Pokazywanie postów oznaczonych etykietą imprezy i wydarzenia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą imprezy i wydarzenia. Pokaż wszystkie posty

piątek, 15 marca 2013

Czekanie na święta

grudzień 2012
Czekanie na święta kojarzy się na ogół z bardzo radosnym podnieceniem, z oczekiwaniem na świąteczną magię, choinki, śniegu, prezentów, kolęd - rodzinnego bycia razem. W tym roku oczekiwanie to maiło swój radosny - ale też zarazem smutny wymiar. I smutnych wymiarów było niestety więcej niż radosnych.

Jedyny chyba radosny wymiar to było czekanie na zamieszkanie razem z moim nowo poznanym (dwa tygodnie wcześniej) chłopakiem. Niestety same święta już od trzech lat miałem smutne, bez rodziny, która mnie ignoruje. Do tego dołączały się problemy życiowe jakie miałem - z jednej strony wydatki, z drugiej dopiero co rozkręcana i słabo raczkująca praca. Praca na własny rachunek, bez spokojnej pensyjki. I stres związany z niepewnością o los życia, o przyszłość i o to czy będę mógł jeszcze w życiu uczynić dobro dla innych.

Na płaszczyźnie mieszkalnej też nie było wesoło - w ciągu roku przez moje mieszkanie przewinęło się co najmniej 12-15 osób, kandydatów na chłopaka lub współlokatora. Czasem wiązało się to z kradzieżą, niekiedy bardzo bolesną emocjonalnie. Po takich kradzieżach czułem się jak opluty. Nie był to więc wesoły rok, a raczej okres pełen udręczeń, niepewności i zgryzoty. Jeśli nie wybuchającej jawnym płomieniem, to przynajmniej tlącej się gdzieś w tle.

Obym się więc doczekał po tych świętach dwóch rzeczy - chłopaka a także pozytywnego, spokojnego i radosnego ułożenia życia :-)

wtorek, 5 lutego 2013

Mistrz imprezy dopieka

Zrobiliśmy kiedyś taką imprezę - jak zawsze ze spontanicznym naborem uczestników z internetu. A to oznacza kolosalne ryzyko wpadki na rożne sposoby. Po pierwsze, wiele osób będzie piało z zachwytu deklarując przyjście - a potem nie przyjdzie. czyli grozi pustka na imprezie. A po drugie - nie wiadomo nigdy kto się zjawi i jak się będzie zachowywał. Jeśli się danej osoby nie poznało wcześniej oczywiście, a przy internetowej "łapance" na imprezkę z reguły się zaprasza nieznajomych :-)

I raz tak się złożyło, że zaprosiłem na imprezę chłopaka, który już sam w sobie zaimponował mi zdecydowaniem - przejechał bowiem jedną czwartą Polski aby na tę imprezę do Warszawy dotrzeć. A ludzie kilometr ode mnie mieszkający nie ruszyli dupy aby się zjawić. Gratulacje dla tego pana. Naprawdę imponujące ;-)

Ale jego zachowanie imponujące nie było. Impreza zaczęła się rozkręcać nieomal jak salon literacki - rozmowy o sztuce, kulturze, polityce. A ten chłopak zadaje prostackie pytania o przyziemne sprawy nie mające nic wspólnego z milą rozmową, puszcza jakieś kawałki muzyki dsco-polo i w ogóle nie pasuje do reszty, mimo że też nie awanturuje się jakoś i nie robi burdy. Czyli nie jest bardzo źle, jest "tylko" źle.

