Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rodzina i dzieci. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rodzina i dzieci. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 17 kwietnia 2017

Pusty dywanik

Na Lany Poniedziałek historia, która wycisnęła straszne łzy u mnie. Płakałem po niej dobre kilka minut. Czteroletni chłopczyk, Nolan, miał raka i cierpiał. Wiadomo, że przegra walkę z rakiem. W tym artykule moją uwagę przykuło zdjęcie dziecka leżącego na podłodze na dywaniku i patrzącego w jakieś okno, a obok zdjęcie tego samego miejsca z pustym dywanikiem. To zestawienie już samo w sobie jest dramatyczne. Historia opisana w artykule wyjaśniała o co chodzi. Poniżej przytaczam jedną z ostatnich rozmów mamy i Nolana, cytowaną w tym artykule. 

- Pewnie bardzo cię boli, kiedy oddychasz?
- Tak.
- Wszystko cię boli, tak, kochanie?
- Tak.
- To wszystko przez nowotwór. Już nie musisz dłużej walczyć.
- Nie? Ale będę, dla ciebie, mamusiu!
I tu już zacząłem płakać.
- Przez ten cały czas robiłeś to wszystko dla mnie?
- Cóż, no tak.
Tu jeszcze bardziej płakałem.
- Nolanie, jakie jest zadanie mamusi?
- Musisz robić wszystko, żebym czuł się bezpieczny.
- Kochanie, nie mogę już nic zrobić. Jedynym miejscem, gdzie będziesz bezpieczny, jest niebo.
- Więc pójdę do nieba i będę bawił się, dopóki do mnie nie przyjdziesz. Bo przyjdziesz, prawda?
- Oczywiście! Nie pozbędziesz się mamusi tak łatwo!
- Dziękuję, mamusiu!

Potem mama postanowiła na chwilę się wykąpać pod prysznicem i dlatego ułożyła Nolana przed nim, aby na nią patrzył. Nolan zapadł w śpiączkę przed śmiercią tuż po tym jak mama zamknęła drzwi do prysznica, a o godzinie 23.54 odszedł. Jednak chwilę wcześniej zdarzył się mały cud, ponieważ otworzył oczy, wziął głęboki oddech i powiedział "Kocham cię mamusiu". W tym momencie już nie byłem w stanie wytrzymać i rozpłakałem się na dobre. Zaś podpis pod obu zdjęciami jest taki: Tu, gdzie kiedyś, czekając na swoją mamusię, leżał piękny, idealny chłopiec, teraz jest tylko pusty dywanik.

Mam synka, którego bardzo kocham, ale nie mieszkam już z nim niestety. To okropna rana w sercu. Tym większa, gdy uświadamiam sobie jak niewiele mogę dla niego teraz robić sam będąc cieniem człowieka i cieniem ojca. Odkąd mam dziecko, to historie dzieci wzruszają mnie i rozwalają. Krzywda dziejąca się dziecku działa na mnie sto razy mocniej niż krzywda wyrządzana dorosłemu człowiekowi. Pierwszy raz przekonałem się o tym oglądając ponownie "Gladiatora" Ridleya Scotta. Gdy nie miałem dziecka, to obraz powieszonej żony i synka Maximusa nie robił na mnie większego wrażenia. Gdy oglądałem ten film ponownie, mając już synka, to na widok zabitego dziecka rozpłakałem się. Od tej pory nieszczęścia, które dotykają dzieci, strasznie mnie bolą. 

Popłakałem się jak bóbr, za oknem niebo płacze, bo pada deszcz (w niedzielę, gdy piszę ten post) - słowem idealny tekst na Lany Poniedziałek.

czwartek, 23 czerwca 2016

Mój mały Brexit

Dziś referendum mieszkańców Wielkiej Brytanii w sprawie tak zwanego Brexitu. Unia Europejska robi w gacie. I powinna! Trzeba było lepiej traktować państwa unijne i unijne narody, a nie narzucać europejski socjalistyczny kołchoz. My w Polsce i środkowej Europie już socjalizm przerabialiśmy. Ale bogaci zachodni Europejczycy jeszcze nie. I stąd być może taka perwersyjna chęć lewackich euro elit do budowania tego, co (jak wiadomo już na starcie) będzie tylko kolejną socjalistyczną porażką. Bo ten ustrój się po prostu nie sprawdza. Na całym świecie socjalizm nie działa, jak niedawno ogłosił pewien wielki zwolennik socjalizmu po objechaniu 110 krajów.

Ja miałem taki "socjalizm" budowany w moim życiu osobistym. Próbowałem budować związek i życie razem, szczęście rodzinne. Ale w przeciwieństwie do unijnego socjalizmu nie uważam aby to była utopia. Po prostu mój "socjalizm" (który tak nazywam tylko dlatego, że po prostu się nie udał, a nie dlatego że jest niemożliwy do realizacji) został spróbowany z jak się okazało nie do końca odpowiednią osobą, a raczej osobami. Bo ja też nie byłem do końca odpowiedni i dojrzały do tego związku. W efekcie to nie wypaliło i zawaliło się, co bardzo mnie załamało. 

