Pokazywanie postów oznaczonych etykietą relacje z ludźmi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą relacje z ludźmi. Pokaż wszystkie posty

piątek, 22 grudnia 2017

Świąteczna arytmetyka

Już za dwa dni Wigilia. Będziemy wtedy dzielić się opłatkiem, spożywać wigilijną wieczerzę, a potem otrzymywać prezenty. Oczywiście mówię o tym, z czym Wigilia mi się kojarzy. Dostałem dzisiaj rano życzenia świąteczne od Planetromeo, a więc internacjonalistyczny gejowskiego portalu. Zaczynają się one od takiego tekstu: Grudzień to miesiąc dzielenia się: spotykania się, aby wymienić się prezentami, zjedzenia wspólnego posiłku, czy po prostu świętowania. To czas, który spędzamy z rodziną i ukochanymi osobami. Ale dla wielu ludzi okazywanie miłości ich wybrankom i życie pełnią życia jest wciąż niedoścignionym marzeniem, drogą usłaną wieloma problemami.

Ponieważ słowo "dzielenia się" wypadło na końcu linijki, więc czytając ten mail od razu dopowiedziałem sobie w pamięci "opłatkiem". Tymczasem opłatka nie było widać po drugiej stronie tekstu. W sumie nie powinno to dziwić, bo to praktycznie oryginalnie polski zwyczaj. Ale magia Świąt Bożego Narodzenia jako taka już typowo polska na wyłączność nie jest. Jak widać, dla Planetromeo dzielenie się to jednak bardziej arytmetyka, a nie magia świąt. Spotykanie się z ludźmi (dodać lub ująć), wymienianie się prezentami (dodać lub ująć), zjedzenie posiłku (stanowczo dodać do żołądka), czy po prostu świętowanie (wynik arytmetyczny nieoznaczony, ale pewnie dodać trochę fun, a odjąć nieco zmęczenia). Okazuje się pod koniec listu, że najważniejsza jest fundacja Planetromeo i działanie na rzecz tego, aby inni ludzie mogli żyć pełnią życia i okazywać miłość wybrankom.

Niby to wszystko słuszne, bo jeżeli ktoś naprawdę szczerze kogoś kocha od serca - co akurat w przypadku środowiska gejowskiego jest niestety wciąż ewenementem - to powinien mieć możliwość swą miłość okazywać. Nie uważam jednak, że koniecznie musi mieć zagwarantowane to, że będzie z tą miłością uzewnętrzniać się wszem i wobec w każdej sytuacji. Prawdziwa miłość jest w naszych sercach. Ważne abyśmy mogli spokojnie żyć ze sobą razem i nie przeszkadzać innym i żeby inni nie przeszkadzali nam w tym życiu. Tylko tyle i aż tyle. Jeżeli ktoś uważa, że niezbędne dla miłości gejowskiej jest to, żeby geje musieli koniecznie się z nią pokazywać wszem i wobec w każdym miejscu, to jest w błędzie. Podobnie zresztą uważam, na dokładnie takiej samej zasadzie, że nie ma sensu, aby się obnosili ze swoją miłością heterycy.
 
A na koniec moja skromna arytmetyka - w święta (i nie tylko w święta) dajmy jak najwięcej dobra od siebie, bo im więcej go rozdajemy (ująć), tym więcej mamy go w sobie (dodać).

poniedziałek, 23 października 2017

Dylemat popychania

W przypadku znajomości gejowskich bardzo istotnym elementem jest coś, co nazywam dylematem popychania. Oczywiście kretyni pomyślą sobie o analu, który kojarzy się ze słowem "popychać", ale rzecz jasna nie chodzi tutaj o seks analny, ale o komunikację międzyludzką. Popychanie polega bowiem na tym, że na siłę niejako wymuszamy na drugiej osobie kontynuowanie rozmowy. Tymczasem jeśli poznajemy kogoś do związku, to komunikacja nim powinna być (w idealnym przypadku) dziecinnie prosta i nie wymagająca żadnego popychania lub sztucznych zabiegów konserwacyjnych.

Jeśli bowiem jest wspaniała komunikacja z drugą osobą, czyli nie trzeba je sztucznie podsycać, to w naturalny sposób pokazuje, że jesteśmy sobą wzajemnie zainteresowani i jak najbardziej jest sens poznawać się dalej. Jeśli zaś rozmowa szwankuje i trzeba ciągle starać się ją nawiązywać i łatać dziury w komunikacji, to niestety jest złym prognostykiem na przyszłość. Może bowiem nadal szwankować komunikacja kiedy już będziemy w związku i okaże się, że tak naprawdę niewiele mamy ze sobą do pogadania lub nawet wcale. A po co wiązać się jedynie z kimś, z kim moglibyśmy uprawiać jedynie seks i nie będziemy mieli żadnych innych życiowych punktów zaczepienia?

Ostatnio mam taką sytuację. Poznałem osobę, która być może byłaby partnerem do związku w miarę dobrym - używam określenia "w miarę" dlatego, że osoba ta strasznie przeklina co bardzo mi się nie podoba, bo nie lubię wulgarności. Oczywiście możne to udałoby się wyeliminować, ale mimo wszystko byłoby to już na dzień dobry pewnym faux pas. Na dodatek z osobą tą rozmowa toczy się dosyć nieskładnie i mam wrażenie, że muszę dosyć często rozmowę popychać na siłę. Na szczęście w tym przypadku zawsze mogę sobie powiedzieć, że ta osoba nie jest do końca odpowiednia (nie tylko zresztą z powodu przeklinania, bo są też jeszcze inne jej pewnego rodzaju wady) i dlatego nie muszę starać się z nią komunikować na siłę.

Co by jednak było, gdyby ta przypadłość braku komunikacji dotyczyła kogoś, na kim naprawdę mi zależy?

piątek, 11 sierpnia 2017

Odpowiedź której nie było

Czasem ktoś pisze do nas list, na który odpowiadamy - ale nie jemu, tylko samemu sobie albo też, jak kto woli, Panu Bogu. Czasem bowiem nie warto odpowiadać autorowi na jego list. Warto jednak podzielić się z innymi ludźmi swoimi przemyśleniami na temat jakieś epistoły, która do nas trafiła. Taki przypadek miałem wczoraj. Trafiły do mnie dwa listy w odpowiedzi na mój anons i ta mini seria stała się pretekstem do komentarza, który chciałbym napisać.

