Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gry komputerowe i inne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gry komputerowe i inne. Pokaż wszystkie posty

środa, 3 stycznia 2018

Gówniany brydż

Tym razem postanowiłem zapuścić na dwa pierwsze dni mojej pracy w nowym roku dwa lekkie, łatwe i przyjemne tematy, będące ciekawostkami z mojego życia i to dosyć zabawnymi. Skoro będę musiał pracować i wejść już na obroty zawodowe, przynajmniej na blogu pisać będę o czymś bardziej zabawnym. Pierwszy temat to oczywiście gówniany brydż i to jak najbardziej dosłownie. Chodziło o brydża, którego zapuściłem sobie na telefonie w czasie pierwszego w nowym roku toaletowego posiedzenia w wiadomej sprawie, stąd jego nazwa.

Pomyślałem sobie, że pierwszy w nowym roku brydż będzie zarazem taką noworoczną wróżbą. Ciekawe zatem, jak ten brydż się uda. No i udał się. Z góry uprzedzam, że dla mało znających się na tej grze reszta tego akapitu będzie bełkotliwa. A zatem pierwsze rozdanie - wylicytowaliśmy 3 bez atu, a wyszedł szlemik. Drugie rozdanie - oni zadecydowali 5 trefli, zastanawiałam się nad kontrą i w końcu nie skontrowałem, a oni zakończyli z 4 wpadkami. Trzecie rozdanie - wylicytowaliśmy 4 kiery, a wyszedł szlem. W efekcie pobiliśmy przeciwników 1240 do zera. A gdybyśmy wylicytowali szlemik i szlem oraz skontrolowali środkową grę - mielibyśmy rekordowy wynik 3840 do zera!

Jaka z tego wynika wróżba? Sprytna to wróżba, dana mi przez Pana Boga lub Los dlatego, że nie jest ona jednoznaczna i wiele zostawia mojej własnej pracowitości oraz energii. Generalnie i tak w nowym roku powinno być dobrze, ale jeśli się odpowiednio postaram, to powinno być wręcz rewelacyjnie lepiej. Zawsze ktoś może powiedzieć, że jest to wróżba z rodzaju "na dwoje babka wróżyła". Tym razem jednak mamy do wyboru dobre i jeszcze lepsze, a nie dobre lub złe - a to już jest ogromny sukces.

A poza tym nie babka wróżyła, ale gówniany brydż ;-)

sobota, 2 grudnia 2017

Na jedną kartę

Jakiś czas temu pisze chwaliłem grę Hearthstone, w którą postanowiłem zacząć grać od momentu, gdy odechciało mi się jak na razie MMORPG. Jednak Hearthstone ma pewne wady. Zaleta tej gry jest taka, dość szybko można ją wygrać lub przegrać - bo mecz trwa około 10 do 15 minut. Wada jest taka, że częściej się raczej przegrywa niż wygrywa. Niestety Blizzard zrobił w tej grze niemiły haczyk - dla osób grających za darmo są bowiem mniejsze szanse na wygrywanie. Ci, którzy zainwestowali pieniądze i kupili dodatkowe paczki z kartami, oczywiście dysponują lepszymi taliami i lepiej im się gra.

To zdecydowanie wpływa na tak zwaną grywalność i i radość z grania w grę. A raczej brak radości. Już zdarzało mi się, że na komputerze (i na komórce) instalowałem i deinstalowałem tę grę. Ostatnio przegrałem dwa mecze pod rząd na komórce (a przy okazji były pierwsze mecze rozegrane na Androidzie) i zdecydowałem ostatecznie wywalić Hearthstone z komórki, między innymi dlatego, że zajmuje ona 1,7 GB. Poszukałem za to mojego wypróbowanego pasjansa Klondike Forever, którego od niepamiętnych czasów używam - od systemu Mac OS, poprzez Android (na starym Samsungu) aż po Windows. Kolejnym nabytkiem, na którego wyszukanie poświęciłem z godzinę, był brydż.

Zdecydowałem się na Bridge by NeuralPlay. Bardzo elegancki pod względem wyglądu, można w niego grać offline, można grać w nim różnego rodzaju symulacje, na przykład rozgrywać partie, poszczególne rozdania, same licytacje i tak dalej. No i przede wszystkim zupełnie inaczej gra się w brydża niż Hearthstone. A muszę tu szczerze dodać, że kilka razy przerżnąłem różne partie w sposób popisowy, szczególnie wtedy, gdy na przykład przeciwnicy ugrywali rozgrywkę z kilkoma nadróbkami przy mojej kontrze. Raz zdarzyło się nawet, że przegrałem całą partię różnicą około trzech tysięcy punktów! A jednak nie byłem tak wkurzony jak po przegranej w Hearthstone.

Może dlatego, że w brydżu przegrywam jedynie na własne życzenie, a nie ze względu na to, iż nie wydałem realnej kasy na kupowanie kart.

środa, 18 października 2017

Kraciane impresje

Niedawno jako moją główną grę wybrałem ponownie, a raczej pierwszy raz w życiu Hearthstone. Ponownie zacząłem w nią grać na, ale nigdy dotąd nie zdarzyło się, aby tytuł głównej mojej gry nie przypadał jakieś grze MMORPG. W tym wypadku jednak zdecydowałem na grę karcianą z tego prostego powodu, że ciągła codzienna nudna praca w MMORPG, polegająca na farmieniu różnych rzeczy i wielu powtarzalnych czynnościach po prostu zaczęła mnie nudzić. I wejście ostatnimi dniami nowego Patch of Fire w Guild Wars 2 nie poprawiło tej sytuacji, zresztą nawet dotąd tego dodatku nie kupiłem - akurat z przyczyn finansowo-organizacyjnych, a nie moralnych.