Kilka razy brałem go na stronę i tłumaczyłem żeby nie odzywał się jak nie może się dołączyć do rozmowy, aby nie robił wiochy. Ale on pił i robił wiochę (faktem jest że wódki i popitki przyniósł trochę, więc pić miał moralne prawo). Ale gościom coraz bardziej przeszkadzał i goście zaczęli się ulatniać

Przebolałbym to, gdyby przynajmniej można było z nim się kochać namiętnie - bo miałem ochotę na seks po kilku dniach pełnych meczących i stresujących wydarzeń. Ale seks okazał się niemożliwy - bo chłopak przyznał uczciwie że jest nosicielem HIV. Niestety, jednemu - pod wpływem alkoholu - seks się też spodobał i była obawa że zrobi go z zaskoczenia bez zabezpieczeń. Musiałem więc go wyprosić z domu. Nie trzeba było wymyślać pretekstu - autentycznie rozwalił imprezę.

Nie dość że rozwalił imprezę to jeszcze nawet nie można z nim było się kochać - podwójny niefart ;-)

wtorek, 9 października 2012

Głowa do góry

Dziś
Zauważyłem ostatnio ciekawe zjawisko. Nie mam kaca. Mogę się napić, mam helikopter, kłopoty z kojarzeniem, jestem w stanie wskazującym. Idę spać, budzę się i - zero smutków. Jeszcze nie mierzyłem dokładnie po jakiej ilości alkoholu nadal nie mam objawów kacowych - zmierzyłem jedynie pojemność używanego przeze mnie kieliszka. Trzeba będzie je policzyć za następnym razem ;-)

Do poznawania kogoś do związku nie jest to może zbyt istotne - bo raczej nie poznaję nikogo przez upijanie się. Ale jeśli druga strona ma ochotę się dobrze napić - to może mieć swoje dobre strony ;-) W każdym razie wychodzę z głowy i zastanawiam się skąd taka wzmocniona odporność na skutki spożywanego alkoholu. Ostatnio schudłem jakie 10 kilogramów - czyżby mój organizm stał się przez to mocniejszy? 

Zawsze wydawało mi się, że im więcej wagi, tym alkohol się bardziej "rozcieńcza" w ciele. Ale przecież kac to chyba nie jest kwestia tego "rozcieńczenia" ale odporności mózgu na działanie procentowego płynu. I może ten mózg pracuje teraz lepiej.

Oby lepsze działanie mózgu przekładało się też na inne sukcesy ;-)

piątek, 5 października 2012

Śpiewamy osobno

3 maja 2012
Wieczorem pojechaliśmy do Toro - trafiliśmy na karaoke. W porównaniu do karaoke, na którym byłem około 3 lat temu, te było organizowane na dole. Rafał chciał zaśpiewać i zaśpiewał jakąś piosenkę. Wzięliśmy kolegę ze starej paczki, więc było nas trzech. Ale para inna niż poprzednio z Kubą. Zupełnie inny klimat. Mam chłopaka, z którym mogę się swobodnie przytulić i pocałować. Z którym biorę się za rękę idąc do palarni czy toalety.

Jakaż dramatyczna różnica w porównaniu do znajomości z Kubą, z którym przecierałem szlaki do Toro w "nowożytnych czasach". I oby ta dramatyczna różnica się stale pogłębiała. Na razie do tej różnicy doszła jeszcze jedna, oczywista. Rafałek śpiewał sam, bo ja nie czuję się na silach próbować w karaoke. Więc śpiewamy osobno - to takie zabawne nawiązanie do opisywanego wczoraj wracania razem :-)

Zabawne wydarzenie miało miejsce w czasie tej imprezy. Mój kolega rozmawiał z Rafałem osobno a ja siedziałem w palarni sam i porządkowałem kontakty na telefonie. Rafał podszedł do mnie i powiedział mi, że chłopak siedzący obok mnie podrywa. Zdziwiłem się. Ale potem ten chłopak faktycznie się do mnie przysiadł i zaczął rozmowę. Rafał szybko przybył z odsieczą. W końcu zostawiliśmy go sam na sam z naszym kolegą i poszliśmy do toalety. Zabawne, że zaczynają mnie podrywać w Toro dopiero wtedy gdy mam tak fajnego chłopaka :-)

Ale poza tą drobną różnicą w śpiewaniu naprawdę jesteśmy razem. I to się czuje na każdym kroku.

