Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cywilizacyjne i społeczne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cywilizacyjne i społeczne. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 24 grudnia 2017

Wigilijna zgoda

Wigilijna zgoda oczywiście to coś bardzo przydatnego w naszym kraju, w którym z różnych powodów istnieje - jak to mówią - podział plemienny. Ciężko jest dojść do zgody nawet przy wigilijnym stole, dlatego tygodnik Polityka przygotował poradnik unikania kłótni. Mnie akurat kłótnie nie będą groziły, bo spędzać będę święta samotnie, a poza tym nie jestem osobą zbyt kłótliwą. Jednak dzisiaj chciałbym napisać o czymś zupełnie innym, co tylko samym tytułem nawiązuje do Wigilii, a tak naprawdę jest znakiem naszych czasów. Złych czasów, które mają miejsce w niektórych krajach.

Oto w Szwecji - w owej super postępowej Szwecji, w której tak wiele postępu się dokonuje, że nigdy go za mało - wprowadzono zasadę pozwolenia na seks, nawet dla małżeństw. Innymi słowy przed każdym uprawianiem seksu trzeba uzyskać pozwolenie drugiej strony, co najmniej ustne, najlepiej na piśmie, aby nie było wątpliwości. Zatem na seks musi być zgoda. No cóż Szwecja pod tym względem z pewnością jest krajem znającym się na rzeczy, bo z tego co pamięć mi podpowiada, to właśnie w Szwecji wprowadzono seksualną wolność. A teraz wprowadzają seksualną reglamentację.

Powstaje jednak pytanie, czy tego rodzaju zgoda będzie czytelna w stosunku do pragnącego zgwałcić kogokolwiek imigranta. W absolutnej większości przypadków imigranta, który oczywiście po szwedzku nie rozumie. Rzecz jasna imigranci coś tam po angielsku zapewne potrafią powiedzieć i słowo "no" prawdopodobnie dla każdego z nich będzie zrozumiałe. Tylko czy którykolwiek z nich będzie się tym przejmował? A czy do tej pory przejmowali się prawem państw, w których funkcjonują i których prawo bardzo często łamią? Nie przejmują się, traktując te państwa jak konkwistadorzy. Trudno więc, żeby przejmowali się kolejnym szwedzkim przepisem. A my w Polsce cieszymy się z tego, że nawet w dziedzinie erotyki mamy jeszcze wolność.

I właśnie wolności i samodzielności nam wszystkim w Wigilię życzę :-)

wtorek, 21 listopada 2017

Homo Hochberg

Tak jak można być zabawnie powiedzieć "uwaga, Marsjanie atakują", tak można powiedzieć "uwaga aktywistki LGBT zwiedzają". Bo niestety tak się skończyło zwiedzanie zamku Książ w Wałbrzychu przez dwie działaczki LGBT - wybrały się tam bowiem Yga Kostrzewa oraz Anna Zawadzka. I co im nie pasowało? Otóż to, że o losach Aleksandra Hochberga (Lexela), syna Księcia Jana Henryka XV i księżnej Daisy, prowadząca grupę pani przewodnik powiedziała, że "zmarł bezpotomnie, do końca życia żył ze swoim przyjacielem". Tymczasem panie aktywistki złożyły zapytanie o taką narrację historyczną w wykonaniu pani przewodnik (jak to pięknie ujął portal Queer.pl - przewodniczki).

Chodziło o to, że powszechnie było wiadomo o homoseksualizmie Aleksandra Hochberga. Była to nie tylko tajemnica poliszynela, ale również kwestia pojawiająca się w czasie kilku rozpraw sądowych, które się przeciwko niemu toczyły. Tymczasem panie LGBT przyczepiły się do tego, że "przewodniczka" miała zadeklarować, że nie pozwala się jej mówić o homoseksualizmie dziedzica Hochbergów. Zrobiła się więc wielka afera Hochberga - w sumie to nawet całkiem logiczne, biorąc pod uwagę, że po polsku Hochberg znaczy Wysoka Góra. Oczywiście, odpowiednie władze odpowiedziały, że nie narzucają przewodnikom sposobu opowiadania historii, a  orientacja seksualna Aleksandra nie miała wpływu na wielowiekową historię zamku Książ i dlatego nie jest przesadnie eksponowana.

Mnie jednak zadziwiło w tym coś innego. Skłonność do przesadnego dopatrywania się różnych form prześladowania lub też niezauważania orientacji homoseksualnej u osób, a szczególnie działaczy i działaczek LGBT. Swego czasu głośna była sprawa pewnego angielskiego pensjonatu, w którym para homoseksualna nie mogła otrzymać apartamentu dla nowożeńców. Właściciele tłumaczyli, że dla nich udostępnienie takiego apartamentu jest jedynie do pomyślenia dla małżeństw tradycyjnych. Oczywiście gejowscy klienci wytoczyli im o to proces. Nie sądzę, żeby ktokolwiek był wielkim przyjacielem osób LGBT jeśli będą one kojarzone wyłącznie z taką procesową arogancją. Warto bowiem pamiętać o tym że żyjemy wszyscy społeczeństwie i powinniśmy zachować rozsądny umiar wobec, czasem odmiennej, wrażliwości innych osób.

Najgorzej zaś dla LGBT stanie się, gdy będziemy kojarzeni z awanturnictwem.

poniedziałek, 20 listopada 2017

Na huj lotnictwo!

Niedawno czytałem artykuł podsumowujący dokonania Ministerstwa Obrony Narodowej w Polsce w zakresie unowocześniania naszej armii. Podsumowano tam również najważniejsze kontrakty zawarte do tej pory na rozbudowę polskiego potencjału obronnego. Akurat w zakresie lotniczym jesteśmy już stosunkowo dobrze wyposażeni, po zakupieniu swego czasu F-16. Dlatego też tytuł dzisiejszego posta można odbierać prowokacyjnie. Jednak należy go rozumieć całkiem dosłownie, a sprawa dotyczy nie Polski, lecz Stanów Zjednoczonych.

Oto bowiem nad niebem stanu Waszyngton mieszkańcy podziwiać mogli rysunek penisa. Dokładnie penisa z jajami, a został on wykonany zapewne przez Boeinga EA-18G Growler operującego z bazy Whidbey Island. Oczywiście nie na co dzień można spotkać się z obrazem penisa na niebie. Nie jest to, rzecz jasna, najbardziej spektakularny obraz narysowany przy pomocy samolotu. Kilka miesięcy temu głośno było o tym, gdy pilot Boeinga 787 Dreamliner wykonując lot testowy na terenie Stanów Zjednoczonych narysował po prostu sylwetkę samolotu. Tyle, że wtedy rysunek samolotu pokrywał całe terytorium USA, więc nie było możliwe z żadnego miejsca zauważenia go w całości.

Tutaj zaś mamy przykład chuja na widoku. Penis zdecydowanie łatwy do zobaczenia na niebie, do tego jeszcze prawie bezchmurnym. I określenie "na chuj lotnictwo" jest jak najbardziej adekwatne. Oczywiście, od razu wypowiadał się nadzorujący operacje lotnictwa adm. Mike Shoemaker i w piękny sposób mówił o tym, że wszyscy oczekują od lotników odpowiedniej dojrzałości. W tym sztywnym, pełnym godności i pompy świecie trudno jest znaleźć miejsce na akrobacje lotnicze, których efektem jest stworzenie podniebnego penisa. Z drugiej strony dziwi brak reakcji lewactwa. Przecież penis pokazany na niebie to coś mega postępowego.