Pora więc na garść refleksji związanych z rozgrywanym przeze mnie Hearthstone. Przede wszystkim trzeba wspomnieć o tym, że gra ta w zabawny sposób mobilizuje mnie do pracy. Zdarza się bowiem, że po przegranych jednym lub dwóch rozdaniach pod rząd oczywiście wkurzam się i tym lepiej idzie mi powrót do roboty, zamiast siedzenia dalej w grze. O ile w przypadku MMORPG nie ma takich jednoznacznych zwycięstw lub porażek, bo zazwyczaj wycinek gry polega po prostu na farmieniu czegoś lub uczestnictwu w jakichś zmaganiach, o tyle w przypadku gry karcianej rozgrywane są poszczególne rozdania, które jednoznacznie kończą się takim lub innym wynikiem - niezależnie od tego, czy przeciwnika się pokonało, czy też poddał się on samodzielnie. Oczywiście działa to tak samo w drugą stronę.

Gra jest o wiele prostsza w sensie organizacji czasu. Rozgrywka zajmuje około dziesięciu minut i można potem bez problemu wrócić do innej aktywności, którą się przerwało, aby wejść do gry. Można też grać z przyjaciółmi, których ma się dodanych na Battle.net. Grałem już tak kilka razy z moim długoletnim przyjacielem, bo akurat pretekstem były dwa questy, które wymagały właśnie rozgrywki z przyjacielem. Można oczywiście grać z przyjaciółmi także dla rozrywki. Ponadto jest pozytywny techniczny aspekt grania w Hearthstone. Ta gra wymaga z pewnością znacznie skromniejszej  grafiki i zasobów komputera niż gry MMORPG, dlatego też mój obecny komputer może przez wiele lat do niej służyć bez problemu. A to oznacza że nie muszę mieć ciśnienia na szybką wymianę sprzętu, pod warunkiem oczywiście, że jego parametry w innym zakresie i dla innych zadań byłby dla mnie satysfakcjonujące.

w Hearthstone można zresztą grać także na telefonie, co może być w wielu sytuacjach szalenie przydatne, bo ta gra może nam towarzyszyć wszędzie tam, gdzie się znajdziemy.

poniedziałek, 16 października 2017

Na nie-jedną kartę

Oczywiście tak się tylko mówi, stawiać coś na jedną kartę. A ja postawię na trzydzieści. Bo tyle kart liczy talia w grze Hearthstone. Pierwszy raz zagrałem w tę grę kilka lat temu, gdy musiałem w niej trzy gry wygrać po to, aby w mojej ówczesnej grze World of Warcraft (oczywiście pochodzącej z tej samej mojej ulubionej firmy, czyli Blizzard) zdobyć bardzo ładnego wierzchowca. Było jednak wtedy bardzo ciężko wygrać te trzy gry, grałem ponadto jakąś postacią, która jakoś nie bardzo mi "podchodziła". Trochę potrwało, zanim udało mi się wreszcie te gry wygrać. I oczywiście nie było to zachęcające na przyszłość.

Potem pewna osoba zachęciła mnie do ponownego zagrania w Hearthstone, ale tym razem zagrałem druidem. Nowa postać była bardzo szczęśliwa, bo w pierwszych dwóch lub trzech grach moi przeciwnicy po prostu poddali się bez walki, kompletnie nie wiadomo dlaczego. Być może był to jakiś znak od Pana Boga, w każdym razie znacznie zmotywowało mnie to do grania tą właśnie postacią. Oczywiście gram też innymi postaciami szczególnie wtedy, gdy miałem jakieś zadania dzienne wymagające na przykład wygrania gier inną klasą postaci. W każdym razie w grze tej odnalazłem swoje buty i grałem w nią jakiś czas. Potem zaś przeszedłem do gry w Guild Wars 2 czyli mojego ulubionego typu MMORPG. Ale obecnie, pomimo uderzenia się do niej dodatku Patch of Fire, jakoś zupełnie nie mam ochoty grać w tego mojego erpega. Być może dlatego, że znudziło mi się ciężkie i codzienne eksploatowanie się pracą w grze po to, aby do czegoś w MMORPG dojść.

Wczoraj w nocy postanowiłem wrócić do Hearthstone i zobaczyć, jak będzie wyglądała rozgrywka. Okazało się, że miałem do dyspozycji sześć wcześniej nierozpakowanych talii kart, które być może uzyskałem ze względu na długi okres nielogowania się do gry. Zadziwiające, że wśród tych 30 kart, które rozpakowałem, trafiła mi się legendarna karta Cenarius, właśnie dla druida. Potraktowałem to jako piękny znak dotyczący kontynuacji gry w Hearthstone. I poważnie zastanawiam się nad tym, czy nie będzie to moja główna gra od tej pory. Po pierwsze, to gra mojej ulubionej firmy Blizzard,  której gry znam od samego początku, czyli od 21 lat. Po drugie, to gra typu meczowego, w której rozgrywki są krótkie (trwają do około dziesięciu minut) i kończą się zawsze zwycięstwem lub porażką. Nie jestem zwolennikiem gier meczowych typu strzelanek, ale zupełnie inaczej sprawa wygląda w przypadku gry karcianej. Taka gra jest idealna jako krótki przerywnik w pracy lub też w jakichkolwiek innych okolicznościach, gdy mamy do dyspozycji nieco wolnego czasu.

W zakresie grania na komputerze stawiam więc teraz na nie-jedną kartę.

środa, 27 września 2017

Kawaleria

Dodatek Patch of Fire wszedł do Guild Wars 2 w dniu 22 września, a więc już od kilku dni jest eksploatowany przez wielu graczy, którzy zakupili sobie to rozszerzenie. Już pierwszego dnia, kiedy czekałem na Tequatla (World Bossa) grupa graczy podskakiwała tam na raptorach. To mounty (czyli wierzchowce) wprowadzone do gry właśnie w tym patchu.  Widziałem też graczy na zającu i na "płaszcze", czyli dodatkowych mountach, które wprowadziło to rozszerzenie do gry. Posiadanie zająca lub "płaszczki" nie jest już takie proste jak raptora, ponieważ mounty zdobywa się na zasadzie Mastery Point, a więc trzeba się trochę napracować, aby otrzymać kolejne jeden po drugim.

