wtorek, 21 października 2014

Szept rozpaczy

Wczoraj zamieściłem anons, który nazwałem krzykiem rozpaczy - bo jego wymowa była jak najbardziej uzasadniająca takie określenie. Dziś zamieszczam anons, który mógłbym określić - dla porównania - jako szept rozpaczy. Położony dosłownie kilka anonsów dalej. I też przytoczony w pisowni oryginalnej.

Żadnych seks przygód. Absolwent studiów I stopnia lepiej brzmi :D niż były student. po za tym zwariowany ale bez przegięć, nie mam połamanych nadgarstków to znaczy nie jestem ciotką o boże o matko, chociaż i takich nie krytykuję ale rozśmiesza Mnie takie coś, pozytywnie, dobry humor się przyda, ale bez urazy niech każdy będzie jaki chce być. Ważne wartości dla Mnie to: nie czyń drugiemu co Tobie nie miłe. i Niech każdy będzie jaki chce, byle by nikomu Krzywdy nie robił;) Nie umawiam się na seks przygody, chociaż popisać różne głupoty każdy piszę, ale na spotkanie nie licz. Szczerze wolę uczucia, możesz powiedzieć, że wierze w bajki, ale staram się wierzyć w miłość. Zdrada - hmmm- to najgorsze co może być. Po co byś w związku i z kimś się bzykać na prawo i lewo? Bo co ktoś uważa, że związek to stabilizacja, a seks na prawo i lewo to zaspakajanie się? Jeśli nie jest Ci dobrze z tą osobą to po co z nią jesteś? Ranisz Siebie i tą osobę, ale ok jak mawiali moi znajomi- nie znasz życia, to ok, twierdząc, że mam złe podejście, że krytykuję takie zachowanie- ok niech każdy robi co chce. Ja nie uważam, żeby kogoś ranić! Sam nie raz byłem zraniony. Niestety mimo iż, znam niemiecki, skończyłem studia- nie czuję się w pełni spełniony, brak drugiej osoby, którą można pokochać, o którą można dbać to jest moje spełnienie. Pozdrawiam Wszystkich ;) 

Po pierwsze - jest znacznie dłuższy od wczorajszego, a więc mniej wymowny. Po drugie - nie jest tak ostry w swoim wyrazie. To bardziej gawędzona szeptem litania oczekiwań i poglądów na temat związku. Pośrednio ukazująca typowe wady w podejściu do uczucia i relacji międzyludzkich, typowe błędy jakie ludzie popełniają. Mam na myśli błędy, które autor anonsu wytyka. 

Tak naprawdę to esej na temat własnych oczekiwań, coś w rodzaju prezentacji własnego strumienia świadomości. Dobre jako esej dla koneserów potoku myśli - ale mało przemawiające jako anons dla zabieganych osób. Wielu szuka partnera tak intensywnie, że nie ma czasu przeczytać nawet krótkich anonsów do końca. To trochę tak jak z tym pracownikiem na budowie ze znanego kawału. Na pytanie czemu biega z pustą taczką odpowiedział, że jest tyle roboty że nie a czasu załadować. 

Goethe napisał raz długi list do pewnego hrabiego i zakończył zdaniem - przepraszam panie hrabio że napisałem długi list, ale nie miałem czasu napisać krótszego. i napisał to człowiek, którego IQ szacuje się na 180. Faktycznie, krótki, zwięzły i porywający tekst jest napisać najtrudniej. Ale niestety taki tekst najłatwiej zatrzyma czyjąś uwagę. Coś za coś. Jeśli chcesz wypaść lepiej - musisz się napracować.

Jeśli wypadniesz gorzej - zawsze możesz trafić na bloga i zostać uwiecznionym dla potomności ;-)

poniedziałek, 20 października 2014

Krzyk rozpaczy

Rzadko kiedy anons jest dawany bardziej sobie a muzom niż w konkretnym celu, który powinien określać dział jego zamieszczenia. Niekiedy jednak i na taki rodzaj anonsu można trafić. Dziś przedstawiam anons, który określiłbym jako krzyk rozpaczy. Najczęściej zachowuję pisownię oryginalną, a dziś szczególnie ją zachowam - aby i ona może pokazała emocje piszącego ów anons.

