Pokazywanie postów oznaczonych etykietą międzyludzkie sprawy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą międzyludzkie sprawy. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 13 października 2016

Kto rano wstaje...

Optymalizacja życia i pracy to ważne zadanie. Jeśli dzięki optymalizacji pracy można by więcej zarobić - nawet bardzo ważne. W moim przypadku "więcej" znaczyłoby łatwiejsze opłacanie czynszu i więcej kasy na życie - a wydaję na życie w tej chwili rekordowo niskie kwoty (i nawet jakoś nauczyłem się z tym bez problemu żyć). Niedawno czytałem o kilku sposobach na wczesne wstawanie. Bo to jest jedna z moich plag. Budzę się wcześnie, mam budzik, ale nie wstaję, tylko dalej śpię - i potem wstaję nieprzytomny.

A tymczasem lepiej jest wstać od razu. Bo wejście w kolejną fazę snu oznacza zbudzenie się w jej trakcie i potem uczucie niewyspania w ciągu dnia. Ja i tak stosuję "metodę Edisona" - kładę się na drzemkę lub dwie za dnia, kiedy jestem zmęczony. Z tymi drzemkami też można coś zoptymalizować. Kładę się po jedzeniu gdy czuję senność. A jeśli zjem mniej, na raty? Może położę się wtedy w innym czasie, gdy będę czuł autentyczne zmęczenie, a nie przejedzenie? 

Tak jak z rannym wstawaniem, plagą drzemki było przestawianie budzika i spanie dłużej niż początkowo zakładane półtorej godziny (kiedyś wyczytałem, że to optymalny czas na drzemkę). Być może z podzieleniem jedzenia i wprowadzeniem reguły dzielnego wstawania po pierwszym budziku uda się to jakoś ucywilizować. Bo bywały dni, gdy miałem cudowną energię do pracy i kompletne nie wiem czemu. A przydałoby się tak mieć codziennie. Trzeba więc eksperymentować z różnymi ustawieniami. Może te cudowne energetyczne dni były właśnie po takim dzielnym wstawaniu?

Jak mawiają nie bez powodu, że kto rano wstaje temu Pan Bóg daje :-)

poniedziałek, 4 lipca 2016

Szklanka wody

Jeden z najlepszych dowcipów jakie słyszałem o seksie jest taki, że najlepszą antykoncepcją jest szklanka wody - zamiast. Ale tym razem trafiłem na szklankę wody w zupełnie innym kontekście, i to o wiele ciekawszym niż zwykły dowcip. W sumie, to jest jak najdalsze od dowcipu - to raczej gorzka refleksja nad ludzkim życiem. Oto ona. Autor jej ma (według anonsu) 21 lat.

Każdy tu szuka ideału. Każdy tu szuka miłości a nadal jest sam. Czy to Cie nie zastanawiało? Jesteś piękny, młody, pracujesz - masz już prawie wszystko....Właśnie prawie... słowo klucz. Czego Ci brakuje? Miłości, szacunku, szczerości? Niby to takie proste a jakże trudne... Kategoryzujemy i szufladkujemy świat doceniając to co trendy co jest na topie. Pędzimy za kasa, kariera a lata lecą... Postaraj się by na starość miał ktoś podać Ci szklankę wody. Wtedy nie będzie potrzebny Ci facet po siłowni, szczupły blondyn o niebieskich oczach... Obyś nie został sam... zastanów się nad tym czy tego właśnie chcesz?

Faktycznie, kto poda przysłowiową szklankę wody, gdy będziemy już w nieco mniej ciekawym wieku? Ja co do poszukiwanego wyglądu chłopaka już od pewnego czasu zauważyłem, że podobają mi się coraz bardziej chłopacy dla wielu nawet brzydcy - z większymi nosami na przykład. Bardzo podobał mi się Krzysztof Chodorowski w foli nomen omen Maćka we wspaniałym filmie Piotra Trzaskalskiego "Mój rower". I coraz bardziej takiego chłopaka, o takiej urodzie, chciałbym mieć. Kogoś, kto może nie być najpiękniejszy dla świata, ale na pewno będzie najpiękniejszy dla mnie.

A poza tym, zgadzam się z tym co napisał autor. Ludzie pędzą za kasą i karierą. Ja już swoją w pędzącej wersji dawno skończyłem. Teraz ona jedynie pełza. I może to sprawia, że zaczynam coraz bardziej doceniać to, co wielu innym pędzącym za kasą lub karierą życiową po prostu umyka. Ale nadal niestety umyka mi, nie do końca ode mnie zależne poznanie chłopaka, bo do tego trzeba mieć po prostu nieziemskiego farta - trafić na odpowiednią osobę w ogóle. A farta się własną pracą nie zadekretuje.