Bo do tej pory niebo było wyłącznie tylko dla Boga i aniołów, prawda?

środa, 15 listopada 2017

Mobilna inwigilacja

Nowinki techniczne bywają wspaniałe lub też potencjalnie groźnie. Ciekawostka, o której przeczytałem niedawno na Spidersweb (i być może bardziej interesująca od tego, co również wyczytałem na tym portalu, że stosunkowo łatwo można złamać face ID w iPhone X, jeśli jest się dzieckiem lub też rodzeństwem właściciela telefonu) jest jednak stosunkowo groźna, choć na szczęście chyba nie jeszcze dla przeciętnego człowieka. Okazuje się bowiem, że za bardzo skromną kwotę 3600 zł możemy być stosunkowo dokładnie szpiegowani. O ile więc możemy być szpiegowani, o tyle przeciętni ludzie raczej nie mają się czego obawiać, bo kto wydawałoby taką kasę na to, aby właśnie ich śledzić?

Zagrożone więc będą jedynie te osoby, które w przekonaniu kogoś faktycznie zasługują na to, aby śledzić ich działania. W jakim zakresie to szpiegostwo może się odbywać i jakie informacje o nas można pozyskać? Można się zorientować w tym, gdzie się w danym momencie znajdujemy (w przeciągu około 10 minut od przybycia naszego do danego miejsca), a zatem także w tym, jakie są nasze zwyczaje i pory opuszczania domu. Można się również dowiedzieć tego, jakich aplikacji używamy na naszym smartfonie. W jaki sposób to się odbywa? Poprzez wykupienie kampanii reklamowej targetowanej ściśle do jednego konkretnego użytkownika. Co równie ważne, w tej sytuacji, my sami nie musimy wcale klikać na serwowane nam reklamy. Wystarczy, że te reklamy będą skierowane ściśle do nas.

Od dawna wiadomo, że za pomocą telefonów komórkowych (podobnie jak komputerów) możemy być w różny sposób inwigilowani. Nie mówię tutaj o skrajnych przypadkach, gdyby mikrofon lub kamera telefonu były wykorzystywane do podglądania nas (z takiego powodu Mark Zuckerberg ma w swoim laptopie na wszelki wypadek zaklejoną kamerkę i mikrofon). W tym przypadku mówimy o lokalizacji i o rozpoznawaniu pośrednio naszych zwyczajów. Dla prywatnego detektywa lub też planującego okradzenie nas złodzieja wiedza na temat tego może jednak być bezcenna. Jak sobie z tym zagrożeniem poradzić? Wydaje mi się, że znalazłem na to prostą metodę, którą stosuje sam od dawna, oczywiście z zupełnie innych powodów. Po prostu telefon mam ustawiony w ten sposób, że kiedy jestem poza domem, to nie korzystam z internetu - nie ściągam i nie wysyłam danych. Robię tak rzecz jasna z oszczędności finansowej. Biorąc jednak pod uwagę to, że wiadomo, jak wiele osób jest połączonych nierozerwalnie z internetem także mobilnie, nie sądzę, żeby pomysł ten znalazł wśród takich ludzi zbyt wielu naśladowców.

No, chyba że przekonamy się, że byliśmy śledzeni - nawet Polak jest wtedy mądry po szkodzie.

wtorek, 14 listopada 2017

Zrobieni w balonika

W listopadzie 2015 roku, czyli 2 lata temu, doszło do tragicznych zamachów we Francji, w wyniku których zginęło 130 osób. Niektórzy powiedzieliby, że to nie zamachy, ale incydenty. No, ale z taką interpretacją już zdążyliśmy się oswoić. W każdym razie Francuzi dzielnie bronili się przed zamachowcami podświetlając różne obiekty w barwach narodowych, zmieniając odpowiednio zdjęcia profilowe na Facebooku i dzielnie rysując kredą po ulicach. I to chyba wtedy europoseł Michał Boni zapowiedział wprowadzenie ostrej dyrektywy antyterrorystycznej. Chyba ta dyrektywa zadziałała, bo terroryści do tej pory nie potrafili osiągnąć takiej liczby ofiar. W tym roku w specyficzny sposób Francuzi postanowili uczcić ich pamięć - oczywiście ofiar, nie terrorystów.

Na marszu pamięci, a jakżeby - przecież w Europie same marsze pamięci się odbywają, uwagę przyciągają przepiękne baloniki, kolorowe baloniki, radosne baloniki, chodź kojarzą mi się z nieco smutną opowieścią z "Kubusia Puchatka", w której to Prosiaczek miał dać urodzinowym prezencie balonik dla Kłapouchego, ale balonik pękł. Na co Prosiaczek powiedział: "ja go pękłem". Tym razem baloniki raczej nie pękały, ale tak jest, skoro nie trzymały ich w rękach Prosiaczki lecz dzielni Francuzi, którzy dali się zamiast rysowanie kredą po ulicach, zrobić w balona. I to całkiem dosłownie. Oczywiście, piękna pamięć, marsze, baloniki kredki dalej będą działały broniąc Europy przed terroryzmem. Podobnie ostra dyrektywa antyterrorystyczna Michała Boniego. Brakuje jeszcze tylko, za przeproszeniem, ostrej sraczki, którą Europa mogłaby terrorystów zniechęcić.

Widziałem kiedyś mema graficznego, który przedstawia mur nie do sforsowania dla muzułmanów. Na szczycie tego muru były świńskie łby. Jak wiadomo muzułmanie nie jedzą wieprzowiny i uważają świnie za zwierzęta nieczyste. Faktycznie można sądzić, że tego rodzaju mój miałby większą szansę powodzenia niż inne formy ochrony. Problem tylko taki, że świńskie łby trzeba dość często wymieniać, a nie ma w Europie takiego pogłowia świń, aby zaspokoić te potrzeby. Oczywiście nie liczę tu świń w różnych europejskich instytucjach. Europa, jak widać schodzi na psy i nie wstała z kolan, o co apelowała do niej polska premier, ale najwyraźniej woli klęczeć i robić laskę islamistom. A ci z pewnością mają potrzeby erotyczne, co pięknie niedawno pokazał imigrant gwałcący kucyka na oczach dzieci w berlińskim parku.

Dobrze, że Polacy w sprawie imigracji dmuchają na zimne niż w balona.

poniedziałek, 13 listopada 2017

Polak mały

A to się doigrały lewackie media w Polsce i w Europie. Jaka to dla nich wspaniała propagandowa gratka! Kretyńska, bo tak to trzeba wprost nazwać, wypowiedź rzecznika prasowego Młodzieży Wszechpolskiej w sprawie separatyzmu rasowego jest oczywiście dyskwalifikująca, przynajmniej dla mnie i dla wszystkich normalnych ludzi. I dlatego pana tego zdegradowano w jego własnym ruchu. Taki, w złym tego słowa znaczeniu, Polak mały wyszedł z niego. Zresztą od separatyzmu rasowego wydaje mi się bardzo niedaleka droga do separacji vel segregacji rasowej. A tę ostatnią znaliśmy na przykład pod nazwą apartheidu w RPA. Zresztą po co sięgać tak daleko, u nas też były swego czasu specjalne miejsca "Nur Für Deutsche". Nie będę przypominał, z jakiej to okazji się one pojawiły, ale dla każdego, kto choćby liznął historii Polski, jest to oczywiste.