Pierwszy list wyrażał zdziwienie - co jest takiego dziwnego w tym, że od miesięcy nie mogę kogoś spotkać. Zadano mi też pytanie, czy mam za wysokie wymagania. Odpowiedz na pytanie, dlaczego nie mogę od miesięcy kogoś spotkać, jest banalna. Wszędzie, na czatach, portalach internetowych, systemach anonosowych, jest cała masa ludzi szukających szybkiego seksu i tym podobnych przygód. Ludzi szukających poważniejszych relacji jest bardzo niewielu. Dla tak niewielkiej grupy osób jest zupełnie naturalne, że ciężko się ze sobą dobrać. Nie jest więc niczym dziwnym to, że można szukać kogoś miesiącami i nie znaleźć. Podaż potencjalnie odpowiednich osób jest bardzo szczupła i trudno znaleźć właściwego partnera.

Drugi list był w innym tonie. Otóż zarzucał mi to, że jest chore, że z uporem daję ogłoszenie o zbliżonej lub takiej samej treści. Uśmiałem się z tego powodu, bo raczej byłbym skłonny przypuszczać że chore byłoby umieszczanie co chwila zupełnie innego ogłoszenia. Jeśli szuka się kogoś w określonym celu, to naturalne jest że ogłoszenie, które się zamieszcza, powinno być konsekwentnie takie samo lub też podobne, jeśli zmieniamy je i udoskonalamy. Ale zmiany i udoskonalenia nie dzieją się z anonsu na anons, lecz co jakiś czas. Ogłoszenia zamieszczam regularnie, ale jednocześnie kasuję poprzednie, bo nie śmiecę wieloma ogłoszeniami naraz. Można odnieść wrażenie, trafiając codziennie na moje anonse, że jest ich pełno - ale to jedynie wrażenie.

Ja mam zaś wrażenie, że autorzy obu listów czepiając się (bezinteresownie!) mnie mają chyba jakieś własne utajone kompleksy - tylko jakie?

wtorek, 25 lipca 2017

Nowa Nadzieja?

Ostatnio piszę dość ogólnikowo, aby jak to się mówi nie zapeszyć, o różnych możliwościach, które się przede mną otwierają. Pytanie tylko, kiedy się one otworzą. Bo to, że się otwierają to jeszcze nie oznacza, że są już pewne. Z kolei jakiś czas temu była bardzo intensywna komunikacja z moim byłym chłopakiem przez telefon, a nawet poszukiwanie ewentualnego powrotu do życia z nim razem. Została ona jednak przekreślona.

Mój były chłopak powiedział mi bowiem, że przyjeżdża do niego ktoś, z kim będą razem mieszkali, a więc partner. Oczywiste więc było, że nie mogę iść zakochanym w paradę i stąd nasz kontakt ze sobą przygasł. Wykreśliłem go z listy potencjalnych zainteresowanych. Niedawno zagaduje on do mnie na Gadu Gadu chwaląc się, że już tydzień bez papierosa. a to jest bardzo pozytywne, bo może rzuci palenie. Przy okazji pytam go, jak szczęście życia razem. Okazuje się, że mieszka z kimś, ale nie jest to jego partner, tylko jedynie współlokator.

To oczywiście zmienia postać rzeczy. Co prawda ten współlokator nie jest do końca seksualnie neutralny, ale mimo wszystko seks ze współlokatorem to co innego niż tekst z partnerem. Seks ze współlokatorem należy do kategorii seksu niezobowiązującego, na który każdy, kto jest wolny, może sobie pozwolić, jeśli ma taką potrzebę. Czyżbym miał więc znowu zacząć uwzględniać mojego byłego chłopaka na liście potencjalnych? A wszystko po to, by to przy otwierającym się przede mną nowym horyzontem miało być wreszcie ukoronowane jakimś sensownym i spójnym zakończeniem, w którym wszystkie elementy poukładają się w najpiękniejszą układankę?

Czyży faktycznie zaczynała być w moim życiu Nowa Nadzieja? ;-)

niedziela, 9 lipca 2017

Powtóka z rozrywki

Niedawno rozmawiałem z moim znajomym, z którym kiedyś znałam się bliżej przez kilka lat. Zainteresował mnie jego wpis na jednym z portali internetowych, w którym narzekał na swój los, ponieważ trafił znowu na nieodpowiedniego faceta. Niestety, już z tego postu wywnioskowałem, że ten nieodpowiedni facet, którego trafił to w pewnym sensie kopia poprzednich nieudanych znajomości, które miał z kilkoma facetami.  Można by tych facetów policzyć na palcach jednej ręki. To dla większości ludzi wydaje się bardzo mało, ale w przypadku nieudanych prób życia razem jest liczbą więc ogromną.
 
Nie zapominajmy powiem, że budowanie życia razem to działanie, które jest obliczone być może na resztę naszego życia. Angażujemy się w to emocjonalnie, planujemy, inwestujemy swoje serce i uczucia drugą osobę, otwieramy się na nią. To nie jest po prostu coś takiego, jak kupno batonika w sklepie. Jeśli więc trafimy na osobę nieodpowiednia, to przeżywamy strasznie rozstanie z nią. Załamujemy się. A w przypadku mojego znajomego to załamanie musiało być kompletne, ponieważ ten typ ludzi jak on jeśli kocha, to na zabój, ale jak ktoś go zawiedzie w miłości, to go szczerze nienawidzi. Ludzie takiego rodzaju jak on właśnie w ten sposób postępują. To bardzo piękne, jeżeli ich partner odwzajemnia ich prawdziwą miłość dlatego, że wtedy miłość ta płonie niczym wielki ogień. Ale jeśli partner coś zepsuje, to miłość zamienia się w koszmar. Widziałem to w jego przypadku na własne oczy.