Umiera się na wiele sposobów: z miłości, z tęsknoty, z rozpaczy, ze zmęczenia, z nudów, ze strachu i kiedy się wie, że nic się już nie zmieni... Umiera się nie dlatego, by przestać żyć, lecz po to by żyć inaczej. Kiedy świat zacieśnia się do rozmiaru pułapki, śmierć zdaje się jedynym ratunkiem, ostatnią kartą, na którą stawia się własne życie. życie stało się dla mnie nie do zniesienia ale na was pierdolonych oszustach nie robi to wrażenia.Myślicie tylko o jebaniu, kutasach i spustach. Zanadto zaufalem pedałom i to mnie zgubiło...a chcialem tylko kochać i być kochanym. Czy za wiele chciałem od życia?? Za wiele jak sie okazało.. 

W sumie nie wiadomo o co chodzi. Obstawiam trzy możliwości. Najlżejsza opcja to ogólny zawód poziomem osób szukających kontaktu w internecie, a w szczególności związku. jeśli tak, to widocznie sporo zaleźli autorowi anonsu za skórę, bo bardzo go to zabolało. Średnia opcja to konkretne nieszczęście, na przykład "złapanie plusa", które staje się (dosłownym albo przenośnym) wyrokiem śmierci - czasem uczuciowej, czasem społecznej a czasem wręcz biologicznej. Ale najcięższa opcja, to chęć popełnienia samobójstwa, która skutkuje zamieszczeniem tego anonsu jako swego rodzaju listu pożegnalnego. Oby to nie był ten przypadek. 

A teraz dylemat - odpisywać na taki anons czy nie? Po namyśle doszedłem do wniosku że nie. Formalny powód - autor nie podał o sobie żadnych informacji. Wnioskuję z tego że nie ujawniając choć rąbka tajemnicy o sobie, nie oczekuje kontaktu. A pisać jakieś komentarze do jego anonsu, które i tak mogą zostać opacznie zrozumiane... To nie ma sensu. On nie pyta czy znajdzie kogoś. On pisze że nie znajdzie - a więc nie ma sensu na silę się z nim kontaktować.

Wszyscy kiedyś umrzemy - ale lepiej nie umierać z krzykiem rozpaczy na ustach...

niedziela, 19 października 2014

Technika sporu

Spór tym się różni od kłótni, że w czasie sporu jest walka na argumenty - a w czasie kłótni jest zacietrzewienie i przepychanka da samej przepychanki. W czasie sporu dociekamy prawy, w czasie kłótni - obstajemy przy swoich racjach. Otóż granica między sporem a kłótnia jest czasem trudna do uchwycenia.

Jeśli zaczynamy spór z bardzo mocnym przekonaniem o swojej racji, a potem stopniowo okazuje się że musimy poddać kawałek po kawałku nasze poglądy, to łatwo pomylić spór z kłótnią. Wydaje się bowiem, że w zacietrzewieniu jesteśmy niereformowalni. A tak naprawdę najczęściej okazuje się że początkowy monolityczny przedmiot sporu okazuje się złożony na tyle, że z jego kawałkami można się zgadzać lub nie.

Nagle okazuje się że w części nie mamy racji. Gdybyśmy nie mieli racji w całości, to byłoby proste. Ot, przyznać wypada że się myliliśmy. Zrobi tak każdy poważny człowiek, który w czasie sporu walczy na argumenty, a nie na utrzymanie za wszelką cenę swojej pozycji. Ale jeśli tylko częściowo racji nie mieliśmy, to cześć naszej racji pozostaje. Łatwo wtedy dostrzec tylko tę pozostającą część i mieć mylne przekonanie, że w ogóle nie zmieniany zdania, choć tak naprawdę cześć naszego zdania już się ukruszyła ;-)

W czasie sporu zadziwia nas nie tylko to, że przedmiot sporu może być bardziej złożony niż nam się wydawało - ale także to że ludzie bywają bardziej prości w ocenie niż powinni ;-)

sobota, 18 października 2014

Wanna

I bądź tu dobry dla ludzi, a oni ci za to odpłacą szyderstwem. Przejechałem się na tym w rozmowie zawodowej, o której pisałem wczoraj. Trafił mi się taki DK, który zaczął kombinować jako koń pod górkę - aż doszedł do szczytu. Wyszło na to, że usługę powinienem wykonać za darmo - bo wykroił z niej to co darmowe ;-)

Porównywałem moją usługę do wanny. cześć czasu zajmuje jej napełnienie, a dopiero reszta to sama kąpiel. To całkiem udane porównanie - płaci się za kąpiel (czas samej kąpieli) a nie za czas napełniania wanny, czyli ową "rozbiegówkę". Wyszło na to, że klient chciał kąpieli, którą potraktowałbym jako darmowe napełnianie wanny ;-)

Tylko, że darmowe jest w tym przypadku zawsze razem z tym co płatne, a nie osobno. Ale bylem mu wdzięczny za te uwagi bo postanowiłem je uwzględnić w mojej ofercie. Po prostu dodałem informację, że cześć cen jest promocyjna - zaś oferty promocyjne nie łączą się. Bo w istocie są to ceny promocyjne, zaniżone w porównaniu do czysto matematycznych proporcji.