Co tymczasem w tej sprawie mówią autorytety polskiego nacjonalizmu - a więc przedwojenni działacze tworzący zręby nacjonalizmu, do których tak chętnie odwołuje się Młodzież Wszechpolska? Wincenty Lutosławski przyjaciel Romana Dmowskiego powiedział wprost: "Do polskiego narodu należą spolszczeni Niemcy, Tatarzy, Ormianie, Cyganie, Żydzi, jeśli żyją dla wspólnego ideału Polski (...) Murzyn lub czerwonoskóry może zostać prawdziwym Polakiem, jeśli przejmie dziedzictwo duchowe polskiego narodu (...) i jeśli ma niezłomną wolę przyczyniania się do rozwoju bytu narodowego Polaków.". Warto także przy okazji przypomnieć o tym, co powiedział już za czasów komunizmu (1947) Adam Doboszyński: "Polska czekać musiała tysiąc lat na pojawienie się hasła, że Rzeczpospolita zamieszkała być powinna tylko i wyłącznie przez Polaków. Hasło to wysunęła i urzeczywistniła u nas dopiero agentura sowiecka, nie znajdziemy go u żadnego z polskich myślicieli.". Pamiętajmy szczególnie o tej ostatniej wypowiedzi, bo pierwsza dla każdego cywilizowanego człowieka jest oczywista.

Nie ma takiego czegoś, jak bycie Polakiem jedynie z urodzenia. Można się urodzić w Polsce, mówić po polsku, mieć polskie obywatelstwo, ale bynajmniej nie czuć się Polakiem i nie działać w interesie Polski - widzimy to niestety u części klasy politycznej, czyli u tak zwanej totalnej opozycji. Są rzeczywiście w totalnej opozycji ale nie tylko do PiS, lecz również do własnego kraju, do Polski, którą resztą wielu z nich nazywa "tym krajem". Widać to w ich działaniach leżących w interesie takiej lub innej zagranicy - ale nie Polski. Można się też nie urodzić w Polsce lub mieć inny kolor skóry, lub inne wyznanie niż dominujący w Polsce katolicyzm, a jednak być wspaniałym polskim patriotą. Bo patriotyzm i przynależność do narodu posiada się w sercu. Czy ktoś wątpi w to, że żydowski pianista Artur Rubinstein, który zbulwersowany brakiem polskiej flagi na uroczystości podpisania Karty Narodów Zjednoczonych w San Francisco zagrał polski hymn narodowy, nie był prawdziwym Polakiem i prawdziwym polskim patriotą?

Był i to w najpiękniejszym tego słowa znaczeniu - bo udowodnił swój patriotyzm prawdziwie wielkim patriotycznym czynem na oczach całego świata.

PS Genialny komentarz do tego co się wydarzyło ze strony Forum Żydów Polskich - w pełni popieram ten punkt widzenia.

niedziela, 12 listopada 2017

WC wara

Wojciecha Cejrowskiego bardzo szanuje jako podróżnika i genialnego antropologia kultury. Potrafi on wspaniale opowiadać o innych kulturach i cywilizacjach. Nawet podobają mi się tego drobne smaczki, czyli wkręty antyunijne, które opowiadając o różnych obcych kulturach nie mieszka dodać. Komentując serwowanie jakiegoś pysznego ulicznego jedzenia w Ameryce Południowej oczywiście zawsze zaznaczy, że europejski Sanepid nigdy takiego jedzenie nie dopuścił. Faktycznie w Europie niektóre przepisy są po prostu zbyt restrykcyjne. Ale nie o serwowaniu jedzenia chciałbym dzisiaj napisać, lecz o serwowaniu niepodległości.

Polityczne wypowiedzi Wojciecha Cejrowskiego nieraz są kontrowersyjne. Tym razem napisał coś o Marszu Niepodległości. Generalnie można to podsumować jednym zdaniem - Marsz Niepodległości jest jak "wara" powiedziane psu. Zaciekawiło mnie to, więc zajrzałem do omawiającego to artykułu, aby sprawdzić, jak uzasadnił to zdanie. Otóż Wojciech Cejrowski uważa że Polska dzisiaj jest pod zaborami, chociaż są to zabory nieujawnione i nieoficjalne. Po czym wyjaśnił, kogo ma na myśli jako zaborców - Unia Europejska która nastaje na nas, Niemcy, które chcą żebyśmy grali tak jak oni, Rosja, która uważa, że jesteśmy w jej strefie wpływów, a wreszcie Państwo Islamskie, które wszędzie chce się rozpanoszyć. Pomyślałem sobie i stwierdziłem, że niestety trudno mu nie przyznać racji.

Tak jak dawniej wojna była wojna rzeczywistą, widziało się żołnierzy wroga i do nich strzelało, dzisiaj często jest wojną hybrydową - w której nie widzi się przeciwnika i nie wiadomo dokładnie, do kogo strzela. Nie mówiąc już o wojnie z terrorystami, która działa na podobnej zasadzie. Dawne jawne zabory są dzisiaj zaborami zakamuflowanymi. Dawne jawne kolonie są dzisiaj koloniami, które pozornie wydają się być państwami niezależnymi, a tak naprawdę są skolonizowane, rabowanie, eksploatowane i traktowane po macoszemu. Skąd my to znamy? No właśnie, z naszego kraju. To nam Niemcy sprzedają żywność i proszki do prania gorszej kategorii. To dla nas istnieją te gorsze podwójne standardy Unii Europejskiej. To my traktowani byliśmy jako bantustan, dopóki nie udowodniliśmy przez ostatnie dwa lata, że mamy własne zdanie. I że potrafimy o nie walczyć.

Faktycznie, ciągle musimy walczyć o naszą niepodległość - ale na szczęście obecnie walczymy własną pracą i budową gospodarki, a nie strzelaniem.

sobota, 11 listopada 2017

Rekolekcje na Dień Niepodległości

Mamy dzisiaj Święto Niepodległości, co niestrudzenie przypomniane zostało mi przez Google doodle. Przypomniałem sobie więc tak że coś, o czym niedawno czytałem, że według co niektórych lewicowych mediów dzisiejszy Marsz Niepodległości jest świętem faszystów. Postanowiłem więc sprawdzić, jak to jest w Nowym Postępowym Świecie. I oto na jaki ciekawy tekst natrafiłem. Z pewnością w środowisku gejowskim popularny producentem smartfonów jest Apple. No w końcu mówi się popularnie o iPhone że to gejPhone. Tradycja zobowiązuje. Tym bardziej za ciekawy artykuł na Spidersweb poświęcony tym, którzy produkty Apple promują.