Gdybym teraz ponownie zaczynał tą samą drogę, to nie popełniłbym wielu błędów. Ale nie da się już cofnąć czasu. Można co najwyżej mieć swoją drugą szansę. I nie wiem czy łaskawość Boga mi ją kiedykolwiek da. A nawet jeśli da, to czy będę w stanie ją wykorzystać. Mam wiarę, że tak, ale sama wiara - choć jak mawiają góry przenosi - to jednak chyba u mnie nie dość silna jest, aby się to ziściło. Ale obym się mylił. W każdym razie mój mały Brexit, którego dokonałem przed kilku laty, jak na razie niesie za sobą pasmo pokuty. Ale jeśli ta pokuta ma być wstępem przed drugą szansą w życiu, to nie waham się przez nią przechodzić. No i przede wszystkim ja uczę się na błędach i wyciągam wnioski z przeszłości i wnioski na przyszłość. Mam nadzieję, że to mi pomoże ułożyć odpowiednio życie.

Niestety, nie jestem takim optymistą w zakresie wyciągania wniosków w stosunku do lewackich euro elit z Unii.

piątek, 26 grudnia 2014

Święta po alimentach

Można powiedzieć, że swoiście humorystycznym elementem tego rozwodu było zasądzenie przez Wysoki Sąd alimentów. Skoro kiedyś zarabiałem 8-9 tysięcy złotych, to Wysoki Sąd uznał, że teraz też mogę i zasądził mi alimenty w kwocie 1500 złotych. Ale przynajmniej nie uwzględnił alimentów na żonę (która dobrze zarabia), lecz jedynie na dziecko. 

W sumie ta supozycja, że skoro tyle kiedyś zarabiałem to i dziś mogę - była jedyną głupotą sądu w sprawie alimentów. Bo ja dziś z trudem dociągam do tysiąca kilkuset złotych pensji, z czego 1100 idzie na czynsz. Na jedzenie zostaje mi 100-200 zł miesięcznie i nie mam grosza na spłacanie długów, nie mówiąc już o alimentach dla żony zarabiającej 7 tysięcy złotych. 

Oczywiście alimenty są niespłacalne. Ale wiem, czemu żona o taką kwotę wystąpiła - umówiliśmy się bowiem, że przekażę jej swoją cześć naszego mieszkania na poczet alimentów. Tutaj nie bylem zaskoczony, bo tak ustaliliśmy. Idea była taka aby alimenty hurtem oddać właśnie przekazując mieszkanie. Ale na razie dostałem na papierze wyrok z alimentami, których na pewno nie zapłacę. 

A może Wysoki Sąd przepisałby mi na receptę pracę za 8-9 tysięcy, skoro uważa, że mogę teraz też tak pracować jak kiedyś, gdy miałem firmę?

czwartek, 25 grudnia 2014

Święta po rozwodzie

Święta to czas spędzany z rodziną i bliskimi. Ale w tym roku ja już nie mam w ściśle formalnym tego sowa znaczeniu rodziny. Bowiem pod koniec października tego roku miałem niestety rozwód z żoną. Piszę "niestety" bo nie jestem z tego powodu szczęśliwy. Nie żeniłem się dla picu i nie rozwodziłem z radością. Moja matka pobłogosławiła ten związek na łożu śmierci i dlatego jest dla mnie święty. Ale niestety się nie udało.

Rozprawa trwała jaką godzinę. Inne osoby z rodziny żony, które zeznawały, były w miarę uczciwe. Tylko teściowa raz kłamliwie fantazjowała - mówiąc że sprowadzałem dziecko do swego mieszkania, gdzie widziało seks gejowski. A przecież mój synek nigdy nie był u mnie! Ale cóż, tego typu fantazje są nieodłącznym elementem takich rozpraw.

Po rozprawie byłem już wolny. Ale wcale mnie to nie cieszyło. Wracałem do domu 3 lub 4 kilometry na piechotę aby zebrać myśli. I co mi po tej wolności, gdy nie mam jeszcze chłopaka, z którym można żyć. Może kiedyś się taki znajdzie, ale czy to już nie będzie za późno, aby coś zmieniać w życiu?

Choć na zmiany zawsze niby jest czas.

poniedziałek, 6 października 2014

Dżungarki dwie

Kolejna para - dżungarki dwie. Bo mamy do czynienia z samiczkami. Chodzi oczywiście o chomiki dżungarskie. Tyle że ja zawsze miałem do czynienia z samcami. Ale kiedy mój synek kupował je w sklepie to nie było już samców więc wzięli dwie samiczki. I dlatego ma dwie dżungarki.

Od jakiegoś czasu pojawiał się temat chomika dla synka. Dlatego były pewne kwasy ze strony jego mamy gdy zabierałem z piwnicy klatkę chomiczą dla swego szczura - zresztą klatkę już dość mocno zdezelowaną. A teraz zobaczyłem w jakiej klatce mieszkają te dwie samiczki. W porównaniu do poprzedniej, wcale nie taniej klatki, ta obecna jest po prostu pałacem. Dwa piętra. Z jednej strony zakręcana rura do przejścia między poziomami, z drugiej strony zewnętrzna dobudówka do spania. Kręciołek i miski na pokarm Poidełko zwisające z sufitu klatki. Prawdziwy Hotel Hilton. I druga, równie luksusowa klateczka do przenoszenia. I pewnie zapas jedzenia też nie najtańszego. 