Tego klienta nie przekonałem w jego cwaniackiej logice - ale za to przekonałem się jak przekonać kolejnych ;-)

piątek, 17 października 2014

DK

Kto grał w Warcrafta albo World of Warcraft ten doskonale zna Death Knighta. Mnie osobiście ci czarni rycerze, popularnie zwani DK, kojarzą się szczególnie z II częścią gry - czyli Warcraftem II. Ale w życiu realnym tych rycerzy śmierci oczywiście nie ma. Jednak skrót DK się nie marnuje i poza oznaczeniem sympatycznej Danii może mieć także inne znaczenia.

W moje pracy DK to Dociekliwy Klient. Bardzo ciekawa kategoria, bo są dwa rodzaje DK - czarny i biały. Biały DK to klient pozytywnie dociekliwy. Dopytuje o szczegóły usługi, naprawdę zbiera informacje i jeśli go przekonać - jest duża szansa że z usługi skorzysta. Czarny DK to klient negatywnie dociekliwy - czyli szukający dziury w całym. Taki klient jest upierdliwy, złośliwy, ironiczny. Ale rzadko kiedy taki klient przychodzi sam z siebie. najczęściej staje się nim w czasie rozmowy.

Upierdliwa złośliwość to cecha klientów, którzy reagują w taki sposób, gdy rozmowa nie potoczy się po ich myśli. Niedawno miałem taki przypadek. Podałem ceny usługi, w krótszych wariantach czasowych były one niższe niż w dłuższym. Więc klient zamiast zamówić godzinny pakiet, chciał zamówić dwa półgodzinne, bo ich łączna cena była niższa. Tłumaczem czemu tak jest - otóż nie kalkuluję części czasu jako "rozbiegówki". No to klient chciał same rozbiegówki - aby wtedy wszystko było po prostu za darmo.

Zupełnie jak w dowcipie o krasnoludku na stacji benzynowej:
- ile kosztuje kropla benzyny?
- nic
- to poproszę milion kropel.

czwartek, 16 października 2014

Mistrz recenzji

Wielki Redaktor potrafi wybrać wspaniale teksty, utworzy, cytaty. zabawia tym publiczność, ukazuje głębie swoich kulturalnych zainteresowań. Jest jak lew salonowy, zawsze gotów wyciągnąć z rękawa bukiet kwiatów, zawsze potrafi dobrać wspaniałe dzieło do najzwyklejszej nawet chwili. Ale co kryje się za tą wspaniałą sceną?

Ale po drugiej stronie tej monumentalnej sceny i fascynującego przedstawienia jest bagno. Tkwią w nim gnijące myśli i zapiekłe urazy. To one przyciągają takie, a nie inne elementy pokazu. To one dyktują wybór. A jeśli po drugiej stronie jest osoba emocjonalnie zaangażowana i zarazem inteligentna oraz wrażliwa - to on potrafi wyczytać to, co w tym pozornie niewinnym przekazie jest skierowane osobiście do niej. Nie jako kwiaty, ale jako igły bijące prosto w serce.
 
To swoista tortura. Formalnie mamy do czynienia z jakimś niewinnym utworem albo recenzją. Na niewinny temat. Ale gołym okiem widzimy w nim nawiązania do nas. I co gorsza są to nawiązania często ironiczne, złośliwe, a nawet destrukcyjne. Ktoś po prostu bije nas w białych rękawiczkach. Dla postronnego obserwatora pisze sobie a muzom (szczególnie gdy ten obserwator nie widzi komunikacji z drugiej strony owego przedstawienia), ale ten kto ma wiedzieć - wie o co chodzi. Bo na 99% to nie jest przypadek, ale zamierzony, najczęściej złośliwy przekaz.

Faktycznie - taka zawoalowana recenzja czyjegoś życia - ale po mistrzowsku podana w tchórzliwym sosie, bez odwagi napisania wprost.

środa, 15 października 2014

Mistrz uników

Mistrz uników dobry jest w aikido - sztuce walki bez walki, wykorzystującej silę i pasję przeciwnika w celu zaszkodzenia jemu samemu. Ale jeśli taką samą pasję wkłada się w niewłaściwą komunikację - to można komuś zrobić krzywdę. Zwłaszcza wtedy, gdy ta osoba jest z jakiś powodów szczególnie wrażliwa.