Pytanie postawione w artykule prowokacyjne - ilu białych mężczyzn znajduje się na witrynie Apple? Okazuje się, że tak naprawdę na zdjęciach produktów Apple nie ma praktycznie ani jednego białego mężczyzny. Są co najwyżej białe kobiety, poza tym cały mix ras, które tylko można sobie wyobrazić. Jedyny biały mężczyzna, którego w trakcie przeglądania strony zauważono (pomijając oczywiście podstrony o charakterze technicznym i serwisowym, na których raczej nie spodziewamy się w ogóle jakichkolwiek postaci) to mężczyzna pokazany przy okazji zdjęcia iPada Mini 4. Jest on tam ukazany do pary z białą kobietą na pamiątkowym zimowym górskim zdjęciu.

Tak naprawdę, jak zauważa autor artykułu, najwięcej białych mężczyzn na witrynie Apple znajdziemy na stronie zarządu tej firmy. Tam są akurat prawie sami biali mężczyźni. Natomiast na stronach produktowych znajdziemy raczej mix kolorów - dosłownie i w przenośni - do wyboru, do koloru. Apple jako firma chce być bardziej święta od papieża i chcę być firmą otwartą na nowoczesną multi-kulturalną, multi-genderową i multi-jaką-taką rzeczywistość. Jedynie zarząd Apple jest konserwatywny rasowo - prawie sami biali faceci. Zabawne, ale można to odebrać jako pewnego rodzaju hipokryzję. Na szczęście Polska jest krajem, w którym nikt nie oczekuje, że biznesmeni, politycy lub aktorzy w naszym kraju muszą mieć taki lub inny parytet koloru skóry.

I myślę, że to właśnie brak oczekiwań co do koloru skóry, jaki mamy w Polsce, jest normalnością.

wtorek, 7 listopada 2017

Trump w sosie własnym

Wyobraźcie sobie, że przybywacie na jakąś uroczystość, a ktoś podejmuje was jako honorowych gości i serwuje wam wino, które jest starsze od was samych. Jeśli macie kilkanaście lat, to takie wino jest stosunkowo łatwo dostępne. Jeśli macie lat kilkadziesiąt, to wino tego typu jest już bardziej cenne. Tymczasem prezydent Trump odwiedza Koreę Południową i zje tam obiad bynajmniej nie ze starym winem. Prezydent Trump otrzyma sos sojowy, który jest starszy od Stanów Zjednoczonych ma bowiem 360 lat. Wyprodukowano w roku 1657.

Nie jest to najstarszy sos sojowy, który sprzedawano. W 2012 roku sprzedano sos sojowy liczący sobie 450 lat za 90 tysięcy dolarów. Jak widać, przyprawy dalekowschodnie potrafią być faktycznie bardzo długowieczne. Któż by pomyślał o tym, aby w naszych warunkach zjeść choćby pięcioletni ketchup. Co prawda ja sam kiedyś zjadłem 13 letnią konserwę i nadal żyję, ale to był wyjątek. Wypiłem też raz około czterdziestoletni sok zrobiony przez moją babcię. Ale wciąż rozpaczliwie daleko mu do sosu sojowego.
 
Podzielę się jeszcze jedną ciekawostką, o której się niedawno dowiedziałem. Wszyscy kojarzymy miód. Mało kto go nie kojarzy. Wiemy jak wygląda i często go używamy. Ja ostatnio używam go codziennie robiąc sobie poranny drink z miodem i cytryną. Oczywiście miód ma jakiś termin przydatności do spożycia. Sprawdzałem - nadrukowany na słoiku. W sumie niepotrzebnie. Podobno miód ma nieskończony termin przydatności do spożycia, bo po prostu nigdy się nie psuje. Aż strach pomyśleć, co by było gdyby Zagłoba jego kompania nie pili tylu miodów pitnych. Dzisiaj w Polsce mielibyśmy miody pamiętające czasy potopu szwedzkiego.

Jeśli wydaje wam się, że stary miód jest do wyrzucenia - jesteście w błędzie.

sobota, 4 listopada 2017

Bezprzewodowe dojenie

Natrafiłem na bardzo ciekawy tekst na portalu Spidersweb, którego bardzo lubię przeglądać po to, aby dowiadywać się o nowinkach technologicznych albo na przykład czytać recenzje telefonów, które biorę pod uwagę jako potencjalne zakupy. I właśnie jeśli chodzi o telefony firmy Apple ten tekst był interesujący. Rzecz bowiem w tym, że koncern z Cupertino sprzedaje bezprzewodową ładowarkę za jedyne 999 zł. Ładowarka ta ma ładować wszystkie urządzenia Apple, co jest o tyle kuriozalne, że do tej pory Apple stosowało różne standardy bezprzewodowego ładowania telefonu, słuchawek lub Apple Watch. Ładowarka wygląda wspaniale w teorii, a jak to jest w praktyce?

To że Apple ma pomieszanie z poplątaniem w zakresie standardów ładowania telefonu, zegarka i słuchawek - nie jest oczywiście winą klientów. Apple zastosowało trzy różne standardy ładowania i wprowadzanie ładowarki, która może ładować jednocześnie te wszystkie urządzenia nie jest bynajmniej sukcesem marketingowym, ale raczej przyznaniem się do porażki. Bezczelnie przekuwa się to w "sukces i wygodę", za które chce się wyciągnąć 999 zł od fanów marki. Zresztą, tak nawiasem mówiąc, słuchawek nie da się naładować na tej ładowarce. Czy jest więc sens ją kupować za taką cenę? Zdaniem autora artykułu ze Spidersweb kompletnie nie ma to sensu, bo są dostępne tańsze i lepsze ładowarki firm trzecich. Ładowarka Apple jest przy tym rozpaczliwie powolna. Jest to tak naprawdę gadżet napompowany ceną po to, żeby fani marki mogli uważać się za lepszych ludzi kupując go.

Używałem komputerów Apple przez 10,5 roku, ale nie używałem nigdy iPhone. Owszem, byłem z tych komputerów zadowolony, chociaż zdawałem sobie sprawę także z ograniczeń, a czasem czułem je na własnej skórze. Kiedy mój ostatni wysłużony Mac umarł ze starości (kilka dni temu wchodziłem pierwszą rocznicę jego śmierci, o czym pisałem na blogu) przesiadłem się na Windows. Jakie wrażenie ma człowiek, który ponad 10 lat spędził na Mac OS przesiadając się na Windows 10? Przyzwyczajony do applowskiej elegancji jestem w kompletnym szoku oglądając interfejs Windowsa 10. Jest on po prostu fenomenalnie minimalistyczny i niesamowicie w tym minimalizmie i prostocie piękny. Aż dziw, że tak elegancki interfejs można stworzyć. W porównaniu do niego MasOS posiada interfejs, który ciągle ma zaszłości z ulubionego przez Steve Jobsa skeumorfizmu i nie wygląda tak nowocześnie. Nie wspomnę już o cenach sprzętu PC w porównaniu do sprzętu Apple. Nowego pecetowego notebooka kupiłem za jedną piątą lub jedną szóstą ceny, którą dałem kiedyś za swojego ostatniego Macintosha.