Mam jednak nadzieję, że go znajdę zanim sam nie będę w stanie wziąć do ręki szklanki wody ;-)

czwartek, 10 marca 2016

Opowieść anonsowa

Czasem w anonsie można po prostu zaleźć opowieść - i to opowieść samą w sobie, a nie jako bardzo opowiastkowy anons. I dlatego teraz taką opowieść pragnę przytoczyć jako coś warte uwiecznienia (akapity wstawiłem w tym tekście sam, bo inaczej nie da się czytać):

Marcina poznałem dzięki mojemu artykułowi w prasie. Został on wybrany przez kolegium redakcyjne artykułem miesiąca, co wiązało się z nagrodą. Przez dwa miesiące listonosz przynosił mi naręcza listów z całej Polski. Pisali nie tylko geje, ale i dziewczyny, by podtrzymać mnie na duchu i pogratulować "wewnętrznego piękna i wrażliwości". Listy były różne: mądre i głupie, krótkie i długie, staranne i niechlujne, nudne i interesujące. Nie da się tego wyjaśnić, ale gdy wziąłem do ręki niebieską kopertę, mocno zabiło mi serce. Jeszcze przed jej otwarciem czułem, że list, który skrywa, odmieni moje życie na zawsze, a gdy zacząłem go czytać, wszystkie inne przestały mieć znaczenie. 
 
Nie był ani długi, ani krótki, ani szczególnie wydumany, ani pospolity, ale bardzo prostolinijny i ciepły. To, co go wyróżniało spośród innych, to staranna polszczyzna i perfekcyjna interpunkcja, która sprawiła, że... sam się czytał. Pewnie widziałeś taki zabieg na filmach, że adresat czyta list, a widz słyszy głos nadawcy. Ja miałem tak samo i choć napisałem w życiu kilka tysięcy papierowych listów i dostałem drugie tyle, nigdy wcześniej (ani nigdy później) mi się to nie zdarzyło. "Uszami wyobraźni" usłyszałem niezwykły głos - czysty i dźwięczny, młodzieńczy i aksamitny, a zarazem bardzo męski i wyrobiony. To był jeden z tych głosów, o których mówi się "radiowy" lub "medialny". W takim głosie można się zakochać od "pierwszego usłyszenia". Później okazało się, że dokładnie taki był w rzeczywistości. Autor pisał, że ma 18 lat (ja byłem wtedy świeżo upieczonym magistrem), mieszka w małym podwrocławskim miasteczku, gdzie czuje się bardzo samotny. Jako syn lekarza i prezes banku budzi niezdrowe zainteresowanie wszystkich, przez co jest jeszcze bardziej wyalienowany. 

Sytuację pogarsza fakt, że ma nadopiekuńczą i autorytarna matkę, która pilnuje go jak pies policyjny. Terror nasilił się, gdy w wieku 17 lat wyznał jej, że jest gejem i zamierza mieć męża, a nie żonę, więc powinna zacząć oswajać się z faktem, że nigdy nie da jej wnuków. Jest to dla niej tym bardziej bolesne, że żona drugiego syna nie może zajść w ciążę. Marcin marzy, by wyrwać się z tego toksycznego środowiska na studia do Wrocławia, ale musi najpierw zdać maturę. Dopóki to się nie stanie, będzie całkowicie zależny finansowo od matki, dlatego zaangażowanie w żaden związek nie jest możliwe, choć bardzo żałuje, bo bardzo chciałby mieć dla siebie tak mądrego i nietuzinkowego człowieka jak ja. Drugą przeszkodą jest odległość między nami (z artykułu wynikało, że mieszkam w Toruniu, ale gdy dostałem list od Marcina, byłem już na Górnym Śląsku, a więc dzieliło nas zaledwie ok. 200 km). Życzy mi, żebym się nie poddawał i znalazł kogoś, kto będzie mnie wart. 