Niewłaściwa komunikacja to bardzo grzeczne określenie. I o takim "grzecznym" robieniu krzywdy chcę dziś napisać. Otóż bezpieczną formą publikacji, zwłaszcza w bardzo szybko reagującym internecie, jest cytat. Albo udostępnienie. To nie  ja - to oni. To nie ja napisałem, to Iks napisał do Igreka. A ja tylko przytaczam fragment ich korespondencji - idealnie jeśli to materiał zaczerpnięty z jakiejś książki, można wtedy umieścić profesjonalny przypis.

To wygodna sytuacja - jestem tylko redaktorem, wybieram cytaty i złote myśli. Udostępniam piosenki - przypadkowo o takiej, a nie innej treści. Bo akurat mi się podobają. W ogóle to jestem nieomal Siewcą Kultury. Aż eksploduję całą mą kulturalną wiedzą, rozlewam naokoło siebie ocean genialnie dobranych fragmentów Kultury, z których układam nowoczesną mozaikę. Tworzę fascynujący kalejdoskop kulturalnych ogników na wielkim, płonącym niczym piec, Ołtarzu Kultury. 

Pytanie tylko co się mieści po drugiej stronie sceny... 

wtorek, 14 października 2014

Wieczny dzień edukacji

Dzień Edukacji Narodowej to piękne święto i jak każde święto trwa krótko. A potem wszystko wraca do normy. A tymczasem prawdziwy dzień edukacji jest co dnia. Nie tylko w szkołach i na uczelniach - ale przede wszystkim w życiu. Czyli w najważniejszej szkole - szkole życia.

Niektórzy jednak najwyraźniej ciągle oblewają swój egzamin dojrzałości. A taka realna życiowa matura nie zależy od wieku, a nie formalnie zaliczonej edukacji. Zdajemy ją co dnia w różnych sytuacjach. Normalni ludzie czasem ją oblewają a czasem zaliczają - jak to w życiu. Ale cześć osób należy do kategorii nieuleczalnie niereformowalnych. Kiedyś czytałem artykuł o brytyjskiej edukacji, która poprzez likwidację szkół zawodowych sprawiła że pojawiła się grupa nazywana "non emplyed and non employable" (czyli nie zatrudnieni i niezdolni do zatrudnienia). Ci ludzie są niekompetentni do na podjęcie bardziej wymagającej pracy, a nie ma dla nich prostych zajęć, bo w Anglii ich już nie uczą. Zamiast być dobrym hydraulikiem czy piekarzem są zawodowymi klientami pomocy społecznej.

Można powiedzieć, że w relacjach międzyludzkich jest podobnie. Są ludzie, których można określić jako "nie rozmawiających i nie rozmawialnych". Nie komunikując się we właściwy sposób, czym mogą powodować wiele problemów innym ludziom, a jednocześnie nie są zdolni do otwartej komunikacji. Czasem ich zaniechania i brak odzewu powoduje nieszczęścia u innych ludzi. A szczególnie przykra sytuacja jest wtedy, gdy ci "inni ludzie" mają do danej osoby stosunek emocjonalny. 

Wtedy każde potraktowanie ich z góry lub po macoszemu będzie ich szczególnie bolało...

poniedziałek, 13 października 2014

Zawodowy pech

Skoro dziś trzynasty to notka będzie oczywiście o pechu - a w tym przypadku o zawodowym pechu. Można by długo wymieniać przykłady zawodowego pechu - dają się streścić w krótkich punktach: brak klientów, niesolidni klienci, klienci oszukujący etc. Ale bywają też bardziej subtelne i znacznie ciekawsze przykłady tego zawodowego pechu.

Z mojego punktu wodzenia komunikacja zawodowa z klientami przypomina mi pracę kelnera czy stewarda. W sumie te dwa zawody przychodzą mi na myśl bo wymagają nienagannej aparycji, ale także nienagannych manier i zawodowej uprzejmości. Takiej uprzejmości również ja podlegam i dlatego nie wypada mi w rozmowie z klientem stosować chwytów rodem z rozmowy prywatnej.