W sumie, pewnie 300-400 złotych zainwestowane. Ale nie krytykuję tego. Bo mama dziecka ma z czego inwestować, a synek niech ma radość opiekowania się żywymi stworzonkami. A dla mnie to niech będzie pozytywna wróżba, że może i ja znajdę niebawem swoją "homo parę" w analogicznie komfortowych warunkach życiowych. 

No cóż, pomarzyć zawsze można :-)

czwartek, 2 października 2014

Trening back

No i doczekałem się w ramach rozpoczęcia nowego roku szkolnego, powrotu moich obowiązków rodzinnych z zeszłego roku. A że przypadają one w czwartki, to wybrałem czwartek na dzień publikacji tego postu. 

Można powiedzieć że się trochę stęskniłem za tymi obowiązkami, bo oznaczają one kontakt z moim synkiem. W sumie mogę go odwiedzać kiedy chcę, ale ostatnio nie skorzystałem z tej opcji. Prawie wstyd się do tego przyznać, prawda? Ale trochę niezręcznie odwiedzać dziecko, gdy się od dawna jest tylko cieniem ojca. Nie odwiedzać też źle. Nie ma tu dobrych rozwiązań - są co najwyżej te z mniejszym złem.

W zeszłym roku zacząłem z dzieckiem chodzić na treningi sportowe od zimy. Wtedy były w sali gimnastycznej w szkole, gdzie rodzice lub opiekunowie siedzieli sobie na niezbyt wygodnych niskich ławeczkach. Potem przeniosły się na boisko, gdzie było dla nas wygodniej. Teraz zaczną się na boisku, a z czasem przeniosą do sali gimnastycznej. Dla mnie to będzie test ubrania się. Zdarzało się dawniej że ubierałem się za lekko i potem przemarzałem spacerując koło boiska. Cóż - błędna decyzja i ponosi się konsekwencje. Tak jak w życiu. To taki mały życiowy poligonik.

Zatem będzie okazja znów się trochę poruszać - nawet jeśli to tylko pójście na trening w charakterze obserwatora ;-)

wtorek, 25 marca 2014

Ubuntu

8 grudnia 2013
Postanowiłem zrobić sobie wróżbę informatyczną. W poprzednią niedzielę byłem u rodziny i próbowałem postawić na nogi zamulonego laptopa pod Windows XP. Zostawiłem wtedy komputer z niby zainstalowanym na nowo systemem, ale jakoś za długo się uruchamiał. Wtedy jedyne co zrobiłem, to zgranie danych i backup poczty elektronicznej. Dziś powiedziałem sobie, że jeśli uda mi się postawić tego laptopa na nogi, to mi się w życiu powiedzie ;-)

I nagle wpadł mi do głowy pomysł aby wziąć dysk instalacyjny Linuxa Ubuntu 12.10. I wziąłem go na wszelki wypadek. Najpierw próbowałem zainstalować Windows XP ale nie wyszło. Więc odpaliłem dysk Linuxa. I z samego dysku odpaliłem wersję demo systemu. Od razu przeskoczył kroki na których DVD instalacyjny Windows XP się wywalił. Zgrałem dane na zewnętrzny dysk twardy i zapuściłem pełną instalację Linuxa, włącznie z formatowaniem dysku w laptopie.

A potem przez kwadrans przeszukiwałem internet po to by zobaczyć jak się importuje pocztę z Thunderbirda do Linuxa. Dziękowałem Bogu, że na tym laptopie nie było poczty w Outlooku. Poczta w pełni się przeniosła, włącznie ze wszystkimi folderami. A potem tylko zgrałem dane na nowy linuksowy dysk w laptopie. Zostanie tylko przyuczenie rodziny i synka do obsługi nowego systemu operacyjnego.

Wróżba informatyczna się udała - teraz pora na powodzenie w życiu :-)

piątek, 31 stycznia 2014

Zawodowy egoista

13 listopada 2013
Paweł zaczął robić przygotowania, które mogły w miarę jednoznacznie prowadzić do samobójstwa. Teoretycznie mogły nie być robione w takiej intencji, ale znając jego raczej wolałem nie opierać się na takim optymistycznym rozumieniu. Staram się mu wyperswadować aby tego nie robił. A jednocześnie głośno narzekam na to, że to kolejny problem do tych, które już posiadam.

I Paweł powiedział mi, że jestem egoistą i dlatego ze mną nie będzie. Bo myślę o sobie. A muszę myśleć, bo jestem w sytuacji walki o przetrwanie, niepewnej i bez przesądzonego rozwiązania. Nie tylko mam takie zmartwienie aby Paweł się nie zabił, ale takie mam zmartwienie o to skąd wziąć pieniądze na opłaty i motywację do pracy. A jestem zbyt emocjonalnie słaby aby przestać o tym myśleć i rzucić się w wir spontanicznych wydarzeń. 

Paweł może po prostu odejść - w sensie dosłownym - dokąd chce, może zamieszkać gdzie chce. Ja nie mam siły na to aby tak zrobić. Nie mam motywacji, nie mam poczucia, że jest ktoś z kim żyję i dla kogo warto żyć. Mam wspaniałego synka, moją największą radość w sercu. Ale mój synek nie daje mi żadnego oparcia - bo nie jest w stanie go dać. Potrzebuję oparcia od faceta. I myślę o tym jak je znaleźć - można więc powiedzieć że obecnie jestem zawodowym egoistą, bo myślę intensywnie i tym jak ułożyć swoje życie. 