I właśnie ten człowiek, który potrafi tak bardzo mocno kochać, potrafi tak mocno się poświęcać dla partnera, zmienia swoje życie dla niego, wykonuje poświęcenia, których wielu ludzi nie byłoby w stanie zrobić, ten człowiek znów został wystawiony do wiatru przez kolejną osobę. A do tego jeszcze jest to wystawienie do wiatru na złość ten sam sposób, w jaki wystawiali go poprzedni partnerzy. Najbardziej boli to coś takiego, jak rozdrapywanie ciągle tej samej rany. Wyobrażam sobie co czuje. Jedyne, czego sobie nie wyobrażam, to coś zupełnie innego. Otwórz jako naprawdę inteligentna osoba ten chłopak ten powinien być zdolny rozpoznawać takich trefnych partnerów już na wczesnym etapie zawierania z nimi znajomości. Ma przecież w kontaktach z nimi niestety spore doświadczenie. Dlaczego tego nie zrobił? Dlaczego nie był w stanie już wcześniej zorientować się, że z tego związku nic nie wyjdzie, zanim wpakował się w niego na dobre?

No cóż odpowiedź jest banalna - jak to mawiają, miłość jest ślepa.

środa, 3 maja 2017

Milczenie jest złotem

Niedawno pisałem o bardzo ciekawym tekście z "Polityki" o cechach silnej osobowości, wśród których jest również niechęć dla tak zwanego small talk, czyli gadki szmatki, tak naprawdę o niczym. To rozmowy dotyczące jakiś dupereli, nie wnoszące nic wartościowego, strata czasu. Taką pustą konwersację uprawia wiele osób, które nie mają nic do powiedzenia, a usiłują na siłę "rozmawiać". Ale jak dla mnie prawdziwa rozmowa zawsze jest o czymś - niezależnie od tego, czy jej temat jest super ambitny, czy super banalny. Dla mnie zatem small talk to strata czasu. Ja akurat po ojcu mam taką cechę, że zawsze znajdę sobie coś do roboty. Dlatego włośnie to mam niechęć do zajmowania się pustą konwersacją, skoro zamiast tego mogę zrobić coś pożytecznego.

Wczoraj wieczorem znowu dzwonił do mnie mój były, czyli ten, który ma się ostatnimi miesiącami ze mną ciągle spotykać i ciągle mu nie wychodzi. Okazuje się, że od najbliższego poniedziałku zaczyna nową pracę. Teoretycznie mógłby więc wpaść do mnie na kilka dni, jeżeli oczywiście miałby wolę polityczną, ale on z góry uprzedził mnie, że nie przyjedzie. No bo przecież od poniedziałku zaczyna pracę, do której zresztą nie musi się w żaden specjalny sposób przygotowywać. Zatem te kilka dni bez najmniejszego problemu mógłby spędzić ze mną. Wykazał się więc popisowym wręcz brakiem woli działania w zakresie spotkania się ze mną, co oczywiście bardzo zawiodło moje oczekiwania.

Byłem wobec niego grzeczny w rozmowie telefonicznej, ale kiedy zorientowałem się, że tak naprawdę będzie ze mną gadał o niczym, a jednocześnie swoim postępowaniem kompletnie odwrócił się plecami do koncepcji spotkania ze mną, to powiedziałam mu wprost, że gadki szmatki mnie nie interesują. Jeśli nie ma nic wartościowego do zakomunikowania, to szkoda gadać. Oczywiście rozłączył się jak niepyszny, ale trudno, jego sprawa. Wystarczająco dużo czasu mi zmarnował. Zbyt wiele razy mnie zawiódł, a nawet naraził na życiowe niedogodności, które dzięki jego niespełnionym obietnicom mnie dotknęły. Mam więc prawo nie chcieć gadać z nim o duperelach. Skoro nie ma nic innego do zaoferowania, to niech skorzysta z prawa do tego, aby milczeć.

W końcu mowa jest srebrem, ale milczenie jest złotem.

wtorek, 2 maja 2017

Festiwal niemożności

Niedawno na blogu pisałem o tym, że po raz kolejny może się ziścić wizja spotkania z moim byłym chłopakiem, z którym umawiam się (już można wypowiedzieć) niezliczoną ilość razy i ciągle coś wypada. Nie pamiętam już kiedy o tym pisałem, nie pamiętam kiedy umawialiśmy się na spotkanie w sposób opisywany na blogu. W każdym razie od tego czasu znów kolejne spotkanie się nie udało. To już taka głupia rutyna.

Z jednej strony zawsze są jakieś preteksty, które mają ręce i nogi, nie są wymyślone taśmowo ciągle na zasadzie tego samego tematu, a więc mogą rzeczywiście być przynoszone przez życie. Z drugiej strony zaczyna być to śmieszne. Najważniejsze jest jednak to, że ja przestałem się tym przejmować i zaczęłam traktować to przymrużeniem oka. Nie nastawiam się na to i nawet specjalnie nie biorę tego pod uwagę. To tak, jak wygrana w Lotto. Jeśli się pojawi będzie super, ale i tak wiadomo, że jej nie będzie. Oczywiście w przypadku tego spotkania może jednak uda się je zrealizować. Pytanie tylko, kiedy?

W sumie dla mnie to bez różnicy ponieważ i tak planuję już wszystkie swoje działania nie uwzględniając tego elementu, a szczególności wszelkich jego pomocnych stron, które mogłyby się pojawić, gdyby spotkanie się ziściło. Muszę zatem liczyć tylko na siebie. Jeśli uda się w tym czasie jednak spotkać z moim byłym, będzie to jedynie bonus, ale nie nastawiam się na to. Dlatego też długi weekend zapowiada się wyjątkowo spokojnie. Dziś mija kolejny termin otwierający potencjalnie możliwość spotkania i znowu nie wierzę, żeby to się mogło ziścić. I pewnie się nie ziści. Jak zwykle.

A może po prostu Los szykuje mi zupełnie inną osobę, którą mam spotkać?

piątek, 28 kwietnia 2017

Ostateczny termin?

Dziś kolejny, nie pamiętam już który z rzędu, ostateczny termin naszego spotkania się z moim byłym chłopakiem, z którym od jakiegoś czasu tak intensywnie, ale zarazem tak powierzchownie rozmawiam. Są to bowiem, jak już pisałem to niedawno na blogu, bardziej transmisje telefoniczne z naszego bieżącego życia, niż rozmowa, chociaż zdarzają się także momenty, że ze sobą rozmawiamy, bo pojawia się konkretny temat, który warto omówić.