W rozmowie prywatnej można po prostu powiedzieć komuś że jest idiotą, kretynem etc. Albo - trochę grzeczniej - dać do rozumienia że jego propozycje są idiotyczne. Jako handlowiec muszę być o wiele grzeczniejszy i trzymać nerwy na wodzy. Dlatego gdy jakiś klient uparcie wykazuje się głupotą, mam zabawny problem. Ale jest na to jeden wytrych - wystarczy powiedzieć że niestety nie mogę mu nic zaoferować i zamknąć okno. 

Można zapytać po co ćwiczyć taką uprzejmość wobec nieprzemakalnych kretynów - po prostu w imię zasad i dlatego aby nigdy nie urazić wartościowego klienta ;-)

niedziela, 12 października 2014

Masażysta okien

Ciekawe się wydarzają rzeczy gdy człowiek jest nieco zmęczony. A tak jest w czasie przeglądania seryjnie setek albo nawet tysięcy anonsów. Tak się złożyło że przeglądaczem anonse w sprawie pracy i co zobaczyłem - zatrudnią masażystów okien. Ucieszyłem się, bo masażysta, ale czemu okien?

Oczywiście okazało się, że chodziło o montażystów. Ale pomyłki tego rodzaju są widoczne także na czatach. Bywa że źle odczytuję nicki albo coś w treści wypowiedzi. Ktoś szukał kogoś z Konstantynowa a ja bylem pewny (i zdziwiony) że z Konstantynopola. Procentuje zainteresowanie historią ;-)

W sumie to tylko powód do śmiechu - ale prawdziwy pech zaczyna się wtedy, gdy na podstawie błędnego przeczytania zrobimy krok dalej. Pół biedy, gdy to rozmowa na czacie. Gorzej gdybym wysłał przez nieuwagę moje CV do firmy zajmującej się montażem okien ;-) 

Na szczęście jakaś wielka wpadka z tego powodu mi się dotąd nie zdarzyła ;-)

sobota, 11 października 2014

Oblicza wiarygodności

Wczoraj pisałem o bramce SMS jako formie sprawdzania wiarygodności i solidności potencjalnego klienta. To prosta metoda unikania pustego wysiłku w przygotowywaniu się do pacy. Po c tracić czas na obsługę klienta, który i tak się nie zjawi. I to nie z ważnych powodów losowych, ale po prostu dlatego że od początku nie miał zamiaru się zjawić.

Stosuję więc weryfikację przez wymóg potwierdzania rezerwacji kontaktem telefonicznym - głosowym lub przez SMS. I zadziwiające jak rozpaczliwie skutecznie to działa. Ostatnio miałem chyba z dziesięć entuzjastycznych rozmów i umówienia się na masaż, które jednak urwały się na kontakcie przez telefon.Najzabawniejsze są jednak rodzaje reakcji klientów.

Na czacie metodą numer jeden jest chyba metoda ucieczki. Zamknął okno albo (co lepiej) wylogował się z całego czata. I szukaj wiatru w polu. To metoda tchórzy. Odważniejsi i bardziej pomysłowi stosują metodę pożegnania - żegnają się i solennie obiecują że potwierdzą (najczęściej "zaraz"), ale nie potwierdzają. I też szukaj wiatru w polu. Jeszcze zabawniejsza jest metoda komplikacji - nagle okazuje się że coś im wypada, kto wie może praca się przeciągnie. Więc potwierdzą później. W praktyce - ad Kalendas Graecas. W sumie każda metoda jest na swój sposób zabawa i każda na swój sposób nuży. Ale to przypomina wybór między przysłowiową dżumą a cholerą.

Dlatego zdecydowanie wolę metodę palcową - kilka ruchów palców po klawiaturze i wciśnięcie zielonej słuchawki lub przycisku wysyłania - po stronie klienta, a po mojej stosowny dźwięk dzwonka w telefonie ;-)

piątek, 10 października 2014

Bramka SMS

Dziś o bramce SMS. Ale bynajmniej nie o takiej jaką zapewne znacie. Tu nie chodzi o internetowe narzędzie do wysyłania wiadomości. Słowo "bramka" jest w znaczeniu bardziej dyskotekowym - jako punkt kontrolny, zapora. Coś jak ochrona lokalu. Przez bramkę trzeba przejść aby wejść do klubu. A to się fachowo nazywa selekcja.