piątek, 27 lipca 2012

Imieniny w Toro

5 lutego 2012
Tym razem daliśmy jeszcze lepszy popis w Toro. W niedzielę wstęp za 20 zeta i piwo w cenie. Tym razem nie piłem żadnego Stronga. Kuba obchodził dziś imieniny, bo kolega mu zwrócił uwagę, że są. Na Kumpello, za moją trochę ryzykowną radą, Kuba napisał o imprezie w Toro i podał numer telefonu do siebie. Baliśmy się jakiegoś spamu na telefon, ale na szczęście się obyło. Kilka osób oczywiście hucznie się zapowiedziało. Więc była okazja aby sprawdzić jak to z tymi obietnicami u gejów bywa.

A bywa tak, że nikt jakoś nie przyszedł. Jeden nie odbiera nagle telefonu, innemu niby się auto zepsuło. Zabawne to życie, choć ja auto rozumiem - wczoraj też miałem awarię odpalenia auta. Ale kto ma determinację, to sobie poradzi. A determinacji chyba zabrakło. Więc w sumie przyjęliśmy inną taktykę - po prostu zgarnęliśmy do zabawy praktycznie wszystkie osoby jakie były w klubie - 10 osób. Albo przynajmniej z nimi się poznaliśmy. I było całkiem milo, choć dość samotnie.

Wnioski są proste - wystarczyło mieć 10 czy 20 pewnych osób i można było mieć de facto cały klub na wyłączność. I tak jest już lepiej niż tydzień temu - bo było nas czterech i wkręciliśmy inne osoby. Opłaca się mieć własną obsadę - bo jak widać środowisko wcale nie jet takie zabawowe jakby się wydawało. Środowisko jest jak wilgotny węgiel - trzeba się natrudzić aby zapłonął ogień. Niby wszyscy tacy zapaleni, ale tylko na ekranie komputera. W realu pustki. 

Wniosek prosty - aby przyszło 10 osób zapewne trzeba umówić 100 ;-)

wtorek, 10 lipca 2012

Klucze imprezowe

Pierwsza wyprawa do Toro skłoniła mnie do przemyślenia sprawy kluczy jakie mam przy sobie. Miałem dwa pęki kluczy - od domu (z breloczkiem latarką) i od auta (z pilotami od garażu i anty-napadu). W trakcie imprezy zobaczyłem na przykład, że latarka przy kluczach od mieszkania się zapaliła, a to nie jest łatwe, bo włącza się ją przez obrót głowicy, a nie guzik. Bóg wie ile razy pilot od brany czy od auta miał w kieszeni wciskane klawisze. A po co mam ryzykować, że ich baterie się wyczerpią? Wpadłem więc na genialny, i zarazem prosty pomysł - zrobić klucze imprezowe ;-)

Po co pęk kluczy od mieszkania, gdy starczy jeden klucz od jednego zamka? Po co pęk kluczy samochodowych skoro wystarczy cienki kluczyk serwisowy do otwarcia auta (a właściwe klucze zostaną w samochodzie)? Dodałem jeszcze mały scyzoryk, który się może czasem przydać - i pęk gotowy. Mieści się łatwo w kieszeni i można na niego naciskać do woli - nic się nie włączy :-)

A dla mnie to oznacza jakie 200 gramów mniej noszenia. I mniej wypchane kieszenie. I tak mam w nich jeszcze trzy inne rzeczy - dokumenty, mały portfel na gotówkę i telefon. W niedzielę mogę nie mieć portfela - bo poza wstępem piwo jest gratis, więc koszty łatwo obliczyć. Ale tak czy siak, te usprawnienie mi się podoba. Fajnie, że coś ulepszyłem ;-)

Nigdy bym nie pomyślał, że aż tak profesjonalnie będę podochodził do imprezowania ;-)

wtorek, 8 maja 2012

Noworoczna wróżba

1 stycznia 2012
Wróciłem do Warszawy i około 22 położyłem się spać. Mam w dupie Sylwestra. No niestety nie udało mi się przespać nocy, bo oczywiście obudziła mnie kanonada. Nawet nie wychodziłem na balkon. Poleżałem kilka minut na łóżku a potem wstałem, zaciekawiony tym, czy na moich blogach pokaże się inaczej archiwum rozmów, razem z nowym rokiem. Na razie nie pokazało się, ale może dlatego, że nie opublikowała się jeszcze żadna noworoczna notka...