Taki konkretny temat pojawił się wczoraj, gdy dowiedziałem się, że muszę z mojej podwarszawskiej miejscowości zjawić się w Warszawie, aby załatwić pewną sprawę. Mogłem to załatwić wczoraj wieczorem lub też dzisiaj. Z początku zdecydowałem, że pojadę od razu, ale po namyśle zrezygnowałem z tego pomysłu i postanowiłem pojechać dziś wieczorem. Zdecydowałem tak dlatego, że dziś miałem spotkać się również z moim byłym chłopakiem i "przyholować" go do siebie. A więc upiekłbym tym wyjazdem dwie pieczenie przy jednym ogniu.

Być może to nastąpi, bo jeszcze nie wiem, jak się potoczą wydarzenia. Dopiero mamy wczesną porę dnia i wszystko się może wydarzyć. Ale tak między nami mówiąc, to nie bardzo nie wierzę, iż to się uda. Pewno po raz kolejny zostanie to przełożone na kolejny dzień. Tak bywało już entą ilość razy i tak być może stanie się również dzisiaj. Przywykłem już do tego. Na szczęście mam co robić, zarówno dziś wieczorem, jak i przez cały długi majowy weekend. Mam dużo pracy do wykonania, więc nie będę się nudził. To nie tylko praca zawodowa. Także w mojej grze wdrażam bardzo pracowity program realizacji różnych projektów, a to również wymagać będzie dużo czasu i wysiłku.

Zatem mam o tyle dobrą sytuację, że tak czy owak będzie fajnie ;-) 

I tego też życzę Wam wszystkim na ten mega długi majowy weekend :-)

niedziela, 23 kwietnia 2017

Sprawdzam?

Wczoraj pisałem o projekcji obaw, a dziś napiszę o sprawdzaniu. To również kwestia, którą uświadomiłem sobie ostatnimi czasy. Jest ona jednak, w przeciwieństwie do projekcji obaw, sprawą teoretyczną i potencjalnie możliwą. O ile projekcja obaw opiera się na faktycznych obserwacjach, porównywaniu faktów i wyciąganiu z tego wniosków, o tyle dzisiejszy temat sprawdzania to zaledwie potencjalna, teoretycznie wymyślona sytuacja. Na czym to polega?

Pisałem ostatnio kilka razy o ponownym poznawaniu mojego byłego chłopaka. Mamy się spotkać, ale już od jakichś dwóch miesięcy nie udaje nam się to, bo ciągle coś wypada. Nie może przyjechać, bo nie ma pieniędzy, albo jest chory, albo przyjechała rodzina na niespodziewany pogrzeb, albo są święta, albo znowu nie ma pieniędzy, albo znowu jest chory. Jednak w każdym z tych przypadków jest inny motyw. Raz chory jest na to, raz na tamto. To się nie powtarza w prostacki sposób. Ma to jakąś swoją logikę. Może być prawdziwe. Z jednej strony można by to nazwać bardzo ciekawym zbiegiem okoliczności, a z drugiej strony zastanawiam się, czy nie jest to zupełnie innego. W tym zakresie są trzy możliwości.

Pierwsza jest taka, że są to po prostu głupie wymówki, dzięki którym stara się on wymigać od poznania się ze mną, bo mu na tym naprawdę nie zależy. Wątpię w prawdziwość tej opcji - z drugiej strony kontaktuję się on bowiem ze mną na tyle intensywnie, że osoba, której nie zależy na poznaniu się, tak by nie postępowała. Byłoby bardzo dziwne, a poza tym byłoby to charakterystyczne dla jakiegoś szczególnego przypadku bajkopisarza. Mój były chłopak do takich nie należy. Druga opcja, która jest możliwa, ale mniej prawdopodobna, jest taka, że mój były chłopak w ten sposób sprawdza mnie. Jego problemy są tak naprawdę fikcyjne, on wymyśla tę sytuację żeby testować moją cierpliwość i zachowanie. Chce się przekonać, czy mi na nim zależy. Kiedy wreszcie test dobiegnie końca, dopiero wtedy spotka się ze mną. Myślę jednak, że nie jest to opcja prawdziwa. Potencjalnie jest możliwa, ale obstawiam opcję trzecią - takie jest po prostu życie i akurat taki ciąg wypadków Pan Bóg nam zafundował.

A jeżeli Pan Bóg nam go zafundował, to na pewno ma to jednak jakiś sens.

sobota, 22 kwietnia 2017

Projekcja obaw

Ostatnio uświadomiłam sobie, że mam pewne zmartwienia, które roboczo określiłem jako projekcję obaw. Jako miłośnik zapytywania wszystkich, których poznaje, o znaki zodiaku, przywiązuję do nich pewną wagę. Nie interesuje mnie zwykły horoskop, bo w takie nie wierzę. Interesuje mnie horoskop partnerski, czyli porównanie charakterów, które posiadają osoby spod znaków zodiaku i ocena, na ile będą zgodni, a na ile konfliktowi. Wierzę w to, że znak zodiaku w jakiś sposób określa podstawy naszej osobowości. 

Oczywiście tylko podstawy. Nad tym jest cała społeczna nadbudowa. Każdy człowiek ma swoją historię, swoje wychowanie, swoje doświadczenia, które go dodatkowo kształtują, ale fundament którym jest zrąb charakteru, determinowany jest przez znak zodiaku, a ściślej mówiąc okres w roku, w której się urodziliśmy. Ludzie urodzeni w różnych okresach roku, mający różne doświadczenia wczesnego niemowlęcego okresu, prawdopodobnie mają troszkę odmienne charaktery przez to ukształtowane. Tym sobie tłumaczę to, dlaczego urodzeni pod jednym znakiem zodiaku są na przykład bardziej wrażliwi, a pod innym bardziej wojowniczy. I rzeczywiście, generalnie sprawdza się tak przypadku ludzi posiadających dany znaki zodiaku. Najczęściej posiadają oni mniej lub więcej cech, które danemu znakowi są przypisywane.