Taką samą selekcję warto mieć w pracy, jeśli polega ona na kontaktach z anonimowymi klientami i umawianiu spotkań. Po co umawiać spotkania, które się realnie nie odbędą? A co gorsza być może blokować nimi dostęp klientowi, który by realnie przybył na spotkanie? Dlatego w pracy z anonimowymi klientami bardzo przydaje się jakaś forma ich weryfikacji. A dokładniej weryfikacji solidności klientów

Przez internet każdy może pisać bajki i umawiać się do woli, bez ponoszenia odpowiedzialności za swoje puste deklaracje. Dlatego sam net nie wystarcza mi do umawiania spotkania z klientem. Wymagam kontaktu telefonicznego w celu potwierdzenia rezerwacji. Najlepiej przez SMS, ale może być też rozmowa głosowa. Zakładam, że jeśli ktoś potwierdza przez telefon, to jest wiarygodny. A na pewno znacznie bardziej wiarygodny do entuzjasty wyłącznie umawiającego się przez net.

Bo wiarygodności nigdy dosyć :-)

czwartek, 9 października 2014

Przesadzacze

Wszystko dobre ale w miarę. A jednak zdarzają się ludzie, którzy lubią przesadzać. Na przykład politycy ze swoimi obietnicami wyborczymi. Ale nawet w mojej skromnej pracy można mieć do czynienia z przesadzaczami.

Przesadzacz to osoba, która jest chętna - albo wręcz napalona - na zdecydowanie więcej niż przewiduje oferta. Ale - uwaga - chodzi tu o zdecydowanie więcej w sensie ilościowym, a nie jakościowym. Bo przesadzaczy jakościowych jet o wiele więcej. Oferuję masaż a oni chcą seksu. No, ewidentnie chcą zmiany jakościowej wykraczającej poza ofertę masażu. To głupie i niezbyt ciekawe do opisywania. Nawiasem mówiąc, tak samo jakościowo przesadzają przy szukaniu związku. Tyle że wtedy niejako przesadzają w dół poprzez ograniczenie oczekiwań. Ty szukasz związku a oni tylko seksu. Też przesada.

Ale przesadzacze ilościowi to ciekawsza kategoria. Ja oferuję masaż maksymalnie godzinny - oni od razu chcą dwie godziny. Skoro oferuję masaż godzinny, t mam jakiś powód ku temu. Może po prostu tyle wystarczy. Może nie ma sensu robić dłuższego. Ale oni wolą zamawiać dłuższy. W sumie żaden z takich zamawiaczy jak dotąd się realnie nie umówił. A co by było gdyby był masaż miejsc intymnych? Z finałem? Okej. A z trzema finałami? Czy to nie brzmi jak tanie przechwałki?

Skoro płacisz komuś za usługę, to może po prostu zaufaj, że on wie w jakim zakresie tę usługę świadczyć :-)

środa, 8 października 2014

Kochankowie dwaj

A na samym końcu pojawili się kochankowie dwaj. To może się wydawać atrakcyjną perspektywą. Czyżby jakiś trójkąt się zapowiadał? Niestety nie, zdecydowanie raczej zerokąt.

Na GG zagaduje mnie ktoś i pytam go standardowo kogo on szuka. A on mi odpisuje - kochanka dla mojego nieśmiałego znajomego, boi się i wstydzi, chciałby zasmakować w seksie MM. No to mu bez namysłu napisałem, że po pierwsze nie gadam z pośrednikami, a po drugie nie szukam seksu. Zaraz się pożegnał. Nie żal mi tego bynajmniej.

A ja nie mogę wyjść ze zdumienia że takie przypadki się zdarzają - maiłem ich już co najmniej kilka. Nie wierzę aby to były formy jakiejkolwiek "koleżeńskiej pomocy". Jakoś intuicyjnie wyczuwam, że chodzi o samego rozmówcę, który szuka kogoś dla mitycznego kolegi. Ale po co taka maskarada? Może się boi przyznać że szuka sam? A może wkręca kogoś? Nie wiem. W sumie to nieważne - liczy się ta intuicyjna pewność, że to jednak oszustwo.

W sumie to, w pewnym sensie, nie byłoby oszustwo - bo oszukiwałby ktoś kogo nie ma, czyli ów nieistniejący kolega ;-)

wtorek, 7 października 2014

Lewitujący dwaj

W międzyczasie wątek zawodowy. Gdy wróciłem od dziecka do domu, oczywiście znów zacząłem szukać klientów. I pojawili się lewitujący dwaj. Czyli klienci - a raczej dopiero potencjalni klienci. Ale tym razem była to para klientów w jakiś sposób negatywna. Obaj powiem niejako zawiśli w próżni i tylko niepotrzebnie śmiecili mi w głowie.