A jednak komuś chciało się tak popracować już pierwszego dnia, dosłownie w kilka godzin od wejścia dodatku. Ja zaś mogłem teoretycznie obyć się smakiem, bo oczywiście nie miałem środków na to, aby ten dodatek kupić. Lecz zamiast tego zaobserwowałam u siebie inną reakcję. Od kilku dni mam po prostu coraz mniejsze ciśnienie na granie. Mało tego, bywa nawet tak, że zaniedbuję w grze pewne codzienne rutynowe czynności, zaniedbuję wykonywanie rzeczy, które mają tak zwane cooldown dobowy, czyli można je zrobić tylko raz na dobę, przestałem przejmować się gromadzeniem środków na zakupy dodatkowego wyposażenia dla postaci lub na wykonanie dla nich broni. Słowem, mam grę mniej lub bardziej w dupie.

I w sumie wcale nie martwię się z tego powodu, a wręcz przeciwnie. Muszę bowiem bardzo mocno zintensyfikować moją pracę pod koniec miesiąca, a zresztą także w przyszłym miesiącu,  bo czeka mnie wiele różnych wydatków, a część tych wydatków to są zakupy, które chciałem (wreszcie, po ponad roku!) zrobić dla własnej przyjemności. Teoretycznie wśród nich może być także rozszerzenie do gry, ale biorąc pod uwagę, że ostatnio niespecjalnie mi się chce grać, nie jest to najpilniejszy wydatek. Nie martwię się więc tym, że nie mam ciśnienia na kupowanie dodatku. Jak jest po prostu zdrowiej. A przede wszystkim cieszę się z tego, że wolę bardziej pracować niż grać. Tym bardziej, że praca ta jest szczególnie potrzebna przez najbliższe dni i nie tylko.

W końcu gra nie zając (nawet, jeśli zającem jest mount) - nie ucieknie :-)

niedziela, 21 maja 2017

Farmerem być

Farmer to pojęcie dzisiaj znane oczywiście wszystkim, ale rzadko kiedy używane i najczęściej stosowane w przypadku rolników amerykańskich. Tam jakoś z kulturowych powodów to się utrwaliło. Z drugiej strony faktem jest, że farmer amerykański często jest o wiele bogatszy w ziemię i rozmach swojej działalności niż jego europejski odpowiednik (nie mówiąc już o Polsce). Choć są też w Ameryce Amisze i inne grupy, które uprawiają pola w tradycyjny, naturalny sposób - i dobrze  z tego żyją, bo za zdrową naturalną żywność dobrze się w Ameryce płaci (i nie tylko zresztą w Ameryce). Stąd też szansa dla naszego rolnictwa - co prawda nie każdy polski rolnik wytwarza zdrową naturalną żywność, ale też nie uprawiamy roślin GMO i to może być nasz atut.

Jednak dziś o nieco innym farmerze. Dla wielu osób słowo farmer wykorzystywane w grach komputerowych oznacza graczy, którzy skupiają się na gromadzeniu różnego rodzaju zasobów i pieniędzy używanych w grze, a samą czynność gromadzenia nazywa się po prostu farmieniem albo z agnielska farmingiem.  Kiedy grałem w World of Warcraft farmienie było moją pasją, ale robiłem to w sposób profesjonalny. Przede wszystkim dawała mi ogromne zyski alchemia. Kupowałem tysiące ziół, gdy ich cena w domu aukcyjnym były odpowiednio niska. Wykonywałem z nich bardzo wiele mikstur i flaszek, które sprzedawałem za odpowiednio wysoką cenę. Potrafiłem bardzo dużo pieniędzy zarobić nie poświęcając temu za wiele czasu - bo nie musiałem długo i cierpliwie zbierać samych ziół. Niezłe więc było ze mnie ziółko :-)

W Guild Wars 2, w którą obecnie gram, jest zupełnie inaczej. Przede wszystkim opłaca się jedynie samodzielnie zbierać wszystkie (lub przynajmniej niektóre) surowce. Gdybyśmy chcieli coś wyprodukować z surowców kupowanych w całości i potem to sprzedać, to musielibyśmy do tej operacji dopłacić. Koszt kupnych materiałów będzie wyższy niż wytworzonego produktu, a dodatkowo część kasy zabierze nam prowizja trade postu. W Guild Wars 2 farmienie polega więc na tym, że albo zbieramy i sprzedajemy wyłącznie surowce, a zatem nie musimy inwestować w to nic poza własnym czasem, albo produkujemy pewne rzeczy z większości materiałów własnych. Zatem trzeba poświęcić znacznie więcej czasu na zbieranie materiałów i kluczem do sukcesu jest w tym momencie wiedzieć, gdzie zbierać, aby zabrać coś w miarę drogiego i poświęcając na to niezbyt dużo czasu. Taka optymalizacja pozyskiwania rzeczy na sprzedaż bardzo podoba mi się w tej grze, bo wiem, że muszę się ciągłe doskonalić.

Szkoda tylko, że w realnym życiu nie można tak wygodnie farmić.

sobota, 20 maja 2017

Picnic, Panic

W grze Guild Wars 2 używa się bardzo ciekawie stosowanych, podobnych w języku angielskim słów Picnic i Panic. Opisują one aktualny stan rzeczy, który ma miejsce, przede wszystkim w trakcie grupowych zmagań, takich jak walka z World Bossami. Wtedy trzeba czasem pewnej koordynacji. Zatem jeśli jest Picnic, to możemy grać na spokojnie i na luzie - wszystko jest OK. Ale jeśli jest Panic, to trzeba się spiąć, a czasem wykonywać zupełnie awaryjny plan. Jako w grze, tak i w życiu prywatnym też można by zastosować te słowa, bo są bardzo podobne do siebie i pokazują, jak niedaleko od sukcesu do porażki.

Gry komputerowe typu MMORPG są zresztą bardzo adekwatnym wycinkiem życia. Można grać w nie zanurzonym w ich zupełnie innych światach i okolicznościach przyrody, w fantastycznych krainach, ale jednak analogiczne jak w życiu realnym są pewne ludzkie zachowania przyzwyczajenia, nawyki a także demony, z którymi musimy się zmagać (i chodzi tu o demony drzemiące w nas samych, a nie postacie demonów w grze). Wiele cech charakteru potrzebnych w grze jest tak samo potrzebnych w życiu realnym. Dlatego też jestem zdania, że grając w gry MMORPG wyrabiamy w sobie pewne cechy charakteru i nawyki, które są idealnie przydatne w życiu: sumienność, pracowitość, gospodarność, oszczędność, wstrzemięźliwość, niepoddawanie się w sytuacji nietypowej, przytomna reakcja w sytuacji zagrożenia i wiele innych równie ważnych cnót.