Jeśli więc dobrze się poznało w jakikolwiek sposób, partnerski lub towarzyski, kogoś spod danego znaku zodiaku i wie się dokładnie, jak taka osoba funkcjonuje i jak się zachowuje, to można mieć pewne obawy poznając inną osobę spod tego samego znaku. Jeśli jedna osoba spod danego znaku zodiaku była wobec nas nieodpowiednia w jakikolwiek sposób, to druga osoba spod tego samego znaku także może być podobna. Nie jest to regułą, ale jeśli u tej drugiej osoby dopatrzymy się tych samych cech i zachowań, które posiadała ta pierwsza, to z łatwością możemy założyć, że efekt będzie podobny. Chociaż jest w tym pewien kruczek. Otóż nieodpowiedniość danej osoby powodowana jest nie tylko przez jej charakter, ale także pewne zjawiska, które ją bezpośrednio wyzwalają. Jeśli druga osoba ma nawet taki sam charakter, ale te wyzwalające zjawiska u niej nie wystąpią - to relacja może być zupełnie inna, a w szczególności pozytywna.

I właśnie z takim potencjalnym przypadkiem mam u siebie do czynienia :-)

czwartek, 20 kwietnia 2017

Pięć etapów miłości

W Tygodniku Polityka ukazał się artykuł o pięciu etapach miłości. To ciekawe, bo warto zastanowić się, jeżeli uważamy, że jesteśmy w jakimś związku, na którym z tych etapów sami jesteśmy. Pierwszy etap to samo zakochanie się. Niektórzy określają to także jako miesiąc miodowy. To czas, gdy patrzymy na partnera przez przysłowiowe różowe okulary. Drugi etap to przejście do związku, czyli bardziej ustabilizowanie relacji i przekonanie o tym że jesteśmy dopasowani na tyle, że można w ten czy inny sposób ze sobą być - niekoniecznie na zasadzie ślubu i małżeństwa, ale na przykład mieszkania razem. Najbardziej ciekawe są jednak kolejne etapy.

Trzeci etap to rozczarowanie, albowiem okazuje się, że idealizowaliśmy zanadto partnera, a on jest po prostu człowiekiem, który ma swoje wady. Poza tym każdy człowiek popełnia błędy, również my i nasz partner. Dlatego też rozczarowanie sprawia, że mamy niejako zimny prysznic na głowę. To jest również moment, kiedy wiele par rujnuje swoją relacje i kończy związek, Jednak jeśli przejdziemy przez fazę rozczarowania, czekać nas może faza czwarta, czyli budowanie trwałego i długoletniego związku. Gdy uda nam się wytrzymać ze sobą i nie przeszkadzają nam nasze naturalne wady jesteśmy w stanie stworzyć związek, który przetrwa wszystko.

Ostatni etap naukowiec formułujący tę teorię określił bardzo poetycko - siła dwojga zmienia świat. Oczywiście u gejów byłaby to siła dwóch. Na tym etapie nasz związek staje się trwałym fundamentem, na którym możemy zbudować najlepszą relację, jaka może nam się zdarzyć. Nie mamy ochoty jej porzucać i czerpiemy z nim liczne korzyści, nie tylko przyjemne, ale również duchowe i metafizyczne - spełniamy się w tej relacji. W takiej sytuacji rzeczywiście można przysłowiowe góry rękami przenosić. Zastanawiam się tylko, kiedy ja i czy w ogóle do takiego etapu kiedykolwiek dotrę.

Jednak jest realna, i kto wie, czy nie będąca bardzo blisko nadzieja - że tak :-)

wtorek, 18 kwietnia 2017

Parówkowe rozmowy

Niedawno wymyśliłem określenie parówkowe rozmowy jako opis rodzaju rozmowy, którego właśnie chciałbym unikać, a ja który sam przerabiam w komunikacji z moim byłym chłopakiem, z którym ostatnio dużo rozmawiamy przez telefon. Są to bardzo długie rozmowy, ale jednak  praktycznie pozbawione treści, tak samo jak parówki pozbawione są praktycznie szlachetnego mięsa i pełne jakiś podejrzanych rozpychających je dodatków. 

Mechanizm parówkowej rozmowy jest bardzo prosty. Chłopak dzwoni do mnie i tak naprawdę mam bezpośrednią transmisję z tego, co się wydarzy po drugiej stronie. Na przykład ogląda telewizję i coś tam do siebie powie pod nosem, albo powie do siebie, że tego zapomniał, że nie udało mu się coś albo coś spadło, zaginęło, czegoś szuka i tak dalej. Słowem nic ciekawego. Raz na kilka minut zwraca się do mnie bezpośrednio i rzeczywiście można o czymś przez chwilę pogadać. Ewentualnie gadając sobie pod nosem zahacza o temat, który ja mogę skomentować. Wtedy jest autentyczna rozmowa. Pomiędzy nią jest szum informacyjny, który mi utrudnia pracę dzieląc moją uwagę. 

W sumie najlepszą taktyką na takie parówkowe rozmowy jest po prostu przywiązywanie bardzo małej uwagi do tego, co mówi druga osoba i słuchanie tego z połowiczną koncentracją. Może uda się coś tam wychwycić, co da się skomentować Może uda się usłyszeć, że rozmówca o coś nas zapyta. Ale generalnie, jeśli przez grzeczność połączenie takie trwa w ciągu doby w sumie godzinami, to trudno podchodzić do tego inaczej. Mamy bowiem własne sprawy na uwadze i w końcu taka rozmowa to nie jest praca, za którą nam płacą i gdyby płacili, to moglibyśmy rzeczywiście ją wykonywać z pełnym zaangażowaniem.

W sumie mizeria parówkowych rozmów jest taka, że oryginalne parówki można przynajmniej zjeść z musztardą i keczupem.

wtorek, 11 kwietnia 2017

Złośliwy net

Złośliwość przedmiotów martwych jest przysłowiowa. Mnie przytrafiła się ostatnia złośliwość przedmiotów internetowych. Ze względu na opóźnione dotarcie na konto pieniędzy w równie opóźniony sposób zapłaciłem za abonament mojego bezprzewodowego internetu. Spodziewałem się płacąc w środku tygodnia, że pieniądze zostaną zaksięgowane u operatora najpóźniej w piątek. Tymczasem, choć z pewnością pieniądze były u niego na koncie następnego dnia, zostały one zaksięgowane dopiero we wtorek. W efekcie miałem nie tylko weekend, ale także poniedziałek bez internetu, bo założyli mi lejek z tak małym transferem danych, że nie dało się korzystać z sieci.