Jeśli jesteście posiadaczami sprzętu Apple, to zastanówcie się kupując kolejny model lub akcesoria, ile płacicie za rzeczywistą elektronikę, a ile za wygórowaną dumę tej firmy.

poniedziałek, 30 października 2017

Totalne wiatry i płomienie

Za oknami wiatr, osiągający według tego, co sprawdzałem w nocy na widżecie pogodowym w moim telefonie 35-40 kilometrów na godzinę w okolicach Warszawy, gdzie mieszkam. Słychać było jednak ten wiatr wyraźnie za oknami. Tymczasem wiatry polityczne również wieją w naszym kraju. A ostatnio opozycja totalna stara się rozdmuchiwać niczym huragan sprawę próby samospalenia (i niedawnej śmierci) owego nieszczęśnika, który postanowił zaprotestować przeciwko "pisowskiej dyktaturze". Salon III RP pieje z zachwytu, bo "kaczystowskiemu reżimowi" można przecież z góry przypisać tę śmierć. Zastanawiam się tylko, czy totalni opozycjoniści z okazji Wszystkich Świętych (a dla niektórych - Święta Zmarłych) choćby pomodlą się za duszę tego człowieka.

Nie mnie oceniać motywy tego nieszczęśnika, ponieważ czytając oczywiście o tym wydarzeniu,  rzecz jasna nie mam orientacji w prowadzonym zawsze w takim przypadku rutynowym postępowaniu śledczym. Wiadomo tylko, że człowiek ten leczył się psychiatrycznie, ale nie jestem skłonny twierdzić że to rozgrzesza nas z jakiegokolwiek zastanawiania się nad jego motywacjami. Zauważyłem jednak inną bardzo ciekawą rzecz. Otóż jeden z piszących o tej sprawie dziennikarzy zwrócił uwagę na to, jak wyglądał list pożegnalny, lub też manifest, który ten człowiek pozostawił. Dokument ten był napisany zdumiewająco poprawną polszczyzną, w sposób bardzo elegancki. Podobno osoby noszące się z zamiarem samobójstwa bardzo często piszą emocjonalnie, umieszczają bardzo wiele wykrzykników w tekście przelewając na papier emocje i obawy, które mają w swojej duszy.

Tymczasem - nie chciałbym być wścibski - ale być może ten manifest (w jakiś sposób) przypomina nienagannie wydrukowane plakaty, które ludzie trzymali w czasie manifestacji przeciw reformie sądów. W takiej sytuacji nasuwa się pytanie o to, czy być może ktoś nie wpływał na to, co ów nieszczęśnik przygotował jako swoją spuściznę. Proszę mi wybaczyć takie podejrzenia, ale niestety mieliśmy już przypadki astroturfingu w wykonaniu totalnej opozycji, a być może ten jest jego radykalną formą. Totalnym bardzo zależało na ofiarach śmiertelnych. Ostatnio pośrednio przyznał to profesor Jan Hartman. Nie udało im się z żałosnym pokazem pana Diduszko, a teraz w inny sposób dopięli swego. Ciekawą opinię o ich poczynaniach w tej (i nie tylko w tej) sprawie przedstawił dziś także Paweł Lisicki.

Oby w tym przypadku moje podejrzenia się nie sprawdziły, bo to oznaczałoby że totalna opozycja zaczyna zabijać.

piątek, 27 października 2017

Nie tańcz z trupem

Niedługo zbliża się Wszystkich Świętych, zwane w czasie komunii Świętem Zmarłych. Tak piękne określenie musiało być wymyślone przez kogoś z tamtejszej propagandy. Jest ono równie zgrabne, jak określenie "głosowanie", którego używano wtedy zamiast słowa "wybory". I w istocie lepiej oddawało istotę komunizmu - bo nie było czego wybierać, więc tylko oddawało się głos na z góry upatrzonego jedynie słusznego kandydata. Ponieważ więc niedługo zbliża się dzień, gdy będziemy odwiedzali cmentarze i pamiętali o naszych zmarłych (choć miejmy nadzieję, że przynajmniej niektórzy z nas pamiętają o nich także w inne dni), to chciałbym podzielić się ciekawą informacją, na którą natrafiłem.

Otóż okazuje się, że nie jest rzeczą wskazaną taniec ze zmarłymi. I to całkiem dosłowny taniec, polegający na wykopywaniu z grobów ich zwłok, tańczeniu z nimi, trzymaniu w domu, a potem ponownemu pochowaniu. Tego typu zwyczaj funkcjonuje na Madagaskarze. Taniec ze zmarłymi należy do tamtejszej tradycji. Oczywiście zwłoki przodków wykopywane z ziemi zawijane są w świeże całuny, ale następnie są odprowadzane po okolicy, w której żyli, po to, aby zobaczyli jak się zmieniła. Zwłoki przodków są również umieszczane w czasie odbywających się wtedy uczt i w nich "uczestniczą". Po tym ziemskim tournée zwłoki przodków trafiają z powrotem do grobu, w którym mogą oddać się swojemu ulubionemu zajęciu, czyli wiecznemu odpoczynkowi.

Problem w tym wszystkim jest jednak taki, że mają przeciwko temu zastrzeżenia epidemiolodzy z Ministerstwa Zdrowia na Madagaskarze. Niestety bowiem wiele osób na tej wyspie umarło swego czasu na dżumę, jeśli więc przodek wykopany z grobu chorował na dżumę, to warto pamiętać o tym, że stykając się (nawet przez nowo założony całun) z jego z jego szczątkami możemy zarazić się tą chorobą. Nie jest to chyba dziedzictwo, które chcielibyśmy  po naszym przodku otrzymać. Oczywiście siła tradycji jest bardzo wielka, ale w tym przypadku niekiedy może być ona dosłownie zabójcza. Niekiedy, bo oczywiście nie każdy z wykopywanych chorował na dżumę. Dlatego odwiedzając w czasie Wszystkich Świętych, lub też w okolicach tego święta w dogodnej dla nas porze, cmentarz i groby naszych zmarłych, cieszmy się z tego, że nie musimy ich wykopywać i biegać z ich trupami.

Wystarczy, że w Polsce biegamy z politycznymi trupami niektórych partii ;-)

środa, 25 października 2017

Zabójcza broń?

Na bardzo ciekawą statystykę natknąłem się niedawno i muszę stwierdzić, że dającą do myślenia. Statystyka przedstawia przyczyny śmierci Amerykanów w pierwszej połowie 2016 (do 15 czerwca) - więc jakby nie było, dotyczy bardzo rozwiniętego społeczeństwa. Potocznie niektórzy kojarzą Amerykanów nieomal z kowbojami, którzy ze względu na łatwość dostępu do broni ciągle się zabijają, czego bardzo jaskrawym przykładem była ostatnia masakra w Las Vegas. Doczekała się ona niestety swojej strony na Wikipedii. Niestety w tym sensie, że lepiej żeby do niej nie doszło. Lewacy powiedzą, że broń palna może zabić. Faktycznie, może wystrzelić. Podobnie jak nóż może ugodzić, cegła może spaść na głowę, zaś piorun uderzyć - na przykład w dupę.

Jak to jest więc z przyczynami śmierci owych kowbojskich Amerykanów? Statystyka jest zadziwiająca. Numerem jeden śmierci wśród Amerykanów jest aborcja (pół miliona przypadków). Następnie mamy dwa powody medyczne - atak serca i rak - w sumie dające o 10% więcej zgonów niż sama aborcja. Dalej są dwie rzeczy zdrowotne zależne od nas - tytoń i otyłość - około 300 tysięcy zgonów. Dalej jest już znacznie spokojniej - kolejne przyczyny śmierci powodują już znacznie mniejszą liczbę ofiar. Są wśród nich także kolejne powody medyczne - na przykład błędy w sztuce lekarskiej, cukrzyca, choroba Alzheimera i tym podobne.