Oto jakie miałem sylwestrowe myśli. Postanowiłem wejść na czata aby zobaczyć jaka będzie pierwsza rozmowa, to miała być wróżba na Nowy Rok. Przy okazji zinterpretowałem te lampki awaryjne w czasie spotkania z Lisskiem - to był znak, że sama impreza sylwestrowa się nie uda :-) 

Pierwsza rozmowa w 2012 była na czacie Interii, a więc tym samym  na którym poznałem Lisska. I oto jak wyglądała:

Wróżba jest ewidentnie bardzo spektakularna - nick rozmówcy jest wręcz symboliczny. I idealnie oddaje to, kogo szukam. Co do samej zawartości rozmowy - typowy czatowy dupek, któremu nie chce się zobaczyć profilu i woli dostać na tacy pocztą, albo który zobaczył, że wyglądam o kilka procent nie na mój wiek - i zamknął okno. Nie wiadomo czy szukał kogoś młodziej wyglądającego, czy dojrzale. Bez znaczenia. Dla mnie dużo ważniejsze jest to - z punktu widzenia mojej pojebanej estetyki -  że cała rozmowa zmieściła się w normalnym rozmiarze oknie rozmowy, bez przewijania. To ewidentny przykład w pigułce - i przez to jeszcze bardziej spektakularny.

Czyżby więc oznaczało to, że poznam kogoś wiernego do związku? Albo może - już poznałem? ;-)

poniedziałek, 7 maja 2012

Dialektyczny Sylwester

31 grudnia 2011
Lissek poprosił byśmy wsiedli do auta. Mieliśmy pojechać do sklepu po alkohol. No cóż, nie ma sprawy. Odpaliłem auto. Ale okazało się, że Lissek liczy na to, że mam kasę. A nie mam. No to nici z zakupów i Lissek jest w kłopocie. Ten alkohol (4 piwa i wódka) który wczoraj kupił - za moje pieniądze - już poszedł, jako jego "wkupne". Zaś imprezowicze, jak mówił, są "materialistami" i należałoby kupić alkohol aby było to dobrze widziane. A ja kasy nie zabierałem, więc nic nie kupię. I mamy problem.

Szybko zdecydowałem, że w takiej sytuacji nie mam zamiaru iść na imprezę, aby świecić oczami. Decyzja przyszła mi łatwo, bo przecież poza Lisskiem nie znałem tam nikogo i pożegnałem się z myślą o imprezie bez żalu. W końcu jeśli miałbym tam być z laski - to wolę wracać do domu.  Lissek miotał się. Chciał rzucić wszystko i jechać ze mną. Miał chyba wszystko, co jego, ze sobą więc nie musiał się wracać po rzeczy. Ale z drugiej strony to jego równi znajomi, których nie można wystawiać do wiatru. I zapytał mnie czy bym jutro po niego przyjechał. Odmówiłem, bo nie mam kasy na kolejne 250 km jazdy. I to w takich idiotycznych okolicznościach. 

Lissek zasmucony zapytał mnie czy po tym wszystkim będę go jeszcze chciał. Powiedziałem mu, że szukam chłopaka do związku a nie sytuacji z Sylwestrem ;-) I Lissek powiedział mi, że sam jutro przyjedzie do Warszawy - choćby nie wiem co. Pojedzie autostopem bo nie ma kasy. Powiedziałem mu, że przyjadę po niego w obrębie Warszawy - niech mi po prostu da znać jak będzie. Pożegnaliśmy się i wyskoczył z powrotem. A ja zdjąłem kurtkę i nastawiłem nawigacje do domu. Oczywiście drogą, którą przyjechałem - bo jest wygodniejsza.