Na szczęście mam tutejszy internet w pomieszczeniu, które wynajmuję. Internet ten wygląda w ten sposób, że jest główny router, podłączony do niego dodatkowy router, a z niego kablem połączony końcowy router bezpośrednio u mnie w pokoju. Jest to zresztą mój stary router Asus z poprzedniego mieszkania, którym zastąpiłem jakiś tutejszy sprzęt. A teraz mi znów służy. Zatem połączenie internetowe jest od tego routera do routera pośredniego, a przez niego do routera właściwego. Łańcuszek routerów i efekty tego, jak można się spodziewać, są takie, że niekiedy w internecie strony w przeglądarkach nie potrafią się załadować, gdyż jest zbyt długi czas oczekiwania. Trzeba je ręcznie odświeżać i jest to bardzo niewygodne.

O ile jednak przypadku mojej pracy wykonywanej poprzez strony internetowe dało się to jakoś przeboleć, bo co najwyżej można było formularze na stronie pracy odświeżać, ale i tak praca szła do przodu, o tyle w przypadku gry było kompletnie tragicznie. Na routerze bezprzewodowym przeważnie loguję się bez problemu, rzadko zdarzają się kłopoty. Tu było dokładnie odwrotnie. Głównie nie mogłem się zalogować i dziennie traciłem godzinę lub więcej na bezowocne próby logowania powtarzane w kółko.  Gry zaś nie da się ręcznie odświeżyć jak strony w internetowej przeglądarce. Można ją tylko uruchamiać on nowa. Jak się okazuje, gra jest najlepszym testem sprawności połączenia internetowego. A z drugiej strony - wyzbyłem się obaw, że niepotrzebnie zainwestowałem we własny, niezależny internet LTE, bo jak widać jest ona zdecydowanie lepszy.

Przynajmniej teraz internet mogę zawsze łatwo zabrać ze sobą.

sobota, 8 kwietnia 2017

Noc doładowań

Wczoraj pisałem o Nocy Konfesjonałów a dzisiaj żartobliwie o nocy doładowań. Wczoraj w nocy miałem taką sytuację, że o drugiej w nocy przyszedł do mnie SMS na numer telefonu, którego używam w ciągu miesiąca przeciętnie tyle, że wygadane mam 1-2 minuty i wysłanych podobną liczbę SMS. O czym mógł mówić SMS, który przyszedł tak późno w nocy i od kogo? Okazuje się, że akurat to SMS od operatora mówiący o tym, że straciłem możliwość wykonywania połączeń. Po prostu konto się wyczerpało.

Trzeba więc doładować telefon za minimum 5 złotych, aby przedłużyć ważność konta o kolejny rok. A ponieważ dzieje się to raz do roku, więc łatwo zapominam, kiedy to ma miejsce i potem mnie to zaskakuje. Zabawne jednak, że w tym samym momencie mój były chłopak, który od jakiegoś czasu ma się ze mną spotkać, tak samo musi podładować za co najmniej 5 złotych swoje konto w telefonie, aby dalej mieć bezpłatne rozmowy, w tym również do mnie. A w ich czasie dzwoni do mnie i jest transmijsa na żywo z tego, co aktualnie robi. On coś robi, ja coś robię, co jaklis czas zamieniamy ze sobą kilka słów - i tak ta "rozmowa" wygląda.

Prawdopodobnie jednak nie był w stanie doładować telefonu za te 5 złotych, bo się do mnie wczoraj  nie odzywał. I kolejny potencjalny termin jego przyjazdu minął. Ale to już rutyna i nawet mnie to nie wkurza. Raczej patrzę na to jako na ciekawostkę przyrodniczą. Zawsze się pojawiają jakieś zabawne problemy. A to wizyta w szpitalu, a to brak kasy. Akurat wierzę, że to wszystko prawda. Po prostu najwyraźniej Pan Bóg ma jakiś cel w tym, żeby go tak trzymać na dystans. Albo chce mi kogoś innego podsunąć, albo to taka szkoła cierpliwości. I najbardziej mnie konfunduje to, że nie wiem, która z tych dwóch opcji jest prawdziwa. Na szczęście mam na głowie inne, egzystencjalne sprawy, i dobrze, że mam co robić.

A przy okazji, muszę doładować cierpliwość za więcej niż 5 złotych ;-)

piątek, 31 marca 2017

Bezsilność

Dziś kolejny dzień, który mógłby być dniem ponownego poznania mojego byłego chłopaka, z którym nie widziałem się już kilka lat, a który wyrósł na bardzo fajnego faceta. Teoretycznie dzisiaj już mógłby być. Będzie miał zabieg w szpitalu i mógłby potem przyjechać. Jednak nie ma pieniędzy, a jak mówił nie chce przyjeżdżać goły bez kasy. Być może jednak zdecyduję się na przyjazd po prostu dlatego, że się stęsknił. Od wielu dni sporo ze sobą rozmawiamy, tyle że przez telefon. Ja również bym bardzo chciał żeby przyjechał. bo może życie byłoby troszeczkę lżejsze emocjonalnie i moralnie w czasie jego obecności.

Akurat mam dzisiaj koniec miesiąca i muszę przelać pewną należność - a raczej nie będę w stanie tego zrobić. Wiem, że pieniądze zostały zadysponowane do wypłaty po to, aby przyszły na moje konto. Niestety, obawiam się że nie dojdą one do końca miesiąca, bo ostatnio tak składa, że idą na konto o kilka dni dłużej niż w dawniejszych miesiącach. Napisałam oczywiście do firmy, dla której pracuję, prośbę o to, aby wypłatę mi przyspieszyli, ale nie wiem na ile są w stanie tę prośbę spełnić i na ile obsługujące ich biuro księgowe będzie w stanie to zrealizować.