A jak w tym kontekście wygląda liczba śmierci z powodu użycia broni? Morderstwa z użyciem broni to jedynie 5276 przypadków i znajdują się one na samym końcu tej tragicznej listy. Dla porównania alkohol zabiera w Ameryce 46 tysięcy ludzi, jazda po pijanemu 15 tysięcy, wypadki różnego rodzaju 62 tysiące, a nawet nadużycia związane z lekami w sumie powodują trzykrotnie więcej ofiar niż broń. Jaki z tego morał? Broń jest tylko narzędziem i bardzo rzadko zdarza się, że wystrzeli sama. Na ogół to człowiek jest najsłabszym ogniwem i to jego słabości powodują, że używa broni w niewłaściwy sposób. Warto oczywiście zastanowić się nad tym, ile osób zginęło z powodu niewłaściwego używania broni, ale sprawiedliwie byłoby równocześnie zastanowić się nad tym, ile osób uratowało życie z powodu tego, że posiadały broń, której albo użyły, albo chociażby odstraszyły nią napastnika.

Nie zdziwiłbym się, gdyby ten bilans był zdecydowanie pozytywny, co przemawiałoby za prawem do obywatelskiego posiadania broni.

niedziela, 22 października 2017

Folwark dziecięcy

Być może niektórzy z nas przeczytali znakomitą i niestety nawiązującą do tego co się dzieje we współczesnym świecie książkę George'a Orwella "Folwark zwierzęcy". Niektórzy pamiętają genialne powiedzenie z tej książki - wszystkie zwierzęta są sobie równe, ale niektóre są równiejsze. Tymczasem ja chciałbym dzisiaj napisać o czymś, co można nazwać folwarkiem dziecięcym. A to wszystko w nawiązaniu właśnie do "Folwarku zwierzęcego" Orwella, choć będzie to rozważanie na zupełnie inny temat, bynajmniej nie związany z zagrożeniami współczesnym totalitaryzmem. Są jednak także inne zagrożenia związane z edukacją dzieci - bo wiem, jak to się mówi, czym skorupka za młodu nasiąknie tym na starość trąci.

Odpowiednia edukacja moralna dzieci zapoznająca ich z tym, co powinno być uznany za dobre w świecie i tym, czego powinno się unikać, jest oczywiście ważna dla budowy ich kręgosłupa moralnego. W tym kontekście ciekawe są badania przeprowadzone przez kanadyjskich uczonych. Sprawdzali oni mianowicie to, w jaki sposób historyjki przekazywane dzieciom zapoznają ich z prawdami na temat etyki i nakłaniają do takich lub innych działań. Okazuje się, że historyjki, w których bohaterami są zwierzęta (a to jest właśnie poetyckie nawiązanie do "Folwarku zwierzęcego" Orwella) mniej przemawiają do wyobraźni dzieci niż historyjki, w których bohaterami są ludzie. Zatem antropomorfizowane zwierzęta, czyli zwierzęta działające tak jak ludzie i będące bohaterami wielu bajek, nie przebijają się tak mocno do dziecięcej wyobraźni, jak bajkowi ludzie.

Jeśli więc chcemy, aby nasze pociechy bardziej do serca brały sobie wszelkie moralne nauki, które płyną z bajek, lepiej będzie, jeśli przekażemy im bajki, w których bohaterami są ludzie, a z którymi nasze pociechy mogą się o wiele łatwiej utożsamiać, niż z gadającymi misiami, pieskami lub też innymi zwierzątkami. To bardzo ciekawe wnioski, które oczywiście nie powinny skreślać z lektury młodych ludzi, a zresztą nie tylko młodych, bo jest to lektura ponadczasowa, genialnego "Kubusia Puchatka" - ale powinny zachęcić nas do wybierania dla dzieci także historyjek, których bohaterami są ludzie, a które po prostu bardziej trafiają do dziecięcej wyobraźni.

A zatem żartobliwie można powiedzieć, że aby przekazywać dzieciom właściwą lekcję moralną, człowiek człowiekowi nie może być wilkiem ;-)

sobota, 21 października 2017

Nieustraszeni pogromcy

Jeśli wydaje nam się że nasza totalnie opozycyjna klasa polityczna to kompletnie durnie oderwanie od rzeczywistości, podobnie jak zresztą establishment Unii Europejskiej - a niestety obserwowanie postępowania jednych i drugich wydaje się potwierdzać te hipotezę - to zapewne wiemy też, że europejskie elity lub też nasza wielce szanowna totalna opozycja mają tak zwanych zwykłych ludzi w głębokim poważaniu. Kompletnie nie szanują ich i uważają za nieoświeconych maluczkich. Ciekawe, czy ci światli wizjonerzy odnaleźliby się w ciekawej rzeczywistości nieoświeconych maluczkich z Republiki Malawi.

To małe afrykańskie państwo graniczące z Mozambikiem i Zambią i Tanzanią. Słowo "małe" należy oczywiście rozumieć relatywnie do Afryki - Malawi posiada jedną trzecią powierzchni Polski. W tym pięknym afrykańskim kraju ostatnio jednak nie dzieje się najlepiej. Otóż mieszkańcy tego afrykańskiego państewka są święcie przekonani o istnieniu wampirów. Mało tego, są przekonani o tym, że ostatnio wampiry atakują ludzi i wysysają z nich krew. Jako że zbytnio nie krępuje ich rzeczywistość i unijne przepisy, mieszkańcy Malawi biorą sprawy w swoje ręce i po prostu zabijają ludzi podejrzanych o to, że są wampirami. Spotkało to na przykład młodego chłopaka chorego na padaczkę. Myśmy to w Europie przerabiali jeszcze około 100 lat temu, ale już wyrośliśmy z tego. Nie wyrośli jedynie producenci filmów, ale oni mają prawo ;-)

Oczywiście premier Malawi zapowiedział śledztwo w sprawie tych samosądów, ale wzburzony lud wie swoje lepiej - na władzę już padło podejrzenie o współpracy z wampirami. Może się dziać ciekawie. Jak się okazuje, w Malawi żądza krwi może być po obu stronach - ze strony mitycznych wampirów i ze strony (niestety realnych) pogromców wampirów. ONZ ewakuuje swoich pracowników z tego kraju może nie tyle w obawie o to że, są oni wampirami, ale o to, że w ramach samosądów ludzie mogą zabijać na ślepo. Zastanawiam się, gdzie odnajdą się przy tej okazji wszystkie europejskie organizacje broniące praw ludzkich, walczące z ciemnotą, nietolerancją i tym podobnymi zjawiskami. Prawdopodobnie nie kiwną palcem, bo przecież Afryka jest daleko.