Czasem warto się zastanowić, dlaczego w życiu czasem jest piknik, a czasem panika. W grze wiadomo, jaka jest mechanika danego zmagania się z World Bossem, więc jeśli robimy wszystko  jak należy, to jest piknik, a jeśli coś robimy nieodpowiednio - zaczyna się panika. W życiu nie jest tak prosto, bo trudno zdefiniować czasem sytuację i określić to, jak postępować, żeby zrobić coś dobrze i unikać błędów. Często niestety musimy dochodzić do tej wiedzy na zasadzie sondowania na ślepo, a także uczyć się metodą prób i błędów. Pamiętajmy jednak, że pierwsi gracze też musieli rozpoznawać sytuację w grze w taki sam sposób.

Budujmy zatem własne doświadczenia życiowe, nie popadajmy w zbędny stres, gdy jest panika, i nie rozleniwiajmy się zanadto, gdy jest piknik.

czwartek, 11 maja 2017

Wzruszenie z karaluchem

Karaluch oczywiście kojarzy się z bardzo nieprzyjemnym owadem domowym, który jest raczej niemile widzianym gościem i którego byśmy się chcieli pozbyć. Jednak karaluchy występują nie tylko w realnym świecie. Można je spotkać także w grach komputerowych. Przypomniałam sobie dzisiaj o tym, jak kiedyś zobaczyłem mojego kolegę, którego kilka dobrych lat temu zachęciłem do gry w World of Warcraft  - a i cała ta przypomniana sytuacja sprzed kilku ładnych lat pochodzi. Byłem wtedy w grze postacią po stronie Hordy i zobaczyłem go, gdy biegł sobie po jakieś krainie, a za nim podążał karaluch. Był to tak zwany non combat pet, czyli towarzyszące zwierzątko, maskotka którą można było nabyć w Undercity. Nie wiem czemu, ale to wspomnienie bardzo mnie wzruszyło.

Nie wzruszyło mnie samo wspomnienie tego że widziałem postać mojego kolegi. Wzruszył mnie ten podążający za nim karaluch. Jakby powiedział o nim Zagłoba - postać nikczemna, czyli niewielka i pospolita. I może dlatego  tak wzrusza afekt, który od takiej nikczemnej, pospolitej postaci mamy. Może to projekcja naszych własnych potrzeb bycia kochanym, wspieranym przez kogoś, kto będzie wiernym towarzyszem życia? A w danym konkretnym momencie myśli o kimś takim wyzwala właśnie wspomnienie owego niepozornego karalucha, biegnącego wiernie za postacią w grze. Takie niepozorne towarzyszące zwierzątka występują przecież także w literaturze, filmach, nie tylko grach. Choć akurat z innej gry pamiętam myszkę towarzyszącą uwięzionej księżniczce w Prince of Persia, ale już z filmu "Żelazny krzyż" pamiętam oswojonego przez kapitana Stranskyego niepozornego szarego szczura.

Życie nie zawsze jest mlekiem i miodem płynące. Najczęściej jest gorzkie i pełne niepowodzeń. Dlatego czasem nawet myśli, które niosą w sobie choćby odrobinę nadziei, radości i wzruszenia są takie pożądane. Wystarczy wspomnienie z jakiegoś wydarzenia i wzruszenie pojawia się pod byle pretekstem, nawet jeśli tym pretekstem jest widok małego niepozornego karalucha podążającego za postacią w grze. Zresztą, to dodatkowy element wzruszenia - postać oddalająca się od nas w dal, jak pod koniec niejednego filmu. Podobnie jak oddalenie się w dal Krzysia i Kubusia Puchatka pod koniec książki. Nie wstydzę się wzruszenia pot takim "nikczemnym" pretekstem. Cieszę się, że to tylko potwierdza posiadanie przeze mnie wrażliwości, która jest ważnym elementem naszego człowieczeństwa.

I nawet jeśli wrażliwość wydaje się w tym świecie niemodna, to zdecydowanie wolę ją mieć.

sobota, 4 lutego 2017

Podróbka

Marek Kondrat w znakomitym filmie "Pieniądze to nie wszystko" (to jeden z kilku filmów, które zawsze napełniają mnie pozytywną energią - i nawet nie wiem dlaczego) powiedział zrezygnowany w pewnym momencie do mieszkańców zapadłej wsi, do której trafił po katastrofie swojego Mercedesa, że ich życie to podróbka, po czym samokrytyczny dodał że jego także. Filmowy Kondrat, biznesmen, był absolwentem studiów filozoficznych i tego typu podejście do życia z dystansem było dla niego czymś naturalnym. Szkoda że nie jest tak naturalne dla wielu innych osób. Ale widocznie nie każdy, tak jak filmowy Kondrat i realny ja, studiował filozofię :-)

Ja niedawno też mogłem powiedzieć o sobie w zakresie gry komputerowej w którą gram, że moja gra to podróbka. Bo przecież grałem przez wiele lat w grę MMORPG World of Warcraft poruszając się w niej przy pomocy klawiatury, a nie tak jak trzeba poprawnie politycznie - przy pomocy myszki. Teraz dopiero od dość niedawna gram myszką do poruszania się.  Niedawno, gdy byłem na gildyjnym wypadzie do dungeonu, koleżanka z gildii była w kompletnym szoku tego powodu, że grałem przez tyle lat poruszając się klawiaturą i powiedziała mi wręcz, że współczuje mojej gildii, która musiała mieć ze mną zapewne nie lada kłopot. No cóż pomijam fakt, że gildia, w której byłem nie radowała, bo nie miała dość ludzi, ale jakoś nie narzekałem na rajdy i mimo,  że poruszałem się klawiaturą, to dawałem w nich radę.