I martwi mnie to bardziej niż potencjalne samobójstwo Pawła. Jego ewentualne samobójstwo byłoby straszne, ale mój los nie zmieni się sam. Muszę myśleć i działać aby zmienić moje życie. Dlatego nawet największe problemy innej osoby nie przesłonią mi własnych w obecnej sytuacji. Gdy prąd pcha statek na rafę, to kapitan nie myśli o innych statkach, ale ratuje swój za wszelką cenę.

A bez tego oparcia jestem nieuchronne egoistą - ciągle myślącym o tym, jak znaleźć wyjście z tej sytuacji w której tkwię.

środa, 18 września 2013

Znaki, znaki

21 maja 2013
Tego dnia miałem wiele znaków, które można różnie interpretować. I nie chodzi mi tu bynajmniej o moją nieszczęśliwie zdekonspirowaną pomoc Pawłowi. Pierwszy znak wydarzył się gdy wracaliśmy z Tesco po zakupach. Paweł wziął oferowaną zdrapkę i wygrał bilety na występ Pazury. I tak sam nie skorzysta bo wstęp dla ludzi powyżej 35 roku życia. Ale taki łut szczęścia nieczęsto się zdarza. Formalnie bilety niby są warte 240 zł (2 sztuki)  zastanawialiśmy się nad ich odsprzedaniem komuś.

Potem zaskoczył mnie telefon przypominając o wizycie z dzieckiem u psychologa. Dawniej robiłem dwa alarmy - jeden wcześniej aby się spokojnie wybrać po dziecko. Tym razem miałem alarm pojedynczy na godzinę przed wizytą. Musiałem lecieć na łeb na szyję. Paweł dał mi ważny jeszcze bilet dobowy ulgowy, będzie dla mojego dziecka. To też taki znak niespodziewanej pomocy

Dotarłem do psychologa na czas. Kiedy wracałem z dzieckiem tramwajem, czytałem tablice rejestracyjne mijanych aut i znalazłem masę znaków dotyczących mojej przyszłości z Pawłem. Najpierw był znak mówiący o tym, że Paweł jest (w wielu sprawach, nie tylko uczuciowych) mocno zagubiony i uwiązany w życiu. Potem był znak mówiący o przełamaniu jego uwiązania. A potem zaskakująca seria kilku znaków mówiąca o wzajemnym dopasowaniu i byciu razem.

Oby te znaki się spełniły ;-)

poniedziałek, 2 września 2013

Nie ma oddechu

maj 2013
Za wcześnie jeszcze aby przesądzać jak uda się układanie życia bez ciśnienia jakie ostatnio próbuję robić. Przede mną weekend a w jego czasie niby radosne, ale jednak smutne zajęcia. Ale takie jest życie. Ciekawe co się uda w nim poprawić w późniejszym czasie.

W sobotę pierwszy dzień szukania klientów na wspólny masaż. To dopiero rozgrzewka i nie dziwi mnie że nikogo nie umówiłem, choć kilku osobom rozdałem kontakt i może się odezwą. W niedzielę pierwsza komunia mojego synka - zaproszono mnie na nią tylko dlatego, że ojciec musi być. Ale na jedzenie po komunii już się nie załapię. Tata zrobi swoje, tata niech wypierdala. Smutne to bardzo i dlatego mam potrzebę położenia się do łóżka z uroczym pedałem, przytulenia i czułego zaśnięcia. A ze współlokatorem nie śpię razem.

Wydaje mi się zatem, że nie będzie czasu na oddech od szukania. Może tylko będę to robił nieco spokojnie i nie nastawiał się na tak szybkie spotykanie z kimś. Ale potrzeba posiadania osoby z którą się żyje, zasypia i budzi - jest bardzo silna. Jeśli praca z moim Pawłem współlokatorem lepiej wypali niż moja samodzielna, to życie stanie się materialnie łatwiejsze. Ale dla pełnej motywacji do jego prowadzenia i układania muszę dalej szukać partnera.

Ważne jednak aby już choćby wycinek mojego życia uległ poprawie zanim znajdę partnera ;-)

sobota, 24 listopada 2012

Koniec roku

28-29 czerwca 2012
Po przyjeździe do Warszawy nie bardzo wiedziałem co ze sobą zrobić. Najpierw przez niedługi czas zająłem się technicznymi sprawami. Rozebranie, umycie termosu po kawie, porozstawianie telefonów na biurku. Ale nawet nie zgrałem trasy z nawigacji ani zdjęć z aparatu (zrobiłem trochę fotek na jednym postoju - zboże i BTS telekomunikacyjny w nim stojący). Po prostu nie bardzo maiłem co ze sobą zrobić. Zająłem się profilami, wlazłem na czata - ale po godzinie postanowiłem się położyć na drzemkę. Nastawiłem budzik na 19, ale po nim jeszcze postanowiłem pospać. A potem poszedłem spać na dobre.

Obudziłem się z budzikiem o 5.45 ale potem zasnąłem licząc na budzik o 6.30. Obudził mnie telefon od żony - zbliżała się 8 a ja miałem iść na 8 na zakończenie roku z dzieckiem. Ale wpadka! Zacząłem się szybko ubierać, nawet bez mycia. Pobiegłem do samochodu, chwytając plecak z przygotowanymi latarkami na wyprawę do bunkra jaką planowałem z dzieckiem. Ale część baterii zdołałem tylko pobieżnie podładować - wstawiłem je po obudzeniu się.