A skoro Afryka jest daleko, to po co mieliby kiwać palcem, skoro żaden Soros im za to nie zapłaci?

piątek, 20 października 2017

Parada orgazmów

Jedną ze stron internetowych, które lubię czytać jest strona Ciekawostki Historyczne. Faktycznie są tam często podawane bardzo ciekawe rzeczy. Dzisiaj robiąc mój "przegląd prasy" w strumieniu obserwowanych przeze mnie stron internetowych i mediów na Facebooku natknąłem się na ciekawy artykuł na tym właśnie historycznym portalu. Można by go określić mianem parady orgazmów - zawiera bowiem 32 przedwojenne określenia na orgazm. Postanowiłem je tutaj po prostu zestawić, zamiast odsyłam do właściwego tekstu po ewentualne bardziej szczegółowe omówienia każdej z tych opcji. Odpowiedz lista przedwojennych określeń na orgazm:
  • Spuściłem się
  • Doszedłem do swego
  • Skończyłem swoje
  • Złapałem się
  • Przeszło mi
  • Dobrze się zrobił
  • Nie mogłem wytrzymać
  • Zeszło ze mnie
  • Lałem/Zlałem
  • Złapałam się z mężem
  • Równałam się z mężem
  • Chwyciło nas razem
  • Razem się złapaliśmy
  • Ckliwości się zabrały
  • Przyjemność od serca przyszła
  • Natura przyszła
I bardziej fachowo brzmiące określenia:
  • Szczytowanie błogosne
  • Oswobodzenie płciowe
  • Dojście do szczytu
  • Dobiegnięcie błogości
  • Strzykanie
  • Zachwytowanie
  • Całkowita błogość
  • Dobieg błogości
  • Koniec wzbierania błogości
  • Najwyższy stopień błogości
  • Odbycie się sprawy biegu błogości
  • Okres końcowy
  • Zachwycenie płciowe
  • Uspokojenie płciowe
  • Zaszczytowanie
  • Szczytowanie
Cóż jako słowo komentarza mogę tylko dodać od siebie, że poza pierwszym określeniem inne są raczej mało ciekawe i trochę na jedno kopyto. Aczkolwiek na przykład takie określenia jak "odbycie się sprawy biegu błogości" faktycznie mogą być interesujące. A dla współczesnych postępowców przykrawających wszystko do jedynie słusznego postępowego modelu z pewnością przyda się nazwa "oswobodzenie płciowe" - bo przecież oni wszystko i wszystkich tak bardzo pragną oswobodzić, nawet wbrew ich woli.

Innymi słowy życzę wszystkim miłego orgazmu, znaczy się - miłego zachwytywania ;-)

czwartek, 19 października 2017

Nieśmiertelny islam

Klątwa poprawności politycznej krąży nad Zachodnią Europą, która nie zna umiaru w stosowaniu tej niestety bolszewickiej i faszystowskiej ideologii. Wiąże się ona bowiem nominalnie z tolerancją i multikulturowością, ale tak naprawdę jest jej zaprzeczeniem. Tolerancja jest bowiem tylko w jedną stronę - tolerować trzeba to, co poprawne polityczne, zaś to co politycznie niesłuszne należy (według tej oświeconej tolerancji) niszczyć. To oczywiście jedna wielka hipokryzja. Jednak czasem poprawność polityczna prowadzi do absurdalnych i humorystycznych sytuacji, choć często często humor przez łzy. Tego rodzaju humorystyczne dzieło powstało niedawno w Niemczech.

Jestem mianowicie książeczka dla dzieci. W tej książeczce przedstawiono szopkę betlejemską, a więc samą szopkę, Matkę Boską, Świętego Józefa, małego Jezusa oraz gwiazdę betlejemską i zwierzątka naokoło. Wszystko byłoby super, gdyby nie to, że w tle znajduje się - nie uwierzycie - meczet z półksiężycem. Zadziwiające, jak stary jest islam, który funkcjonował już około 610-630 lat przed swoim powstaniem. Ale prawdopodobnie to nie jest ostatnie słowo, mam bowiem podejrzenie, że być może uważna analiza ściennych obrazów w neolitycznych jaskiniach również wykazywałaby na obecność meczetów w tych czasach. Mało tego, wykopaliska paleontologiczne mogą potwierdzić, że już w czasach dinozaurów były meczety. Kto wie, czy nawet nauka nie powinna podjąć rewizji teorii Wielkiego Wybuchu - okazać się bowiem może, że przed powstaniem Wielkiego Wybuchu był już islam.

Żarty żartami, ale najgorsze są takie potknięcia w przypadku książeczek przeznaczonych dla małych dzieci, a więc istot nie posiadających wrodzonego krytycyzmu i ufnie chłonących wiedzę, którą się im przekazuje. W tym wypadku jest to po prostu kłamliwa indoktrynacja w imię rzeczywiście opętanej politycznej poprawności. Jeśli dalej tak to będzie realizowane, to możemy się spodziewać, że niedługo powstaną książeczki dla dzieci, w których esesmani z SS-Totenkopfverbände w obozach koncentracyjnych będą pokazywani jak obrońcy Żydów, ratujący ich przed złymi Polakami. Oczywiście, można doprowadzać do absurdu różnego rodzaju manipulacje historyczne i polityczne, ale niestety w coraz bardziej zatrutej polityczną poprawnością Zachodniej Europie coraz mniej ludzi będzie w stanie rozpoznać w tym działaniu manipulacje. Oni mają już swoje pranie mózgów podobne do "Roku 1984" Orwella.

W sumie to wolę już od "Roku 1984" Orwella obecnie istniejący w Polsce (ze strony totalnej opozycji) "Folwark zwierzęcy" :-)

wtorek, 17 października 2017

Oni chcą Boga?

Hasło tegorocznego Marszu Niepodległości zostało podane do publicznej wiadomości (rym niezamierzony, ale w miarę zabawny, więc będę kontynuował to w ten sposób sprawny), lecz za hasłem takim kryje się trwoga, bowiem endecy chcą w w swym Marszu Boga. A teraz już na poważnie - hasło tegorocznego Marszu Niepodległości brzmi "My chcemy Boga". Z czym mi się to kojarzy? Oczywiście z taką piosenką religijną "My chcemy Boga, my poddani, on naszym królem, on nasz pan". Więcej nie kojarzę, ale oczywiście znawcą religijnych piosenek nie jestem i nigdy nie byłem - i nigdy nie będę. Co jednak sądzę o haśle tegorocznego Marszu Niepodległości?

Wysłuchałem wczoraj bardzo ciekawego dwugłosu dziennikarzy tygodnika "Do Rzeczy" w tej sprawie. Michał Ziemkiewicz uznał je po prostu za słabe, choć oczywiście personalnie to hasło mu nie przeszkadza, ale szczerze wątpi w to, czy ma ono polityczny sens w obecnych czasach, będąc umizgami Ruchu Narodowego do Radia Maryja. Z kolei Wojciech Wybranowski był znacznie bardziej przychylny do hasła Marszu Niepodległości, uznał bowiem, że to hasło jest bardzo na czasie. Ja zaś postanowiłem w tym zakresie wyrazić swoją opinię w nieco odmienny sposób. Nie jestem prywatnie wielkim fanem szafowania religijnymi hasłami w czasie imprez politycznych lub społecznych. Przede wszystkim wiara w Boga powinna być wewnętrzną sprawą każdego z nas i powinna być w naszym sercu. Królestwo Boże jest w sercu, bo we wnętrzu człowieka się ono znajduje. Z tego punktu widzenia wolałbym, aby hasła Marszu Niepodległości były bardziej związane chociażby z przygotowaniami do stulecia odzyskania niepodległości przez Polskę lub też innymi wyzwaniami współczesnych czasów.