Jednak mimo wszystko zrobiło mi się bardzo przykro, bo wyśmiewanie kogoś z tego powodu, że przez jakiś czas gra w sposób nie do końca maksymalnie efektywny, jest jednak w troszeczkę złym guście. Jednak refleksja, która mnie naszła potem, była jeszcze bardziej smutna. Skoro skoro gry tak często są odbiciem rzeczywistości i pomagają, jak już o tym niedawno pisałem, w ćwiczeniu pewnych cnót i cech, które w rzeczywistym świecie są przydatne, to czy nie jest tak również w odwrotną stronę? Czy fakt, że że gra która jest podróbką (czyli granie w sposób nieefektywny i kiepski)  nie oznacza także, że życie gracza też jest podróbką na tej samej zasadzie w realnym świecie? Smutna to konstatacja i być może w znacznej mierze prawdziwa. No cóż, widocznie gry muszą czasem pokazywać także smutne strony realnego życia.

Jedyna pociecha jest taka, że cała nasza cywilizacja jest podróbką :-)

wtorek, 31 stycznia 2017

Samokrytyka

Gry komputerowe są niewyczerpanym rezerwuarem różnego rodzaju życiowych mądrości lub doświadczeń, które bardzo pięknie dadzą się przenieść także na zastosowanie praktycznie, poza grą. Takie doświadczenie miałem niedawno, gdy zostałem zaproszony w gildii na wspólną misję w kilka osób. Poszliśmy potem na tak zwane puzzle, instancję w której trzeba dość dużo skakać i przeskakiwać. Instancja na czas, więc, nerwy, timing, deadline. Skakanie samo w sobie że nie jest aż takie trudne, ale najgorzej jest wtedy, kiedy trzeba przeskoczyć na belkę. To trudne, ponieważ wystarczy skoczyć trochę za krótko lub trochę za długo i belka się po prostu mija. Trzeba potem wejść z powrotem, skakać jeszcze raz, a inni się denerwują. W dodatku mesmer postawił nam portal, przez który mogłem przejść, ale nie zauważyłem go w tych nerwach i wyszedłem z gry.

Oczywiście to być może uznane za aspołeczne zachowanie. Następnego dnia ktoś z oficerów mnie zagaduje. Odpisałem od razu, że gotów jestem ponieść konsekwencje. Okazuje się jednak, że jest odwrotnie, w pewnym sensie konsekwencje powinien ponieść Guild Master, który narzucił takie tempo. Oficer pyta mnie, czy chciałbym potrenować na spokojnie kiedyś te puzzle w wolnym czasie. Odpowiedziałem, że oczywiście chętnie. To podejście bardzo mi się spodobało. Zamiast pruskiego reżimu i stresu - rzeczywista pomoc.

Patrząc na ten przykład mogę tylko martwić się tym, że w realnym świecie życiu tak rzadko mamy do czynienia z tego rodzaju samokrytycznym podejściem, ale nie jest tajemnicą od dawna, że do samokrytyki zdolni są jedynie ci ludzie, którzy mają najwyższy poziom intelektualny. Tylko oni są w stanie wznieść się ponad banalne, odruchowe dążenie do udowadniania wszystkim naokoło, że jedynie oni mają rację. Tylko oni są w stanie dostrzec w tym co robią błąd i przyznać się do niego, a potem starać się go naprawić. Szkoda, że wiele osób - szczególnie polityków - nie posiada tego typu osobowości i nie umie przyznać się do błędów. A co najważniejsze, nie próbuje uniknąć ich ponownego popełniania.

Widocznie życiu wiele brakuje do zwykłej gry.

poniedziałek, 23 stycznia 2017

Szkoła cierpliwości

Cierpliwość to cecha bardzo przydatna w życiu. Bez cierpliwości czasem nie uda się osiągnąć spraw, które wymagają po prostu czasu, a niekiedy również długiej pracy. Bardzo dobry przykład tego rodzaju szkoły życia zawierają komputerowe gry MMORPG. W takich grach aby do czegoś dojść, trzeba pracować ciężko całymi miesiącami, a niekiedy nawet latami, tak jak w rzeczywistym życiu.

Moją pasją World of Warcraft było handlowanie i zarabianie pieniędzy. W Guild Wars 2, w którą obecnie gram, nie jest już to takie proste. Ciężko zarabiać pieniądze wytwarzając jakieś dobra, gdyż nie są one tak bardzo chodliwe -dostaje się za nie grosze. Sprzedawanie różnego rodzaju surowców czy przedmiotów, które zdobywamy w czasie zwykłej gry także nie jest aż tak dochodowe. Jedynie dochodowe jest sprzedawanie przedmiotów, które trzeba uzyskać znacznie większym nakładem pracy i dla gracza na moim obecnym poziomie jest to w tej chwili nierealne. A zatem zarabianie pieniędzy w grze jest obecnie powolne.

Z drugiej strony mam pewną listę wydatków, które chcę ponieść za tak zwane gemy, za które w grze można kupować różnego rodzaju przedmioty lub też uaktualnienia. Kłopot z tym że, gemy kupuje się za realne pieniądze w sklepie gry. Ewentualnie można je kupić za golda zarobionego w grze w kantorze wymiany walut, w którym inni gracze posiadający gramy wystawiają je za golda właśnie. Aby jednak kupić potrzebne mi gemy trzeba tyle golda, że zbieranie go może potrwać nawet kilka miesięcy. Trzeba będzie więc sporo cierpliwości zanim będę mógł kupić wszystkie ułatwienia i przedmioty, które sobie upatrzyłem. 