W domu nikogo nie zastałem i domyśliłem się, że żona poszła z dzieckiem na zakończenie roku. Na szczęście wzięła w tym dniu urlop. Jedyne co mogłem zrobić w domu to umyć się. Potem czekałem na nich ze zdychającym telefonem, którego nie moglem podładować (miał tylko wejście mikro-USB). Później żona wróciła i zabrałem dzieciaka na wycieczkę. W samochodzie podładowałem nieco baterie do latarki i telefon. Pojechaliśmy do bunkra dowodzenia - 3 piętra pod ziemię. Było fajnie, dzieciak obejrzał to miejsce, porobiłem trochę zdjęć.

Była wpadka z rana, ale potem już było miło. Czyżby to miała być dobra wróżba dla mnie i Rafała? :-)

niedziela, 25 marca 2012

Pierwsze samotne święta

24 grudnia 2011
I mam pierwsze samotne święta w moim życiu. Czyli od 44 lat. Odkąd mieszkam osobno, czyli już 2,5 roku, moja żona i rodzina już mnie nie zapraszają na wigilię. Co najwyżej na pierwszy czy drugi dzień świąt. Ale w tym roku gdy odstawiałem synka do domu w czwartek, 22 grudnia, dostałem tylko informację, że w piątek nie muszę po niego przyjść bo ktoś z nim zostanie i w ogóle to się "zdzwonimy". Dzięki temu maiłem dodatkowy dzień na szukanie chłopaka, które oczywiście się nie powiodło, i perspektywę samotnych świąt.

Nie rozkładałem w tym roku choinki, bo rok temu kupiliśmy taką bardzo skomplikowaną, którą się składa dość długo. Każdy poziom to kilka ponumerowanych gałęzi, trzeba to wstawiać we właściwej kolejności. A potem ubierać w bombki i lampki. Samemu dla samego siebie nie chciało mi się tego robić. Nawet próbowałem w czasie zakupów w supermarkecie zobaczyć czy nie ma jakiś niewielkich, metrowej wysokości, choinek - aby taką małą rozłożyć - ale nie było. No to zostałem bez świątecznych ozdób i lampek. 

W wigilię wstałem wcześnie, robiłem przy portalach społecznościowych i blogach, potem coś przekąsiłem - nic z wigilijnych potraw oczywiście. Nawet chciałem podliczyć to co jadłem, czy z tego dałoby się (łącznie z Vegetą, chlebem, masłem etc.) uzbierać od biedy 12 potraw, ale zrezygnowałem. Potem po południu poszedłem spać. Wstałem około 20. I tak się szlajałem po domu, trochę grając w Kolonizację. Życzeń dostałem kilka, ale od nikogo z rodziny. I taka smutna, szara, codzienna wigilia mi się trafiła - tylko z nazwy. 

Jedyna korzyść to około 10 napisanych notek na blogi - poważne zasilenie mojego zapasu :-)

poniedziałek, 24 października 2011

Synek

24 lipca 2011
Pojechałem niespodziewanie na Mazury aby odwiedzić synka, który tam przebywał na wakacjach, i osobiście dać mu prezent, który mu kupiłem. Dojechałem na miejsce. Znalazłem pokój, w którym mieszkał mój synek z ciocią i babcią. Reakcja cioci - jakby zobaczyła upiora. Reakcja babci - ale się przestraszyłam! Reakcja żony (też była w odwiedzinach) - co ty tu robisz? I tylko dzieciak się ucieszył.

Dałem mu prezent, poszliśmy na pomost nad jezioro - niemiły zonk, pomostu nie ma. Zmienił się kierownik ośrodka, nowe porządki. W ogóle niemiło w tym ośrodku teraz. A dla mnie podwójnie niemiło, bo przyjęcie mam lodowate. Niedługo potem przyszła żona, więc nawet nie posiedziałem z dzieckiem in private. W ogóle to nocowanie tu jest problematyczne, bo choć w pokoju jest łóżko, to mnie tam nie chcą. Musiałbym wysłać e-maila do kierownika, bo on telefonu nie podaje. Pieprzona biurokracja. Odechciało mi się na siłę tu bukować - i na siłę tu być, w sytuacji gdy będę miał przeciw sobie rodzinę.

Wysikałem się więc i zebrałem do wyjazdu. Oczywiście jestem zaproszony w połowie sierpnia, na wyjazd, bo auto żony nie wystarczy, aby zabrać bagaże. Gdy potrzeba taksówki - to mogę jechać. Gdy potrzeba tylko serca - to nie.

Wyjechałem. Po kilku kilometrach zatrzymałem się i nalałem kawy z termosu. I rozpłakałem się.

Aha. Jeszcze ciekawostka. Po pierwsze, tuż przed dojazdem na miejsce sprawdziłem w telefonie, że mój synek ma urodziny jednak nie 24 ale 26 lipca ;-) Więc uniknąłem gafy. Zewnętrznie to nic dziwnego, że przyjechałem w niedzielę, a nie we wtorek. Zawsze można pomyśleć, że we wtorek pracuję...

czwartek, 4 sierpnia 2011

Mój mąż jest gejem

Rzadko się zdarza abym przesuwał notki zaplanowane na blogu, a obecnie mam już pisane notki na połowę listopada. Ale czasem zdarza się na tyle ciekawy temat, że umieszczam go jak najszybciej i kombinuję, którą z zaplanowanych notek można przesunąć o kwartał. I tak się zdarzyło dziś.