Dialektyczny Sylwester - niby jest, ale go nie ma ;-)

niedziela, 6 maja 2012

W drodze na Sylwestra

31 grudnia 2011
Pojechałem do Lisska, wyjeżdżając dokładnie o godzinie 16. Tym razem jednak zawierzyłem samochodowej nawigacji, która prowadziła mnie 122 kilometry, łukiem. Najpierw obwodnicą, potem drogą dwucyfrową. Droga niby dłuższa, ale jakże płynna - bez odcinków w budowie i trzeciorzędnych nawierzchni. Po prostu jechało się zajebiście, i - kto wie - czy nie spaliło mniej paliwa ze względu na spokojną, jednostajną jazdę ;-)

Nie brałem ze sobą kasy, a jedynie dokumenty niezbędne do kierowania autem, telefony (najmniejszy z kartą Orange, do kontaktu z Lisskiem, kluczyki od auta, klucze od domu i ... różdżkę radiestezyjną, bo chciałem tam na miejscu sprawdzić im żyły wodne. Miałem pomysł aby kupić szampana w sklepie, ale zrezygnowałem  z tego. Dojechałem już prawie na miejsce do Miasta X, gdy Lissek napisał mi abym zadzwonił i powiedział mi, że impreza jest w Mieście Y, przez który 10 minut wcześniej przejechałem.

Trochę to zaczyna być wadą Lisska, że co chwila nie dogadujemy się ze sobą - tym razem niepotrzebnie przejechałem 13 kilometrów, a raczej 26 - bo musiałem zawracać. Zaparkowałem i dałem mu znać, że jestem. Wyszedłem z auta i ubrałem się w kurtkę. I spacerowałem sobie koło samochodu - zastanawiając się z którego domku wyjdzie po mnie Lissek. Okazało się, że wyszedł z domku gdzieś dalej położonego, bo przyszedł od innej strony. A raczej podbiegł, bo ubrany lekko a na dworze w okolicach zera.

No to idziemy na imprezę sylwestrową - z Lisskiem ;-)

niedziela, 25 marca 2012

Pierwsze samotne święta

24 grudnia 2011
I mam pierwsze samotne święta w moim życiu. Czyli od 44 lat. Odkąd mieszkam osobno, czyli już 2,5 roku, moja żona i rodzina już mnie nie zapraszają na wigilię. Co najwyżej na pierwszy czy drugi dzień świąt. Ale w tym roku gdy odstawiałem synka do domu w czwartek, 22 grudnia, dostałem tylko informację, że w piątek nie muszę po niego przyjść bo ktoś z nim zostanie i w ogóle to się "zdzwonimy". Dzięki temu maiłem dodatkowy dzień na szukanie chłopaka, które oczywiście się nie powiodło, i perspektywę samotnych świąt.

Nie rozkładałem w tym roku choinki, bo rok temu kupiliśmy taką bardzo skomplikowaną, którą się składa dość długo. Każdy poziom to kilka ponumerowanych gałęzi, trzeba to wstawiać we właściwej kolejności. A potem ubierać w bombki i lampki. Samemu dla samego siebie nie chciało mi się tego robić. Nawet próbowałem w czasie zakupów w supermarkecie zobaczyć czy nie ma jakiś niewielkich, metrowej wysokości, choinek - aby taką małą rozłożyć - ale nie było. No to zostałem bez świątecznych ozdób i lampek. 

W wigilię wstałem wcześnie, robiłem przy portalach społecznościowych i blogach, potem coś przekąsiłem - nic z wigilijnych potraw oczywiście. Nawet chciałem podliczyć to co jadłem, czy z tego dałoby się (łącznie z Vegetą, chlebem, masłem etc.) uzbierać od biedy 12 potraw, ale zrezygnowałem. Potem po południu poszedłem spać. Wstałem około 20. I tak się szlajałem po domu, trochę grając w Kolonizację. Życzeń dostałem kilka, ale od nikogo z rodziny. I taka smutna, szara, codzienna wigilia mi się trafiła - tylko z nazwy. 