Zatem czekam w nerwach i bezsilności na przelew, a panuje w tym zakresie zasada, że człowiek strzela, a Pan Bóg kule nosi. A jeśli nie przyjdą dzisiaj, to będę miał nieprzyjemności. No i niestety jest to powód do stresu i zmartwienia. Gdyby mój były chłopak się zjawił, to zdecydowanie miałbym znacznie większy psychiczny komfort i  motywację do pracy. Staram się dopatrywać w miarę możliwości pozytywnych rzeczy w życiu, więc dopatruje się również pozytywów w takim stanie i wmawiam sobie, że pomoże mi to lepiej uporządkować wewnętrzną motywację etc. Ale to wszystko teoria, a praktyka może być do mnie jednak mizerna.

Na szczęście w życiu czasem zaradzają się cuda - szkoda, że tylko czasem.

czwartek, 30 marca 2017

Nieskończoność

Matematyczna nieskończoność to coś wielkiego - och i ach. W przypadku Alberta Einsteina nieskończony jest wszechświat i ludzka głupota, lecz co do tego pierwszego miał jednak pewne wątpliwości. W moim przypadku nieskończoność to kolejne dni czekania po kolejnych dniach czekania, po kolejnych dniach czekania (i tak dalej) po kolejnych dniach czekania na spotkanie się wreszcie z osobą, na której ponownym poznaniu mi zależy. To taka osobista nieskończoność w skali jednego, małego człowieka.

Na szczęście jemu też zależy na spotkaniu ze mną i bardzo wiele rozmawiamy przez telefon. O wiele za dużo, jak na osoby, które by tylko gadały. Czuć tutaj tęsknotę i bliskość, a nie jedynie rozmowę. Zresztą on często dzwoni (bo ma bezpłatne minuty) aby tylko być na linii. Każdy z nas robi swoje i co jakiś czas zamieniamy ze sobą słowa. Ostatnio zasnął przy słuchawce telefonu, a ja będąc akurat w grze nie wyłączałem rozmowy. Zastanawiałem się, jak długo ona potrwa. W pewnym momencie prawdopodobnie jego telefon się rozładował i "rozmowa" zakończyła się na 3 godzinach i 42 minutach. To oczywiście rekord długości rozmowy jaką przeprowadziłem, choć trudno było mówić o rozmowie, a raczej o spokojnym rozładowywaniu telefonu poprzez połączenie.

Samo czekanie na spotkanie się z nim nie jest jednak niczym godnym opisywania, poza tym że jest na dłuższą metę wyczerpujące ze względów emocjonalnych. Ciekawe są rozmaite wydarzenia, które sprawiają, że mój były nie ma jak do mnie przyjechać. A to nie ma chwilowo pieniędzy, a to przewrócił się gdzieś na schodach i musiał pójść do szpitala, żeby sprawdzić, czy sobie czegoś nie potłukł. Ja zastanawiam się tylko nad jednym - czy Pan Bóg chce opóźnić nasze spotkanie po to, żeby pokazać mi kogoś innego do poznania, czy też po prostu droczy się ze mną. W przypadku Jego praktyki co do mojej osoby jest to często spotykane - w wielkich sprawach mnie faworyzuje, w małych, dla równowagi, wtyka mi szpilki

Tak dla równowagi, aby woda sodowa nie uderzyła mi do głowy :-)

piątek, 24 marca 2017

Puls serca

Bynajmniej nie chodzi mi o serce jako organ. Chodzi o serce jako element jest zakochania się - ale pośrednio. Mam na myśli serce jako coś nieco innego - znaczek lub ikonkę. W systemie Unicode mamy wiele różnego rodzaju serduszek jako znaki, które da się wstawiać do tekstu. Podobnie jest w systemie Android - mam tam dwa serduszka w znakach specjalnych. Jedno mniejsze i chudsze wypełnione, a drugie troszkę większe i szersze - jako sam kontur pusty w środku. I ta druga wersja, jako bardziej pełna i zarazem dyskretna, jest przeze mnie wykorzystywana.

Serduszko to wpisuję do kontaktu w telefonie dotyczącego osoby, którą kocham i z którą jestem w związku. Oczywiście nietrudno się domyślić, że tylko jedna osoba at a time może mieć to oznaczenie. I w pewnym momencie zacząłem to serduszko zapisywać w telefonie przy kontakcie mojego byłego chłopaka, z którym komunikuję się tak intensywnie ostatnimi czasy. W tym wypadku oznaczało ono nie tyle bycie w związku, co raczej otwarcie na to. Jednak w czasie komunikacji z nim już kilka razy wyrzucałem to serduszko z kontaktu i wstawiałem ponownie - stąd ten zabawny puls serca
 
Po prostu w czasie poznawania mojego byłego chłopaka miałem lepsze i gorsze chwile. Czasem wydawało się, że nic z tego nie będzie i wtedy serduszko usuwałem. Potem wszystko wracało do normy i dodawałem. Na dodatek mój były chłopak ma niezłe właściwości aktorskie i czasem potrafi żartem powiedzieć coś, co ja biorę na poważnie - i to sprawia, że odbieram mu serduszko, a potem okazuje się to fejkiem i wkurzam się na fejka.  Mam więc taki Up and Down w trakcie poznawania. W końcu doszedłem do wniosku, żeby serduszko wstawić i zostawić, bo ładnie wygląda kontakt z nim, ale decyzję w sprawie jego ostatecznego przyznania i tak potwierdzić musi spotkanie w realu. Zresztą innej drogi nie ma. Tylko real weryfikuje to, co się czuje do danej osoby.

A na dziś przynajmniej ubawiłem się własnym niezdecydowaniem :-)

sobota, 18 marca 2017

Piękna wrażliwość

Wczoraj pisałem o pięknym kneblu i Wojciechu Młynarskim, który niestety odszedł od nas w ostatnich dniach. Dziś chciałbym coś w tym zakresie dodać prywatnego. Otóż rozmawiałem z moim byłym chłopakiem, który w czasie gdy 13 lat temu poznawaliśmy się nie był na pewno osobą zbyt zorientowaną w kulturze i być może w ogóle nie miał wtedy pojęcia, kim był Wojciech Młynarski. W każdym razie tak można byłoby przypuszczać. Jakież było moje pozytywne i szokujące zdziwienie, gdy on sam powiedział mi o jego śmierci.