I bardzo dobrze - bo w życiu rzadko kiedy wszystko jest od ręki :-)

wtorek, 17 stycznia 2017

Myszką do przodu

No i wreszcie udało mi się zebrać dodatkowe pieniądze i zakupić Heart of Thorns, czyli dodatek do Guild Wars 2, dzięki któremu odblokowałam wszystkie funkcje w grze. Czy rzeczywiście wszystkie? Troszeczkę się sparzyłem, ale tylko troszeczkę i na krótko. Okazuje się bowiem, że tak naprawdę część interesujących mnie funkcji nadal jest zablokowana, gdyż moje konto wymaga jeszcze weryfikacji. A to zajmie (jak gra podaje) cztery dni. Jeśli więc dzisiaj po południu, kiedy minie 24 godziny od zarejestrowania konta, liczba dni pozostających do zweryfikowanie zmniejszy się do trzech, to przynajmniej będę wiedział, że za trzy dni rzeczywiście wszystkie funkcje się odblokują.

Oczywiście dostęp do nowego contentu gry, czyli dodatkowych lokalizacji do grania i możliwości doskonalenia postaci (system punktów Mastery), oraz tym podobnych funkcji (na przykład bonusu przy codziennym logowaniu) dostałem od razu. Natomiast to, na czym zależało mi najbardziej, czyli dostęp do handlowania i sprzedawania (oraz kupowania) bez ograniczeń wszelkich itemów wymaga jeszcze weryfikacji konta. Na sprzedawaniu wszystkich itemów zależało mi najbardziej, potrzebuję w w grze zarobić dużo pieniędzy po to, żeby kupić gemy, za które z kolei chce kupić użyteczne rzeczy - na przykład rozbudować przestrzeń do przechowywania produktów, kupić odpowiednie elementy wyposażenia postaci itp.

Najważniejsze jednak, że moja Gildia okazała się pomocna i od razu pomogli mi w rozpoczęciu przygody w nowych przestrzeniach gry oraz zrobieniu podstawowej umiejętności, czyli sfruwania. Inna zmiana okazała się jednak przełomowa - wyszło na jaw, że moje poruszanie postacią przez klawiaturę jest w stylu gry nieodpowiednie. Bardziej zaleca się poruszanie postacią za pomocą myszki, a to wymaga oczywiście przećwiczenia w celu wytworzenia odpowiednich odruchów.  Kierując postacią postacią za pomocą myszki będę w stanie odnaleźć się w najtrudniejszych wyzwaniach w grze, wymagających bardzo płynnych ruchów, których nie zapewni mi sterowanie z klawiatury, do którego od lat przywykłem. Okazuje się więc, że zakup Heart of Thorns oznacza dla mnie kompletne przedefiniowanie stylu grania, ale cóż życiu trzeba się doskonalić. 

Ale to właśnie doskonalenie się sprawia mi najwięcej radości :-)

sobota, 14 stycznia 2017

Przerąbane do perfekcji

Gry komputerowe stanowią często nauczkę dla rzeczywistości i to niekoniecznie w sposób, który nam się dosłownie wydaje. Miałem takie coś niedawno z grą Guild Wars 2, w którą obecnie grywam z tego powodu, że jest darmowa, a poza tym podoba mi się także. Moją ulubioną i jedyną postacią w tej grze jest ranger, który po pierwsze chodzi i walczy ze współtowarzyszem (swoim oswojonym zwierzęciem), a po drugie walczy z dystansu. Lubię bowiem walczyć z dystansu i nie bardzo podoba mi się walka w zwarciu, dlatego też używam krótkiego łuku do walki bezpośredniej, bliskiej i długiego łuku do walki z dużej odległości. Wykorzystuję także jako towarzysza niedźwiedzia, który miał najwięcej życia, choć zadaje co prawda mało obrażeń, ale trzyma przeciwników przy sobie.  

Walka z misiem w drużynie to drużyna w pigułce. Miś trzyma przeciwników, dostaje ciosy, zadaje skromne obrażenia, ja strzelam łukiem z dystansu, leczę nas obu i jakoś to powoli idzie. Tymczasem osiągnąłem poziom 80 (końcowy) i jeden z kolegów z gildii zapytał mnie, czy wykonałem już przydział talentów dla mojego rangera. Wykonałem od dawna i zmieniałem go nawet tego samego dnia. Mój gildyjny kolega nie dość, że przeprowadził mnie do południowych krain do miejsca, gdzie sprzedają najlepsze zbroje w grze (dostępne za walutę gry),  to jeszcze kupił mi bronie i runy do zbroi, które miałem sobie u tego kupca kupić. Tyle, że zamiast dwóch łuków kupił mi łuk i dwie siekierki. Wiedziałem że są buildy, czyli specjalizacje, w których ranger biega z dwuręcznym mieczem lub siekierami, były też talenty siekierowe, na które się natknąłem się, ale ponieważ nie lubię walki w zwarciu, więc unikałem tych broni i nawet nigdy nie przetestowałem ich. Tymczasem okazało się, że siekierki są po prostu idealne. 

Większość walki siekierkami polega na tym że rzuca się nimi, a więc tak naprawdę walczy się tak samo z mojego ulubionego dystansu, natomiast gdy walczy się z przeciwnikiem w zwarciu (bo on do nas podbiega), to odpalić można swój ostateczny talent siekierkowy, który polega na robieniu nimi młócki, niczym tornado. W efekcie siekierki kupione przez niego gildyjnego kolegę zadawały kilkakrotnie większe obrażenia niż mój noszony poprzednio krótki łuk. Zakochałem się więc w siekierkach od razu i mogę powiedzieć coś, co jest świadomą  grą słów, że od tej pory każdy przeciwnik ma przerąbane. A jaki z tego morał? W "grze" naszego życia bardzo często poruszamy się po utartych ścieżka i schematach myślowych i nie chcemy spróbować czegoś innego, bo uważamy, że jest to niepotrzebne. Ja tak niestety mam. Lubię doprowadzać do perfekcji to, co już znam, a nie dostrzegam czasem, że można wybrać coś innego, lepszego, co jest tuż obok. Tymczasem może okazać się, że zmiana - nawet bardzo drobna - może znacząco odmienić całe nasze życie tak, jak odmieniła moje życie w grze. 