Gdy przestałem czytać, obudziłem się w innej rzeczywistości. Mój smutny pokój wypełnił się przedziwna światłością. Odurzony powtarzałem: "Marcin, Marcinek, Marcinuś". I już wiedziałem ponad wszelką wątpliwość: albo on, albo żaden... Dwa lata później usłyszy o nas cały świat. Będą o nas mówić media od Warszawy po Sydney. Nasze wspólne dziecko zagości w tysiącach domów, przywracając ludziom nadzieję. Sejm RP pochyli się nad naszą inicjatywą. Żeby móc być razem na przekór wszystkim i wszystkiemu, wyrzekniemy się wszystkiego, co było dla nas ważne. Pewien Niemiec, wzruszony naszą desperacka walką o miłość, udzieli nam 80 tys. marek bezzwrotnej pożyczki. Znana Szwedka (kandydatka do nagrody Nobla) zrobi nam prezent wart kilka tysięcy dolarów. Przez pierwszy rok nasz związek będzie tak symbiotyczny, że nie stracimy się z oczu ani na minutę. Trzy lata później znakomity prozaik z Katowic napisze, że nigdy nie słyszał tak smutnej i pięknej historii jak nasza, a z wydawnictw posypia się propozycje opublikowania naszej miłosnej korespondencji... Podaj e-mail w tekście listu zwrotnego, inaczej nie odpowiem!!

Opowiadanie długie, więc mój komentarz będzie krótki. Cóż - anons to, czy opowiadanie? Jako opowiadanie byłoby całkiem niezłe, gdyby nie "wałęsowski" popis pychy pod koniec. Autor ma się w nim za pępek świata. A poza tym? Nie wiadomo co tak naprawdę autor miał na myśli. 

Może autor sam nie wiedział co pisze i w jakim celu?

niedziela, 31 stycznia 2016

Rozumny Maciej Nowak

Maciej Nowak to sympatyczny człowiek. Ale nie wiedziałem dotąd jak bardzo jest on w porządku. Przede wszystkim ma dwie cechy, które szalenie cenię w zachowaniu ludzi - dystans do siebie i świata oraz umiejętność racjonalnego i krytycznego myślenia. Tacy ludzie potrafią wznieść się poza prymitywne podziały i podążać własną drogą, którą rozumnie uważają za słuszną. Pokazał to wyraźnie Maciej Nowak w swoim wywiadzie dla Gazety Wyborczej, który wczoraj przeczytałem.

Mówi tam o sprawach, które nie zawsze zgadzają się z oficjalnym światopoglądem dziennikarzy Gazety Wyborczej i z jej linią programową. I bardzo dobrze. Bo mówi od siebie, a nie dla  poklasku Gazety Wyborczej. Stara się, w ocenach sceny politycznej, być uczciwym obserwatorem. Piętnować złe rzeczy niezleżenie od tego kto je czyni - czy tak zwani "nasi", czy też tak zwani "oni". Bo w ocenie głupoty politycznej nie ma naszych i "onych". Są tylko mądrzy i głupi. Kłamcy i mówiący prawdę. A prawda najczęściej jest jedna, niezależnie od tego kto ją wypowiada. I trzeba umieć przyznać, że prawda nie zawsze jest po stronie, z którą sympatyzujemy.

Dopatrzenie się promowania gender w spocie Macieja Nowaka (tym o segregacji odpadów) uważam za kretyńskie. Gender moim zdaniem promuje co najwyżej ktoś, kto zachowuje się jak przegięty gej. I najlepiej jeśli jest w przesadnie gejowski sposób ubrany. Potrafię krytykować PiS za kretyńską moim zdaniem decyzję w tej sprawie. Bo moja sympatia polityczna dla obozu PiS nie ugnie się przed sympatią dla  prawdy, racjonalności i uczciwości. One są dla mnie nadrzędne w piramidzie hierarchii wartości. I nie zawieszę ich na kołku tylko dlatego, że mi w tym przypadku nie pasują do mojego ulubionego ugrupowania. Szkoda, że po stronie sympatyków Platformy i lewicy nie ma równie jednoznacznego podejścia do wartości bezwzględnych - a za to widzimy relatywizację ocen, nazywaną popularnie moralnością Kalego lub podwójną moralnością. 

Maciej Nowak zachował rozum w dzisiejszych niemodnych dla rozumu czasach - szacun dla Niego za to!

sobota, 28 listopada 2015

Kwinesencja geja?