Każdy z nich niby umówił się na masaż i wyraził chęć rezerwacji terminu, ale... Moja procedura przewiduje że rezerwuję dopiero po otrzymaniu potwierdzenia od klienta w formie rozmowy lub wiadomości SMS z jego telefonu. Bez tego nie dokonuję rezerwacji. A panowie jakoś o tym kroku "zapomnieli".

W sumie, teoretycznie rzecz biorąc, mogą się jeszcze odezwać. Było już po północy. Jeden, korespondujący e-mailem, mógł po prostu zasnąć. A drugi, z czata, zapowiedział że jeszcze nie wie czy praca mu się nie wydłuży - więc potwierdzi potem. Teoretycznie obaj mogą wypalić. Ale nawet jeśli wypalą, to wrażenie lewitującej pary będzie nadal w pamięci...

Pożyjom, uwidim...

poniedziałek, 6 października 2014

Dżungarki dwie

Kolejna para - dżungarki dwie. Bo mamy do czynienia z samiczkami. Chodzi oczywiście o chomiki dżungarskie. Tyle że ja zawsze miałem do czynienia z samcami. Ale kiedy mój synek kupował je w sklepie to nie było już samców więc wzięli dwie samiczki. I dlatego ma dwie dżungarki.

Od jakiegoś czasu pojawiał się temat chomika dla synka. Dlatego były pewne kwasy ze strony jego mamy gdy zabierałem z piwnicy klatkę chomiczą dla swego szczura - zresztą klatkę już dość mocno zdezelowaną. A teraz zobaczyłem w jakiej klatce mieszkają te dwie samiczki. W porównaniu do poprzedniej, wcale nie taniej klatki, ta obecna jest po prostu pałacem. Dwa piętra. Z jednej strony zakręcana rura do przejścia między poziomami, z drugiej strony zewnętrzna dobudówka do spania. Kręciołek i miski na pokarm Poidełko zwisające z sufitu klatki. Prawdziwy Hotel Hilton. I druga, równie luksusowa klateczka do przenoszenia. I pewnie zapas jedzenia też nie najtańszego. 

W sumie, pewnie 300-400 złotych zainwestowane. Ale nie krytykuję tego. Bo mama dziecka ma z czego inwestować, a synek niech ma radość opiekowania się żywymi stworzonkami. A dla mnie to niech będzie pozytywna wróżba, że może i ja znajdę niebawem swoją "homo parę" w analogicznie komfortowych warunkach życiowych. 

No cóż, pomarzyć zawsze można :-)

niedziela, 5 października 2014

Byli dwaj

I mamy serię par. Najpierw o byłych dwóch. Jak mawiają, nieszczęścia chodzą parami - ale to nie było nawiązanie do byłych. Choć po części nieuchronnie tak - bo skoro z nimi nie udało się, to jednak było to nieszczęście. I kiedy tak sobie pomyślę, to faktycznie było podwójne nieszczęście.

Tak się bowiem złożyło że w czasie znajomości z nimi wydałem najwięcej kasy na rzeczy które odjeżdżając ode mnie zabrali - albo co gorsza ukradli. Więc w sensie finansowym to było duże nieszczęście. W sensie uczuciowym to także był fakap. Teraz przydałaby się wydana wtedy kasa. Dawniej była ona niczym, ale dziś wiele z tych zakupów ratowałoby cały miesiąc życia. Trudno, takie życie - przynosi tajże straty. Nic już na to nie poradzę. 

A w ogóle to może napiszę jak ich znów "poznałem". Najpierw skontaktował się ze mną jeden z nich pisząc SMS - podawał mi po prostu swój nowy numer telefonu. Wymieniliśmy kilka wiadomości w banalnym stylu co słychać. A na drugiego trafiłem jednostronnie na czacie - podejrzałem go w kamerce. To był kontakt tylko w jedną stronę. 

Cóż, nie tylko nieszczęścia czasem chodzą parami ;-)

sobota, 4 października 2014

Klient popychacz

Wczoraj było o kliencie szmacie - a dziś jest o kliencie popychaczu. I znów jest to świadomie użyte słowo, aby wywołać zamierzoną dwuznaczność. Wiadomo co się gejom kojarzy (i nie tylko gejom) z pchaniem, popychaniem itp. w relacjach erotycznych. Spodziewamy się więc mocnego seksu - a tu zonk. 

A nawet nie zonk, ale dzwonk. Nie dzwonk - ale dzwonek. Bo dzwoni telefon. Klient popychacz to taki klient, który nie tylko pisze - czasem nawet bardzo długo - w internecie, na przykład na czacie, ale także zadzwoni i pogada przez telefon. I to nawet nie na zasadzie wypytania o szczegóły usługi - bo wystarczająco je rozgryzł w rozmowie internetowej - ale chyba bardziej dla wyrażenia entuzjazmu z poznania osoby.