Jedyna korzyść to około 10 napisanych notek na blogi - poważne zasilenie mojego zapasu :-)

niedziela, 1 stycznia 2012

2012 - koniec świata

Nowy Rok 2012 zapowiadany jest jako rok końca świata. A raczej zarabiania przez Hollywood na końcu świata. Podobnie jak zarabiali na Armageddonie. I zarabiać będą na kolejnych tematach - bo są perfekcyjną maszynką do zarabiania kasy, w przeciwieństwo do europejskiego "ambitnego" kina, które jest perfekcyjną maszynką do pochłaniania rządowych dotacji. Taka drobna różnica między wolą Ameryką a zaściankową i dumną ze swojego "postępu" Unią :-)

Dla mnie Nowy Rok 2012 będzie na pewno rokiem zmian. Nie mam już możliwości kontynuować mojego życia w stylu z lat poprzednich, muszę coś zmienić, aby życie było dalej w ogóle możliwe. Jest to więc dla mnie swoistego rodzaju koniec świata - ale mojego dotychczasowego świata.  Oczywiście pracuję nad zmianą mojego życia bardzo intensywnie, ale nie wszystko w tej pracy zależy ode mnie. Ludzie mówią mi, żeby skupić się na znalezieniu pracy, zabezpieczeniu materialnym życia. Ale co jest warte życie, które jest tylko pustą, choć zabezpieczoną materialnie, wegetacją? Oczywiście, szukam możliwości zabezpieczenia życia materialnie, ale na samym poczuciu obowiązku nie uda mi się zbudować życiowego sukcesu.

Dlatego z uporem maniaka uważam, że potrzebuję przede wszystkim miłości i sensu życia z kimś, a  dopiero to może dać mi motywację naprawdę wystarczającą do tego, aby dać z siebie wszystko w pracy i życiu społecznym. Bez tego będę co najwyżej cywilizacyjnym zombie, mechanicznym jak Frankenstein. Życie zasługuje na pełnię człowieczeństwa, a nie ma jej bez miłości i dawania siebie komuś z wzajemnością.

I tej pełni człowieczeństwa nam wszystkim w Nowym Roku 2012 życzę ;-)

sobota, 31 grudnia 2011

2012 - NO H8

W nadchodzącym Nowym Roku 2012 życzę po prostu nam wszystkim aby był to rok końca świata - ale końca świata nietolerancji i nienawiści. Końca świata, w którym ludzie nienawidzą ludzi z powodów kompletnie niezrozumiałych, wrogich i fałszywych. A zatem 2012 - NO H8.


sobota, 11 czerwca 2011

Kryzys wieku imprezowego

Temat w sam raz na "imprezową sobotę" ;-)

W ogóle, to mnie nie dotyczy. Bo nie jestem pszczółką, która lata z jednego imprezowego kwiatka na drugi i bzyka się tam z kim popadnie ;-)

Ale są przecież Gwiazdeczki Imprez - które to robią. I dla których latanie po imprach jest sensem życia. Kosmetyki, makijaż, ciuchy, komórka i klamra u pasa. Trzeba się pokazać. Że jest się na fali.

Ale fale przemijają rozbijając się o brzeg. Podobno wielu gejów żyje od weekendu do weekendu, a całym sensem ich życia jest pokazanie się na tygodniowej imprezce w Toro czy innym takim miejscu. Lans i świadomość, że się nie wypadło z obiegu. Na to idzie kasa, wysiłek, wszystko. To jest cały ich świat.

Ale co się stanie, gdy zaczną z obiegu wypadać? Nie ma już rwania. Nie są już tak atrakcyjni. Mają 25 lat - o to już średniolatkowie. Mają 30 - już dziadkowie. Często też z wyglądu. Lata stosowania kremów i chemii na skórę. Stresy. Gonitwa. Wypalenie. I efekt jest.