Z drugiej strony nie da się ukryć, że pragnienie Boga jest właśnie jednym z bardzo ważnych wyzwań współczesnych czasów. Bo być może tego nie zauważamy, ale toczy się na naszych oczach jeszcze cicha i stosunkowo trudna do rozpoznania, ale już bardzo okrutna wojna cywilizacji. To również wojna cywilizacji muzułmańskiej i cywilizacji europejskiej chrześcijańskiej. Warto pamiętać o tym, że europejska cywilizacja niszczona jest obecnie zarówno przez cywilizację muzułmańską, jak i przez cywilizację lewacką, która upatruje w chrześcijaństwie swojego wielkiego wroga i dlatego tak ochoczo pozwoliła na zalewanie Europy przez hordy muzułmańskich nachodźców. Wydaje się im, że przy pomocy muzułmanów wykorzenią z Europy chrześcijaństwo (co akurat z pewnością by się stało), a jednocześnie naiwnie wierzą w to, że nakłonią o muzułmanów do nawrócenie się na ich "postępową ideologię" (co pewnością skończyłoby się nakłonieniem muzułmanów do podrzynania gardeł lewakom). Zaślepieni polityczną poprawnością lewaccy idealiści zapominają bowiem o tym, że pobożni muzułmanie zdecydowanie bardziej nie lubią bluźnierców i ludzi bez wiary w Boga (za których lewaków słusznie uważają) niż wierzących chrześcijan (których obkładać będą po prostu dżizją).

Tak między nami mówiąc - gdyby muzułmanie w Niemczech zorganizowani marsz pod hasłem "My chcemy Allaha", to nikt z mediów oświeconego i postępowego świata nie powiedziałby zapewne ani słowa sprzeciwu.

poniedziałek, 9 października 2017

Diagnoza Europy

Oświadczenie Paryskie jest niedawno opublikowanym dokumentem przedstawionym przez grupę konserwatywnych polityków Parlamentu Europejskiego, wśród których jest także polski parlamentarzysta Ryszard Legutko. Na ten dokument trafiłem wczoraj w Internecie. Pod względem literackim jest to dokument napisany zwięzłym językiem i podzielony na bardzo proste akapity, które są ponumerowane i wyposażone we własne tytuły określające ich zawartość. Dzięki temu tekst jest bardzo czytelny, ale też jest stosunkowo obszerny, bowiem akapitów tych jest aż trzydzieści sześć. A to oznacza, że nie każdy będzie w stanie przeczytać ten tekst na kolanie. W dobie Internetu trafiamy na krótkie informacje, a to jest mała rozprawka. Udało mi się jednak przez nią przebrnąć i chciałbym podzielić się swoimi wrażeniami.

Myślę, że każdy, niezależnie od poglądów politycznych, może zapoznać się z tym tekstem. I to bynajmniej nie dlatego, aby dać się przekonać do głoszonych nim tez. Europa z natury swojej była pluralistyczna - zresztą autorzy tego tekstu wspominają o tym - a zatem zapoznawanie się z poglądami nawet kogoś, z kim się nie zgadzamy, w imię przygotowania się do dyskusji z nim lub też realizacji własnych przemyśleń jest rzeczą zgodną z europejską tradycją kulturową. Myślę, że tylko lewica, a raczej lewactwo rządzące obecnie w Europie, ma takie podejście, że uważa się za depozytariusza jedynej racji posiadającego monopol na prawdę. To zresztą charakterystyczne postępowanie i wymówka dla wszelkich totalitaryzmów. Tymczasem prawda bardzo często leży, jak to się mówi, pośrodku. Dlatego warto zapoznać się z tym dokumentem po to, aby mieć po prostu podstawy do własnych ewentualnych przemyśleń.

Myślę, że zapewne mało jest osób, które w całości zgodziłyby się z tezami przedstawionymi w tym dokumencie. Nie trzeba się przecież zgadzać ze wszystkim na raz, bo to nie jest monolityczny pakiet. Można zgodzić się z konkretną diagnozą w konkretnej sprawie, z kolei z inną diagnozę przedstawioną przez autorów raportu krytykować. Na tym polega właśnie dyskusja, spieranie się i klarowanie wizji świata poprzez cywilizowaną wymianę poglądów. Aby jednak mieć możliwość rozpocząć dyskusję i wymieniać poglądy, trzeba te poglądy poznać. W przeciwieństwie do bardzo wielu manifestów ideologicznych, które są puste, bowiem pełne gładkich słówek i nic nie znaczących fraz - o czym zresztą również wspominają autorzy tego oświadczenia - ten dokument wydaje się być zdecydowanie bardziej konkretny.

Dlatego warto się w wolnej chwili z nim zapoznać.

środa, 4 października 2017

Siła sugestii

Do bardzo ciekawego wydarzenia doszło niedawno na stacji kolejowej Wimbledon w Londynie Czyżby zaatakował islamski terrorysta krzycząc Allahu Akbar? Nic z tych rzeczy. Wręcz przeciwnie. ktoś czytał na głos Pismo Święte. Dla nas może być interesujące jako dla gejów, bo mówił także o naszej orientacji i o grzechu pozamałżeńskiego seksu. Oczywiście nie wynikało z tego, że byłby za legalizacją związków homoseksualnych, aby seks gejów był małżeński ;-) Najciekawsze jednak była reakcja pasażerów na jego recytowanie fragmentów Pisma Świętego.

Pasażerowie bowiem nie mniej więcej, tylko ulegli panice po słowach "śmierć nie jest końcem". Widocznie po prostu uzmysłowili sobie,  że za chwilę nastąpi "nie ich koniec" i ten pan wysadzi w powietrze pociąg oraz ich samych. Mężczyzna recytujący te słowa miał bowiem plecak, co oczywiście dla pasażerów skojarzyło się z bombą. Zapewne gdyby miał sutannę lub mniszy habit, to by pomyśleli, że pod tą sutanną pod habitem znajdują się pasy z materiałami wybuchowymi. W tym wypadku nie byłyby to pasy szahida, ale pasy jakiegoś Świętego Męczennika.

Lektura Biblii w wykonaniu amatora głoszenia słowa bożego spowodowała utrudnienia w ruchu kolejowym przez kilka godzin. Mężczyzna oczywiście został złapany i przesłuchany. I oczywiście nie postawiono mu żadnych zarzutów. Nie miał bowiem bomby i nie miał zamiaru nikogo zabijać. Widać jednak, jaka jest potęga słowa bożego. Oczywiście to gorzki żart. Nikt nie opuścił zapewne pociągu pod wpływem samego Pisma świętego. Wszyscy myśleli, że ten pan wzorem muzułmańskich terrorystów wysadzi pociąg w powietrze. I tak proszę państwa spełnia się marzenie islamonazistów. Ludzie mają strach zasiany w sercach. Ten strach kiełkuje przy każdej nadarzającej się okazji.

Miejmy nadzieję, że Polska gleba będzie dla tego ziarna nieużytkiem.