Ja jednak nie traktuję tego jako uprzykrzania. Klient szmata (opisywany wczoraj) balansuje w rozmowie na granicy irytowania mnie i uprzykrzania mi życia. Ale rozmowa z klientem przez telefon przeważnie ju jest zupełnie inna. Na luzie i bardzo miła. A ja zaczynam mieć wtedy uzasadnioną nadzieję, że trafiłem jednak na kogoś zdecydowanego na masaż, a nie pustego bajkopisarza. I zaczynam się cieszyć, że wcześniejszą długą rozmowę internetową godnie wytrzymałem.

Kamień spada mi z serca, bo prawdziwy bajkopisarz po prostu nigdy do mnie nie zadzwoniłby.

piątek, 3 października 2014

Klient szmata

Dziś o zjawisku, na szczęście rzadkim, które prowokująco nazwę klientem szmatą. Zapewne budzi to jednoznaczne skojarzenia, ale raczej na pewno będą one błędne. Mam bowiem na myśli szmatę w innym znaczeniu niż potoczne - czyli kogoś podłego. Może powinienem użyć innego słowa zamiast szmaty ale wtedy te określenie straciłoby swoją pikantną dwuznaczność :-)

Tym słowem byłby może "ręcznik". Klient szmata jest bowiem osobą która tak długo i szczegółowo rozmawia, że przypomina to wyżymanie ręcznika lub szmaty. Jeszcze przycisnąć, jeszcze wyżąć aby choć jedna dodatkowa kropelka poleciała. Przegadać wszystko o masażu, i jeszcze więcej. I dalej gadać.

Początkowo jest w porządku udzielam informacji. Ale potem zaczynam się irytować. Bo ile można gadać o masażu. Więc wymyśliłem prosty trik na gaszenie takich ludzi. Po prostu apeluję do nich aby nie zaśmiecali umysłu zbytnim myśleniem o masażu, bo zablokuje to ich faktyczny odbiór masażu. I to jest prawda - im bardziej się nakręcamy, tym bardziej jesteśmy spięci i zablokowani. Chcesz przeżyć masaż - to go na sobie wypróbuj, a nie podniecaj się pisaniem o nim.

Ale nie każdy klient szmata to musi być impotentny (w sensie braku woli skorzystania z masażu) bajkopisarz. Faktycznie może przebuduje się wygadać albo doświadczyć czyjegoś zrozumienia. Nigdy nie wiadomo na kogo się trafi - nie można więc z góry go skreślać. Ale niestety szansa na to że się realnie omówi jest mała, a czas poświęcony na taką rozmowę często jest dłuższy niż czas samego masażu.

Tak czy inaczej, samo umawianie klientów na masaż może być czasem bardzo męczące ;-)

czwartek, 2 października 2014

Trening back

No i doczekałem się w ramach rozpoczęcia nowego roku szkolnego, powrotu moich obowiązków rodzinnych z zeszłego roku. A że przypadają one w czwartki, to wybrałem czwartek na dzień publikacji tego postu. 

Można powiedzieć że się trochę stęskniłem za tymi obowiązkami, bo oznaczają one kontakt z moim synkiem. W sumie mogę go odwiedzać kiedy chcę, ale ostatnio nie skorzystałem z tej opcji. Prawie wstyd się do tego przyznać, prawda? Ale trochę niezręcznie odwiedzać dziecko, gdy się od dawna jest tylko cieniem ojca. Nie odwiedzać też źle. Nie ma tu dobrych rozwiązań - są co najwyżej te z mniejszym złem.

W zeszłym roku zacząłem z dzieckiem chodzić na treningi sportowe od zimy. Wtedy były w sali gimnastycznej w szkole, gdzie rodzice lub opiekunowie siedzieli sobie na niezbyt wygodnych niskich ławeczkach. Potem przeniosły się na boisko, gdzie było dla nas wygodniej. Teraz zaczną się na boisku, a z czasem przeniosą do sali gimnastycznej. Dla mnie to będzie test ubrania się. Zdarzało się dawniej że ubierałem się za lekko i potem przemarzałem spacerując koło boiska. Cóż - błędna decyzja i ponosi się konsekwencje. Tak jak w życiu. To taki mały życiowy poligonik.

Zatem będzie okazja znów się trochę poruszać - nawet jeśli to tylko pójście na trening w charakterze obserwatora ;-)