Trafiłem bowiem, przeglądając różne gejowskie blogi, na blog założony przez kobietę, której mąż jest gejem. Sytuacja modelowa - i tragiczna. Facet wiedział, że jest gejem i oszukał swoją żonę nie ujawniając jej tego. Ożenił się dla przykrywki, z pełną tego świadomością od samego początku. Mają dziecko, ale nie mają normalnej rodziny. A nawet trochę normalnej. Jak ta kobieta pisze:

Chciałam mieć rodzinę, a mam jej nędzną atrapę... człowiek, który deklarował, że mnie kocha i że chce mieć ze mną dziecko, okazał się gejem...

Ten blog, i towarzyszące mu forum, zostało pomyślane jako centrum pomocy dla kobiet dotkniętych podobnymi nieszczęściami. Autorka bloga napisała, że ten blog jest także bardzo często czytany przez gejów - ale nie życzy sobie (ani ona, ani inne kobiety) aby geje się z nią kontaktowali i wypowiadali na forum. Szkoda, bo chciałem napisać do niej list i opisać moją własną sytuację, która jest w pewnym sensie symetryczna do sytuacji tej kobiety.

Myślę więc, że to jest dobry pretekst aby przedstawić podobieństwa i różnice między moją i tej kobiety sytuacją.

Podobieństwo jest w podejściu do małżeństwa - i ona, i ja, i moja żona chcieliśmy założyć prawdziwą heteroseksualną rodzinę, mieć dzieci, mieć miłość, mieć oparcie, ciepło, bezpieczną przystań. Po prostu to, czego się oczekuje od rodziny. U niej było to, jak się okazuje, jednostronne - bo jej mąż z góry wiedział, że się żeni dla picu, aby ukryć swoją prawdziwą orientację. Ja nie miałem pojęcia o mojej, wtedy uśpionej, orientacji, i żeniłem się z uczciwym przekonaniem, że to jest jedynie słuszna droga dla mnie. Oczywiście gdybym wiedział, że jestem gejem, to bym się nie ożenił.

Podobieństwo jest w tym, że w obu przypadkach mężczyzna zawiódł w swojej roli męża, z powodu swojej orientacji. Nie znam dokładniej sytuacji tamtej kobiety, ale mogę przypuszczać, że jej mąż nie bardzo poczuwa się do swojej roli jako kogoś winnego solidarność swojej rodzinie. Ja się do takiej roli poczuwam - i chciałbym mojej rodzinie pomóc. Niestety, nie jestem tego w stanie zrobić będąc z moją żoną.

W moim przypadku orientacja homo ujawniła się wtedy, gdy spróbowałem z facetem - a spróbowałem dopiero wtedy, gdy zabrakło uczucia, ciepła i miłości w moim małżeństwie. A zabrakło dlatego, że po prostu moja żona ma taki charakter - że chętnie krytykuje, ale nigdy nie motywuje. A to jest zabójcze dla związku. Ja spełniałem swoje domowe powinności z poczucia obowiązku - ale to jest słaba motywacja do tego, aby rozwinąć skrzydła i być naprawdę dobrym mężem, pomocnym dla swojej rodziny.

Nie mam o to pretensji do mojej żony - bo nikt nie jest idealny i ona po prostu taka jest. Nie dało się tego przewidzieć wcześniej. Ciekawostka - młodsze siostry żony są zupełnie inne. Zapewne przyczyna tkwi w tym, że żona była przez dłuższy czas wychowywana przez dziadków. I stąd zapewne taki jej charakter. Czasu się nie cofnie - ważne, aby starać się wyprostować przyszłość.

W chwili obecnej jestem już pewny, że przyszłość mogę wyprostować tylko w homoseksualnym związku z chłopakiem. Do kobiet mam już uraz. I nigdy nie zdradziłem żony z kobieta - od początku odrzuciłem taką możliwość. Zachowałem w tym zakresie stuprocentową lojalność. Niestety - aby próbować porządkować moje życie muszę zmieniać je o sto osiemdziesiąt stopni. Muszę szukać partnera.

Efekt to rozbita rodzina - w której ja jednak mam o wiele lepszy kontakt z żoną, niż tamten gej ze swoją rodziną. Przyznałem się żonie bardzo szybko do homoseksualnej próby - i cieszę się, że nie żyję w kłamstwie. Mam prawie codzienny kontakt z rodziną, prowadzę synka do szkoły, opiekuję się nim pod nieobecność żony. Staram się poświęcać czas rodzinie, na tyle na ile mogę - dzieląc ten czas na poszukiwanie partnera, które jest bardzo praco- i czasochłonne.

A zatem rozbicie rodziny jest podobne, ale powód jest inny. U mnie to jest sytuacja wywołana erozją uczucia ze strony żony (co jest naturalne - bo gdy się kogoś ciągle krytykuje, to normalne, że wygasa miłość do niego). U tamtego faceta to jest z góry zaplanowane oszustwo - kosztem drugiego człowieka. Czyli coś z gruntu perfidnego i karygodnego.