Czasem warto zrzucić klapki na oczach, aby nie dać się życiu robić w konia :-)

wtorek, 10 stycznia 2017

Lepszy pedał

Zakładając rangera rasy ludzkiej w grze Guild Wars 2 byłem przekonany, że jest najbardziej pedalski z wyglądu. Oczywiście nie było moim celem zakładanie postaci aby wyglądała jak pedał, ale fajnie było założyć sobie postać o wyglądzie przyjemnego chłopaczka. Potem jednak w trakcie story w grze trafiłem na rasę Sylvari i postanowiłem założyć sobie rangera z tej rasy. Sylvari to jakby drzewne elfy, ludzie o wyglądzie częściowo drzew (mają na przykład fryzurę z liści, a nie włosów). Na czym więc polega urok i wdzięk rangera Sylvari?

Właśnie na owym uroku w praktyce. Sylvari nie stoi sztywno jak human, rzuca ciekawie oczami, ma przyjemniejszą minę, jest bardziej naturalny i wyluzowany. A do tego ciekawie wygląda, ma niebieską skórę i czuprynę z liści - niezły styl. Po prostu aż przyjemnie na niego poparzyć. I uroku dodają mu zwykłe białka oczu na tyle tej niebieskiej skóry - a już byłem blisko od zrobienia mu brzoskwiniowych oczu, ale na szczęście zrezygnowałem.

Nauka z tej gry jest taka, że o uroku postaci nie decyduje jedynie wygląd, ale także naturalność i zachowanie się. To samo można powiedzieć o ludziach w naszym realnym świecie. Nie piękna facjata czyni urokliwego geja, ale ciekawość i błysk w oku, uśmiech, naturalność zachowania się. Najpiękniejsze ciacho będzie jedynie sztywnym queerowym pomnikiem, a nie ciepłym człowiekiem, z którym chce się żyć. Bo z pomnikiem się żyć nie chce, pomnik się tylko ogląda. 

Zabawne, jak czasem gra nieświadomie nawiązuje do realnego życia.

czwartek, 24 listopada 2016

Heartstone

Niedawno próbowałem wrócić do World of Warcraft, bo osoba bliska mi w sercu zaczyna przygodę z tą grą. Jednak mój komputer zastępczy jest tak wolny, że gra się ładuje z 10 minut i nawet jeśli postać się zaloguje do gry, to już po chwili gra się kończy z powodu timeoutu (bo jak się postać zaloguje, to nie znaczy, że od razu może cokolwiek robić, tylko dalej się czeka, aż dysk przestanie pracować). Nie dziwię się, że tak się dzieje na kompie z 1 GB RAM. Zatem oddałem swoje konto chłopakowi, niech rozwija druida z 90 na 100 level (nie jestem jeszcze w Legionie, więc mogę lewelować do setki jedynie). A on nosi się z zamiarem gry na druidzie, więc może przy okazji go poznać na poziomie bliskim end-game.

Natomiast ja z kolei spróbowałem, bo chłopak mnie zachęcił, ponownie gry w Heartstone. Wcześniej grałem tam tylko po to, aby z trudem wygrać 3 rozgrywki i dostać dzięki temu w World of Warcraft specjalnego wierzchowca. Teraz poczytałem nieco na necie, założyłem inną postać (druida zamiast ówczesnego maga). Mój chłopak usiadł przy mnie - i przyniósł mi szczęście. Pierwszy gracz od razu poddał grę. W kolejnych kilku rozgrywkach jeszcze trzy razy wygrywałem. W sumie pod względem liczby wygranych nie narzekam. Bo potem były kolejne wygrane, a jeśli przegrywałem, to z klasą i czasem o włos od zwycięstwa. Czyżbym znalazł nową grę Blizzarda, w którą dodatkowo mogę grać także z moim chłopakiem (choć w tym wypadku nie razem, ale przeciw sobie)? Ale z nim zawsze mogę przegrać, to nie boli :-)

Tego dnia grałem nawet w nocy, bo nie mogłem zasnąć. Kupiłem kilka paczek kart, uzupełniłem talie dla druida i innych postaci. I gra, mimo odgrażania się, że nie pójdzie na 1 GB RAM (tyle, że instalator jedynie lojalnie mnie uprzedził, że może się gra kiełbasić, ale zainstalować ją pozwolił), poczyna sobie bardzo dobrze. No bo jaka tam jest grafika, w porównaniu do wektorowej w WoWie? O wiele prostsza i widocznie sam silnik gry jest także znacznie prostszy. Machanie kartami nad stołem gry, różne efekty walenia się po łbach kartami, animowany interfejs poza rozgrywką - nie jest to nic tak zasobożernego, jak WoW.

Skoro zatem nie WoW, ale Heartstone są teraz grą, w którą mogę grać na moim kompie, to nie pozostaje nic innego, jak zakrzyknąć wow! :-)

piątek, 15 stycznia 2016

KOP na mapie

Jest demokracja i jest pluralizm. Więc i u mnie na blogu poważne teksty o sprawach społecznych przeplatane są tekstami o moim prywatnym życiu i moich pasjach, które w porównaniu do Wielkiej Tematyki wydają się malutkie, ale dla mnie są równie ważne co, dajmy na to, kolejne kazanie Św. Martina od Gazet :-) Tym razem mowa będzie o moim ulubionym pedale, czyli hunterze w grze Guild Wars 2.

Pisałem już o nim w innym poście, więc każdy może sprawdzić, czy wygląda on jak pedał, czy też nie. Mam na myśli twarz i uczesanie, bo strój zmienić łatwo. Ale tym razem pedałem okazałem się ja sam - i to w negatywnym sensie tego sowa. Pedał, czyli głupek. Biegam w grze już ze dwa lub trzy tygodnie i dopiero niedawno mnie olśniło - zasoby które zbieram (rośliny, drewno, rudy metali) są ukazane na mini mapie jako ikonki. Wystarczy kierować się tą mapą i dojedzie się do nich dosłownie z zamkniętymi oczami. I kop kop, można je wykopać i przeznaczyć do rożnych szczytnych celów.

A ja wypatrywałem oczy śledząc ich ewentualne pojawienie się w głównym widoku gry, wśród bogatego krajobrazu. Drzewka do ścięcia na drewno dość łatwo wyparzyć. Ale kępki roślin czy odłamki rudy wystające ze skał już nie są takie widoczne. Teraz jednym rzutem na minimapę mogę ocenić, czy w okolicy są zasoby do zebrania. Mala rzecz - a cieszy. Bardzo mała - i bardzo cieszy. A jaki z tego morał - lepiej uczyć się później, niż wcale.