A w wieku 40 lat? To już tragedia. Muszą być obowiązkowo "młodo wyglądający" i koniecznie zadbani. Czyli kolejne tony kremów i maseczek. Solarium, biegi, tenis, basen - ale aktywni. Obowiązkowe wakacje pod palmami. Muszą przecież pokazać, że ich na to stać - a że faktycznie to było last minute w dwugwiazdkowym hotelu, tego już na zdjęciach na Fejsie nie ma ;-)

Ale oni wszyscy zabiegani! I jak szybko się starzeją. Chyba chcą się starzeć. Bo im zależy na tym, aby sztucznie być na topie. Napinają się i pękają. Jak zużyta sprężyna.

Ludzie się pompują jak tęczowe bańki mydlane w mydlanej operze. I równie łatwo pękają. Przemijają. Mody się zmieniają, zmieniają się ludzie, którzy niewolniczo za modą podążają. Jak stado baranów. Sami strzygą innych, a potem dają się golić. Jedna wielka pasterska impreza. I zostają goli. Duchowo. Emocjonalnie. Życiowo.

A ja, bardzo przepraszam, ale na śmierć zapomniałem, że tak można żyć. Więc żyję po swojemu. I mam takie skakanie po fali - w dupie. Niech fala płynie sobie dalej. Ja nie korzystam z deski surfingowej i nie bawię się w fikanie z nią koziołków. Ja wolę stać przy sterze swojej fregaty. Płynę z falą lub przeciw  niej. Z wiatrem lub pod wiatr. Płynę tam, gdzie chcę.

Sam sobie sterem, żeglarzem, okrętem ;-)

niedziela, 24 kwietnia 2011

Tęczowe życzenia ;-)

Jajka wielkanocne kojarzą się z tęczą - więc zamieszczam najnowsze tęczowe foto jakie mam w kolekcji. Obraz pochodzi sprzed dwóch miesięcy. To nie jajka - to stanowisko do parkowania rowerów - też się kojarzy z gejostwem i związkami, bo każdy rower ma przecież dwa pedały ;-)

Tak przy okazji, życzę moim Drogim Czytelnikom zdrowych i pogodnych Świąt Wielkanocnych - z jajami tam gdzie trzeba oraz szczęściem w sercu... :-)

Niech święto Zmartwychwstania Pańskiego będzie okazją do naszych własnych zmartwychwstań. Do nowego życia, nowego czasu, nowego spojrzenia.

Niech życie zastąpi śmierć, bliskość zastąpi oddalenie, ciepło zastąpi chłód, a sens niech wypełni pustkę...

sobota, 23 kwietnia 2011

Dreszcze...

Kiedyś leczyłem się prądem. Tak, naukowa kuracja na niemieckich, sterowanych programem komputerowym maszynach, wyposażonych w niezliczoną ilość diodek. I elementem, który lubiłem najbardziej, był masaż. Najpierw urządzenie, które przysysało skórę pleców (i oddziaływało na nią prądem), a potem jeżdżenie po "wymęczonych" plecach metalowym wózkiem, który zbierał prądowe ładunki...

Po pierwszym takim masażu, który znacząco wpływał na odtrucie się organizmu, miałem dreszcze. Zrobiło mi się bardzo zimno. Ubrałem się w kurtkę, ale mimo tego ciągle wstrząsały mną dreszcze. To taki znak oczyszczania się organizmu. Mógł nim być na przykład bardzo ciemny mocz - zawierający jakieś wydalane substancje. Albo inne podobne objawy...

Wczoraj rozwaliłem obrączki - pamiątkę po rocznym związku z chłopakiem. Związku, który zepchnął w kompletny cień wszystkie moje poprzednie znajomości, odbierając im jakikolwiek znaczący sens. Ale pomimo tego zrobiłem to - nie wiem nawet dlaczego. To nie było zaplanowane, świadome działanie. To był spontan...