Oczywiście dzisiaj jest już dorosłym człowiekiem i nie przypomina tego dwudziestolatka, z którym poznawałem się trzynaście lat temu. Jednak okazuje się, że jego życiowa dojrzałość i kultura znacząco wzrosły - szokująco pozytywnie. Spodziewałem się, że skoro wtedy był takim lekkoduchem, który niespecjalnie interesował się czymkolwiek naokoło i nie miał wielkiego pociągu do wiedzy wszelakiej, to może będzie taki nadal. A tymczasem wyrósł na faceta, z którym można pogadać na wiele tematów i to jest bardzo pozytywne.

Jednocześnie zachował swoją wariacką młodość w wielu sprawach i kiedy z nim się rozmawia nie czuć, że jest facetem w wieku w miarę poważnym. Tak jak ja nie dał się zawiązać tak zwanym wirtualnym krawatem. Tak jak ja potrafi być młodzieńczy, wesoły, radosny, spontaniczny i świeży - nie jest zasuszoną mumią korporacyjnej poprawności. Jak tak dalej pójdzie, to się w nim ponownie zakocham - i całkiem możliwe, że z wzajemnością.

Ale od takiego przybytku głowa na pewno nie zaboli ;-)

czwartek, 16 marca 2017

Kłody

Nie od dziś wiadomo, że w czasie poznawania osób często życie jest przeciwne i rzuca przysłowiowe kłody pod nogi. Tak mi zdarzyło się również w ciągu ostatnich kilku tygodni, gdy zacząłem od nowa poznawać chłopaka, z którym już byłem kilkanaście lat temu. Znamy się więc (z przerwami) od bardzo długiego czasu. Kiedy się pierwszy raz poznawaliśmy, byliśmy jeszcze życiowo niedojrzali (relatywnie do naszej obecnej sytuacji). Teraz jesteśmy już innymi ludźmi i dlatego tak bardzo chcemy się poznać na nowo. Ostatnio chcieliśmy się znowu spotkać, ale bez przerwy to nasze spotkanie trzeba było odkładać. 

Najpierw on zachorował, potem nie miał pieniędzy na przyjazd, a ściślej nie tyle na przyjazd, co na pobyt u mnie, bo mieszka tak naprawdę kilkadziesiąt kilometrów ode mnie, po drugiej stronie Warszawy. A ostatnio, kiedy już było prawie pewne że przyjedzie, trafiła mu się bardzo przykra sytuacja rodzinna. Z jednej strony takie nagromadzenie kłopotów może irytować - ja jednak odbieram to jako test wykonany przez Kogoś na Górze, sprawdzającego naszą determinację poznania się i cierpliwość. A ta cierpliwość popłaca - jestem o tym głęboko przekonany. Im bardziej ćwiczymy naszą cierpliwość i determinację, tym większa będzie radość, gdy w końcu zobaczymy się na żywo.

Jest także inny, bardzo ważny element tej szkoły cierpliwości i pozytywnego wpływu na życie. Z każdym dniem coraz bardziej odczuwamy do siebie to, co chcielibyśmy odczuć i coraz bardziej czujemy, jak bardzo zależy nam na poznaniu się i docelowo byciu razem. Innymi słowy, miłość która została kiedyś wygaszona przez zewnętrzne okoliczności i zdarzenia potencjalnie powstaje i rozpala się na nowo. A to oznacza, że gdy w końcu się zobaczymy (a prędzej czy później to nastąpi) - to będziemy już inaczej do siebie nastawieni i nie będzie to takie zwykłe spotkanie, ale być może zaręczyny do nowego życia.

O seksie już nawet nie wspominam, bo z tym chłopakiem zawsze był on zajebisty ;-)

poniedziałek, 6 lutego 2017

Nabożny anal

Każdy, kto nawet bardzo krótko spędza czas na gejowskich czatach, szybko dowiaduje się, że role w analu, które tam określa się skrótowo A lub P (aktywny, pasywny) są dla większości rozmówców wielkimi i znaczącymi cechami człowieczeństwa. Jeśli zatem ktoś kontestuje nabożny stosunek do ról w analu, staje się straszliwym heretykiem, a od heretyka do heteryka krótka droga ;-) Niedawno miałem również podobne zdarzenie na czacie, gdy zapukał do mnie chłopak szukający, tak samo jak ja, na dłużej. Gdy jednak zapytał, czy szukam chłopaka A, czy P, ale ja mu napisałem, że nie gra to roli - zamknął rozmowę.

A ja ciągle uparcie będę uważał, że rola w analu praktycznie nie gra roli w samym związku, ponieważ ona jest tylko wycinkiem seksu, a seks jest tylko wycinkiem życiu. Anal można dosztukować na różny sposób. Można wdrożyć się w do tej pory nie praktykowaną rolę, jeśli motywuje do tego uczucie do partnera. Można stosować różnego rodzaju analne zabawki erotyczne. Można nawet znaleźć jakiegoś zaufanego przyjaciela do analu dla pary. Nie wahałbym się nawet przed takim rozwiązaniem, jeśli wiedziałbym, że poza tym mam idealnie dobranego chłopaka pod każdym innym względem. Życie razem to bowiem bardzo wiele aspektów, a nie jedynie - za przeproszeniem - rżnięcie chujem dupy.

Skąd więc taka nabożna celebracja ról w analu, a również długości penisa, które większość ludzi na czacie tak usilnie mierzy? Po prostu język czata jest idealnie skrojony do szybkich ustawek na seks. Jeżeli szukamy jednorazowej, szybkiej przygody, to długość penisa i rola w analu oczywiście może mieć najważniejsze znaczenie. Bo trzeba wiedzieć kto i czym kogo zerżnie. Jeśli jednak szukamy relacji bardzo długiej, w której liczy się bardzo wiele aspektów człowieczeństwa, to rola w analu czy długość penisa są po prostu marginalne. Taki czat, jakie oczekiwania większości jego rozmówców. Oczekują od wszystkich seksu, nie zaś jakiejkolwiek uczuciowej relacji, a to odbija się również na języku, z którego korzystają.  Jest to na swój sposób zabawne i na swój sposób tragiczne, ale trzeba się do tego przyzwyczaić.

Na czacie po prostu głębsze myślenie przechodzi w rolę pasywną ;-)