko od święta. Okazujmy sobie miłość cały rok, nie tylko w Walentynki. Myślmy o bliskich, którzy odeszli cały rok, nie tylko we Wszystkich Świętych. I bądźmy dla siebie życzliwi też cały rok, nie tylko w Boże Narodzenie.Widocznie jednak nasza karlejąca cywilizacja zaczyna być we właściwych proporcjach już tylko od święta. Bo w zwykłe dni na przyzwoitość nie starcza nam czasu

Czyżbyśmy tak bardzo kochali życiową tandetę?