Zastanawiam się, dlaczego tak okrutnie obszedłem się z moim najpiękniejszym wspomnieniem z gejowskiej części mojego życia. Może dlatego, że gdzieś podświadomie czuję, jak te wspomnienia zaczynają gnić. Fermentować. Jak coś się zaczyna zmieniać, przepoczwarzać w moim umyśle, sercu, wspomnieniach. Nie wiem co, nie wiem dlaczego, nie wiem jak - nie wiem nic...

I też miałem dreszcze, czułem zimno - musiałem się ubrać w sweter. Czyżby coś ważnego się oczyszczało w mojej duszy? Ale dlaczego w taki właśnie sposób? Wczoraj tego dociekałem i nie wiedziałem. Dziś nadal nie wiem. Dlatego pozostawię to do naturalnego wyjaśnienia.

W swoim życiu tak wiele zawdzięczam ingerencji Boga, którą czuję. Dzięki której znów zacząłem w Niego wierzyć. Czyżby to był zwiastun jakiegoś Jego planu wobec mojej skromnej osoby? A jeśli tak, to jakiego planu? Tragicznego? Czy może szczęśliwego?

Jak zwykle czas wszystko pokaże. Na pewno teraz jest smutno. Smutne, samotne święta. Smutne wspomnienia. Smutne czyny. Cały mój świat jest smutny...

I nagle uświadomiłem sobie, że przecież święta Wielkiej Nocy są pamiątką Zmartwychwstania Pańskiego. A ja? A u mnie? Jak to będzie? Czy coś we mnie zmartwychwstanie? Czy pojawi się na nowo, lepsze i wspanialsze? Czy narodzę się na nowo? Czy wróci życie?

Kolejne pytania bez odpowiedzi... Czas wszystko pokaże...

piątek, 22 kwietnia 2011

Prywatne ukrzyżowanie...

Wielki Piątek. Liturgia Męki Pańskiej. Żałoba. Czas zadumy. Czas śmierci.

Połamałem dziś obrączki, które zamówiłem dla siebie i mojego Chłopaka. Nosiliśmy je przez rok, gdy byliśmy razem. Wewnątrz miały wygrawerowane liczby symbolizujące datę i godzinę naszego poznania się. Miałem komplet pozłacanych i jedną swoją srebrną. Wszystkie pociąłem na drobne fragmenty. Sfotografowałem je komórką (nie miałem nawet chęci, aby wyciągać lepszy aparat), potem wziąłem w rękę, chwilę ważyłem - i wyrzuciłem do kosza...

Nie wiem dlaczego to zrobiłem. Czasem potrafię zniszczyć coś, co bardzo kocham. Albo coś, co mi przypomina emocje i uczucia. Nie wiem czy po tym, co zrobiłem, będę się czuł lepiej. Nie wiem czy otwiera to nowy rozdział w moim życiu, czy nowy upadek. Po prostu tak zrobiłem. A może Ktoś w górze kierował moją ręką za mnie? Ale w jakim celu?

Można powiedzieć - uporczywie się taka analogia nasuwa - że ukrzyżowałem te trzy obrączki. Jedna była Chłopaka a dwie moje, ta analogia też pasuje do męki Jezusa i dwóch złoczyńców. Nie chciałbym na siłę dorabiać takiej filozofii, ale taki spontan w Wielki Piątek daje mi do myślenia.

Na razie nie mogę tego dociec, mimo, że siedzę już nad tym cztery godziny - i nie wiem. Może to jest jakiś symbol, znak? Zwiastun czegoś ważnego, co ma się wydarzyć w najbliższym czasie? Nie wiem...

Tak czy siak - dziś nie ma "mądrych wpisów" czy rozważań. Jest żałoba. Po Naszym Zbawicielu. Po naszej miłości. Po moim dotychczasowym życiu.

Jedna wielka żałoba...