A morał dla różnych polityków? Może byście wreszcie zaczęli się uczyć? ;-)

niedziela, 3 stycznia 2016

Pedalski hunter

W Guild Wars 2 mam najbardziej pedalską postać ze wszystkich, które dotąd miałem w grach MMORPG. Nie robiłem go specjalnie na pedała, po prostu chciałem mieć postać, która by mi się podobała. I podoba mi się z twarzy, sylwetki, fryzury. A ostatnio zacząłem malować także jej ubiór, na co gra pozwala.

W ramach różnych całościowych misji (polegających na wykonaniu sporej dawki pracy na jakimś obszarze) odblokowuje się w grze różne rzeczy, między innymi barwniki do malowania zbroi. I taki złotawy barwnik odblokowałem, używając go (do spółki z szarym dostępnym ze standardowej palety) do pomalowania zbroi mojego huntera. Efekt widać na załączonym obrazku.

Po raz pierwszy w grze mam postać, która tak mi się podoba, że chętnie miałbym chłopaka o takim wyglądzie. I chodzi tu przede wszystkim o twarz i jej wyraz. A na razie pozostaje mi cierpliwe rozwijanie tej postaci, która zdobyła dopiero mniej więcej jedną czwartą poziomu w grze. "Pedałem" gra mi się jednak bardzo przyjemnie.

wtorek, 29 grudnia 2015

Another WoW?

Spróbowałem, za radą kolegi, zagrać w Guild Wars 2. Nie znam innej gry, w której można stworzyć tak bardzo pedalską postać. Ma ona swój urok, bez dwóch zdań. Szkoda, że sama gra nie ma dla nie takiego uroku. Biegam po jej świecie na trzeźwo, ale niczym pijane dziecko we mgle. Nie bardzo odnajduję się w zadaniach, które gra daje, ani w jej technicznej obsłudze. Wiele rzeczy jest dla mnie nieintuicyjnych.

W grze jest chyba - jak na mnie - za wiele gadania i interakcji wszem i wobec. I za dużo skakania czy wspinania się po kolejne achievy. A z kolei za mało handlu i zarabiania kasy, co mnie w Wowie rajcuje bardziej niż sama walka. I obawiam się, że mimo dobrych chęci nie pogram w tę grę za bardzo, bo mi ona nie leży. Ale być może także zmniejszę granie w samego Wowa, które staje się coraz bardziej nudne. 

Nie ma chyba dobrego pomysłu na gry MMORPG wśród produkujących je firm. Może kiedyś zjawi się ktoś kto taki pomysł będzie miał. Na razie to tylko ślizganie się bezwładem popularności (jak to jest w przypadku Wowa) lub próby zrobienia nowego standardu lub konkurencji dla Wowa (u innych firm). Guild Wars 2 nie naśladuje we wszystkim Wowa (i bardzo dobrze) ale nie czuję się w tej grze wygodnie. Jest po prostu za mało intuicyjna dla mnie w wielu sprawach. 

A zatem w dziedzinie grania mam lipę na całego :-)

środa, 9 grudnia 2015

Powrót Wowa

Ostatnio miałem dwumiesięczną przerwę w graniu w World of Warcraft, czyli popularnie w Wowa. Podjąłem od sierpnia inną pracę, myślałem więc, że nie będę miał siły i chęci na granie. Ale kolega zachęcił mnie aby znów zagrać, więc wróciłem do gry. I zaobserwowałem dzięki temu u siebie jak bardzo ta gra pomaga mi w życiu.

Czas na granie potrafiłem wygospodarować nawet wieczorami i w nocy. I dzięki graniu stałem się bardziej ożywiony. Kładłem się na drzemki w ciągu dnia dopiero wtedy, gdy naprawdę bylem zmęczony. W czasie, gdy nie grałem bywało że czułem ciągle zmęczenie i kładłem się spać znacznie częściej. Widocznie jednak granie bardziej mnie mobilizuje także do życia poza samą grą. I niech tak zostanie.

To oczywiście bardzo pozytywny wpływ i nie zamierzam go likwidować, skoro się przekonałem o jego wartości. Jak się okazuje, czasem coś, czego się obawiamy, wcale nie jest takie złe. Zatem zaczynam przygodę z Wowem ponownie, ale z nieco innej strony :-)

czwartek, 1 października 2015

Mądre rabaty

Niedawno pisałem o tym, że jednak wywaliłem grę Drakensang Online. A jednak wracałem do niej kilka razy po tym wywaleniu. Zresztą nawet samo wywalenie jej z komputera jest ciężkie, bo gra zamieszcza gdzieś 800 MB swoich plików i nie bardzo wiadomo gdzie ;-) Ale niedługo potem dokonałem czynności, które mocno mnie już związały z tą grą. 

Gra posiada model darmowego korzystania z niej, ale są też niemałe zalety płatnych transakcji w grze. Można za realne pieniądze nabyć walutę, za którą kupuje się najważniejsze rzeczy w grze, lub nabyć abonament Premium, mający wiele zalet. Ja nie kupowałem, bo oszczędzam kasę. Ale w pewnym momencie dałem się skusić. Było to wtedy, gdy zaoferowano mi doskonały rabat.

Zakup towarów i usług w grze oczywiście wiąże mnie z nią - bo szkoda nie grać jeśli się już włożyło jakieś pieniądze. Ale zadziwia mnie (z marketingowego punktu widzenia) doskonały zmysł marketingowy twórców gry. Oferują nawet znaczne rabaty licząc na to, że skusi się na nie ktoś, kto nie kupi w regularnej cenie. Ale jeśli za te same pieniądze dostanie pięć razy więcej ub dwa razy dłużej - może już się skusić. Dlaczego Blizzard nie stosuje podobnych chwytów z abonamentem w grze, a jedynie z dołączaniem do gry?

Bo Blizzard nie musi (jeszcze) tak walczyć o pozostanie w grze.