Ja mam poczucie, że staram się ratować moją rodzinę w sposób jaki jest mi dostępny. Skoro nie jestem w stanie wykrzesać w sobie motywacji do życia i działania mieszkając z nimi, to przynajmniej chcę stanąć na nogi z chłopakiem, a potem pomagać mojej rodzinie w miarę swoich możliwości. Tamten facet po prostu oszukiwał od samego początku i miał nieuczciwe zamiary. Bez komentarza.

W sumie mój przypadek byłby - jak na tematykę tamtego bloga - anty-przykładem. I raczej wątpliwe czy byłby wspomniany, bo psułby jego czarno-białą koncepcję. To tak, jakby nagle dowiedzieć się, że wśród esesmańskich strażników obozu koncentracyjnego byli ludzie uczciwie współczujący i czynnie pomagający więźniom. W takich sytuacjach lepiej poprzestaje się na podkreślaniu dychotomii dobra i zła - bo lepiej się rysuje czarną kreską, niż szarą paletą pośrednich odcieni.

Dlatego napisałem o tym na moim blogu - a z autorką tamtego bloga nie będę się kontaktować, zgodnie z jej (i jej czytelniczek) życzeniem...

czwartek, 26 maja 2011

Fajny dyskretyn

Czasem się zdarza, że prosta literówka, albo tak zwany czeski błąd (przestawienie liter w wyrazie) prowadzi do zaskakujących rezultatów.

I tak przykuł moją uwagę czatowy nick fajny dyskretyn - zapewne miało być fajny dyskretny. A wyszło kretyńsko. Dokładnie tak, jak kretyńsko na ogół wychodzi sama tzw. dyskrecja.

Bo jaka jest przyczyna owej dyskrecji? Chęć ukrycia swojej orientacji. A jakie są tego powody?

Rozumiem, jeśli powody są rzeczywiście ważne. Przeważnie chodzi o reakcję otoczenia w przypadku ujawnienia się danej osoby. W małych miejscowościach czy na wsi może to oznaczać spore społeczne i towarzyskie kłopoty, a nawet szykanowanie czy próby samosądu. Rozumiem ludzi, którzy obawiają się w takiej sytuacji ujawniać. Ale raczej zalecałbym im zmianę miejsca zamieszkania, jeśli to tylko możliwe. Wyjazd na studia czy za pracą (nawet za granicę) - jest całkowicie zrozumiały dla ich otoczenia. W nowym miejscu zamieszkania ludzie ci mogliby być sobą, bez prześladującej ich obawy o to czy się nie wyda. A wydać się może zawsze, mimo najstaranniejszych środków zabezpieczających.

Rozumiem też obawy młodych ludzi z miasta, których rodzice zapewne wyrzuciliby z domu na wieść o homoseksualnej orientacji. Oni się chcą jakoś zaczepić w życiu, usamodzielnić, a potem ryzykować piekło, które ich już tak nie dotknie. Też rozumiem taką postawę.

Nie rozumiem, jeśli powody są nieuczciwe. Krytykę tą kieruję do osób, do których na siłę i mnie można by zaliczać. Nienawidzę panów żonatych, którzy szukają radosnych przygód na boku - oczywiście dyskretnych, aby żonka się nie dowiedziała. Żonkę okłamują, że ją kochają - a dupczą z facetami na prawo i lewo. Obrzydliwe. Z takiej dyskrecji się wyśmiewam i miałbym ubaw, gdyby się przypadkiem, złośliwym, wydało i zawaliło im małżeństwo. A tak się zdarza.

A moja sytuacja? Formalnie żonaty, ale de facto w dobrowolnej separacji od dwóch lat. Nie zdecydowałem się jeszcze na rozwód (choć go z żoną już postanowiliśmy) tylko dlatego, że w obecnej sytuacji byłbym przegrany, jeśli chodzi o starania o opiekę nad dzieckiem. Mam nadzieję, że gdybym sobie ułożył życie, to miałbym lepszą pozycję przetargową. Nie chodzi o opór żony, wręcz przeciwnie, ona już mi sygnalizowała, że oddałaby mi dziecko, ale o kwestie, które sprawdza sąd - praca, dochody, warunki mieszkaniowe etc.

No i przede wszystkim moja żona i rodzina wie o mnie. Nie kryję się - co nie znaczy że się obnoszę z moją orientacją - ale nie muszę trząść portkami ze strachu. Jestem zdecydowanie gejem, miałem tą orientację od zawsze, ale nie sprawdziłem jej za młodu bo nie było możliwości. Nie było netu, czatów, portali, komórek, SMS-ów i łatwego umówienia się na próbę. Teraz, gdy sprawdziłem moją prawdziwą orientację, ona zawładnęła mną zdecydowanie i bez zgrzytu. Kobiety mnie nie kręcą i mam do nich uraz. Nie wyobrażam sobie bycia bi.

Dlatego nie lubię bi i ich dyskrecji. A może bardziej dyskretynizmu ;-)

wtorek, 26 kwietnia 2011

Modne dziecko plastic-fantastic

Temat w sam raz na Święta Wielkiej Nocy. No bo jajka wielkanocne to symbol życia. A temat dotyczy życia właśnie. Dziecięcego życia. Mianowicie tego, z jakim pietyzmem bogaci geje w Ameryce dbają o dzieci :-)

Nie uwierzyłbym w tą historię - ale jednak jest prawdziwa! Para amerykańskich gejów kupiła w Paryżu na pchlim targu brudną, zaniedbaną lalkę za kilka dolarów. Umyli ją w hotelowym pokoju - i tak się zaczęło ich szaleństwo. Otóż zaczęli ją traktować jak ... własne dziecko!

Teraz już się z nim nie rozstają. Lalka towarzyszy im wszędzie, na przyjęciach, w restauracjach, w samolocie - oczywiście zawsze ma osobno zarezerwowane miejsce! Mało tego, ubierana jest w najdroższe markowe ciuchy szyte na zamówienie, nosi prawdziwą biżuterię i zegarek od Cartiera!

Ktoś powie, że zachcianka? Na pewno. Kosztowna zabawka, która wykrzywiła tym panom poczucie rzeczywistości. Przegięcie. I antyreklama dla całej orientacji homoseksualnej. Bo fakt, że panowie są gejami, od razu nadaje sprawie tonę dodatkowego smaczku. Każdy może im zarzucić, że nie wiedzą na co wydawać kasy, że są zblazowanymi bogatymi snobami, że są przykładem rozpusty i absurdu współczesnej hedonistycznej cywilizacji.

Dla mnie inne porównanie jest koszmarne w swojej wymowie. Dlaczego ci panowie nie dokonali na przykład wirtualnej adopcji dzieci z Afryki? Dla tych dzieci nawet kilka dolarów oznaczałoby jedzenie i naukę - życie i przyszłość. Ilu takim dzieciom można by sfinansować życie, od urodzenia do pełnoletności, za cenę tego jednego zegarka od Cartiera? To boli najbardziej. Że ludzie wariują na punkcie plastikowej lalki, ale zapominają o prawdziwym świecie.

Może firma Mattel, specjaliści od Kena i Barbie, zaproponują coś w tym guście na amerykański, i nie tylko amerykański, rynek? Albo - dla amatorów samodzielnego zrobienia sobie dziecka - może coś zaproponowałaby firma Lego?

W sumie takie dziecko jest faktycznie najlepsze dla pary pustych pedałów, idealne dziecko "plastic-fantastic"...

sobota, 2 kwietnia 2011

Oglądaj się za siebie...

Na początek uwaga techniczna - post nawiązuje tytułem i treścią do postu "Nie oglądaj się za siebie" zamieszczonego wcześniej. Tam żegnałem się na długo, a może na zawsze, z moim Chłopakiem. Dziś żegnałem się, nie na zawsze - ale na jakie 12 godzin, z moją rodziną.

Wracaliśmy z IKEI, tym razem nie moim autem. I żona pojechała do Parku Leśnego Bemowo aby się przejść po lesie z synkiem. Pogoda wspaniała, pełna wiosna. Ja już nie miałem ochoty iść, ciągnęło mnie  do zajęcia się nowo stworzonym blogiem.

Pożegnałem się, poszedłem w swoją stronę, oni do lasu. Obejrzałem się. Zobaczyłem, jak mój kochany synek ciągle się za mną ogląda. To jego oglądanie się za siebie, aby zobaczyć tatusia, było tak przejmujące. I tak bardzo bolało mnie, że nie mieszkam już z nim.

Stałem i patrzyłem, machałem mu ręką, póki nie znikł w lesie. Serce mi się krajało jak kartka papieru w niszczarce. Tego chłopaka kocham zdecydowanie najbardziej na świecie. Za niego oddam życie bez wahania. Ale nie będzie to nigdy taka miłość, jakiej potrzebuję do życia - nie będzie w niej seksu, uczucia jakiego pragnę. Zasypiania i budzenia się razem...

Z bolącym sercem, przepełnionym bolesną miłością, powlokłem się powoli do domu. Przynajmniej słońce mnie ogrzewało - a blog przyciągał :-)

poniedziałek, 7 marca 2011

Tytułem wstępu...

W pisaniu blogów nie mam doświadczenia. Ale piszę dzienniki. Dla siebie i tylko dla siebie. Co prawda miałem siedmio i pół letnią przerwę w ich pisaniu, więc jestem "dopiero" przy tomie 92. Zacząłem w 1984 roku. Odejmijcie od tego osiem lat, a zobaczycie jaki to szmat czasu.

To jest blog faceta, który musi zmieniać swoje życie. Mam 43 lata, od zawsze byłem gejem. Łatwo teraz powiedzieć. Nie miałem tego jak sprawdzić za młodu - nie było blogów, czatów, profili, netu w ogóle. Komórek, SMS-ów i MMS-ów także. W sumie więc, mimo, że czułem pociąg do chłopaków, nie sprawdziłem tego. Nawet nie było w moim słowniku słowa "gej" - nie istniało w rzeczywistości, w której żyłem.

Szukałem więc "tradycyjnie", ożeniłem się, mam ślicznego synka. I nie udało się z małżeństwem. Nie było wcale kłótni czy niezgody. Po prostu była cicha różnica charakterów. I przede wszystkim codzienna demotywacja - w najdrobniejszych drobiazgach same krytyki - a nigdy motywacji. Nikt nie wytrzyma w firmie, w której szef biega tylko z kijem, a zapomina użyć marchewki. To, co dotyczy zarządzania ludźmi w biznesie, odnosi się też do związków.

Dwa lata temu wyprowadziłem się i mieszkam sam. Odtąd bardziej intensywnie szukam geja do związku.