Tytuł posta mówi już sam za siebie. W pewnym momencie trafiłem bowiem na jakiś profil internetowy, którego właściciel pod koniec swego opisu zamieścił ciekawy fragment, a raczej wyliczankę, którą zdecydowałem się przytoczyć. Myślę że warta jest uwagi, oto ta wyliczanka:

To bardzo źle o Tobie świadczy:
- telefon w Orange
- buciki z literką "N"
- zainteresowania modą, mediami, fryzjerstwem
- spożywanie sushi, lasagne i tiramisu, picie latte, frappe, ...
- irokez
- mączna twarz
- woń perfum pod wiatr

Czyżby to była kwintesencja geja? Albo raczej geja-cioty? Przyjrzyjmy się temu. Czemu akurat Orange? Tego nie rozumiem, ja bym stawiał na Play bardziej jako taką gejowską markę, bo wydaje mi się bardziej budująca wizerunek marki celebryckiej. I te pokręcone logo :-) Mam akurat Orange jako telefon do kontaktów z gejami - czyżby mój wybór (z zupełnie merytorycznych powodów wykonany) był na czasie?

Bucików z literą N nie mam. Fryzjerstwem owszem interesuje się - gdy sam strzygę się maszynką elektryczną do skracania włosów ;-) To jednak bardzo proste zainteresowanie. Lubię sushi, ale ostatnio nie jem. Tiramisu też mogę zjeść, ale wolę kremówkę. Kawę piję prostą, a teraz nawet zbożową. Irokeza nie mam, Apacza też nie. Mączna twarz? Nie mam pojęcia co to, mnie się by kojarzyło z misiem - mąka to chleb, a chleb jest pulchny ;-) Woń perfum pod wiatr? Zdecydowanie nie. W sumie wniosek z tego wyliczenia jest prosty - geje-cioty to zniewieściale fircyki.

I pewnie dlatego długo nie będą tolerowani przez "zwykłych hetero frajerów" prowadzących "normalne życie" bez udziwnień :-)

środa, 28 października 2015

Szacun dla Biedronia

Prezydent Słupska Robert Biedroń nie od dziś budzi mój szacunek. To po prostu jeden z polityków, którym się chce robić coś pożytecznego. A przecież gdy zaczynał przygodę z Sejmem śmiano się z niego, że nie wie co to jest Konwent Seniorów. Dziś jego postrzeganie jest już inne. Nie raz pokazał się jako polityk i mąż stanu. Tym razem zadziwił mnie po wyborach. Pewnie nie powinienem dziwić się jego pragmatyzmowi i politycznemu courage, ale wczoraj przeżyłem dzięki niemu pozytywny szok. W wypowiedzi dla Onetu powiedział między innymi:

Może panią zaskoczę, ale ja bardzo kibicuję nowej władzy. Ja na nich nie głosowałem, to nie jest moja bajka, ale jest obywatelem tego kraju i sukces tej władzy będzie moim sukcesem. (...) Nie potrzebujemy więcej podziałów, a potrzebujemy budowania wspólnoty. Daję dziś carte blanche Prawu i Sprawiedliwości i ciekaw jestem, jak oni tę kartę zapełnią. Mam mnóstwo lęków. Bardzo się boję, m.in. pomysłu na nową konstytucję i przypominam sobie IV RP. Ale mam nadzieję, że Jarosław Kaczyński odrobił tę lekcję i stał się demokratą. Daję mu duży kapitał zaufania.

Jakże to odmienne podejście od Michnika narzekającego, że naród strzelił sobie w stopę, od histerii wielu propagandystów minionego układu politycznego, mainstreamowych dziennikarzy. Wymuskanych małpek na usługach poprzedniej władzy. I kto okazał się większym mężczyzną? Czy te metrosekusalne fircyki, czy gej, z fircykami niby z definicji kojarzony, który jednak ma polityczne jaja i własne zdanie. I potrafi dostrzec to co w polityce istotne - interes ogółu

Bo polityka jest dla ogółu, dla możliwie wszystkich obywateli, a nie dla tych czy tamtych elit, koterii, kamaryli i klienckich grup nacisku. Władzę powinno się rozliczać z konkretnych działań lub zaniechań, a nie z powodu histerycznego do niej uprzedzenia. Biedroń ma rację - PiS ma teraz carte blanche. I ciekawe jak ją zapełnią. 

Oby jak najlepiej - to leży w interesie nas wszystkich.

wtorek, 22 września 2015

Znieczulica kontrolowana

Czasem ma miejsce taka sytuacja, że znieczulica, czyli nie przejmowanie się cudzym losem, jest jak najbardziej uzasadniona i wskazana. O wiele dziwniejsze jest jednak, gdy dotyczy to kogoś, kto jest osobą szczególnie bliska sercu. A zdarzają się i takie przypadki.

Partner kojarzy się z osobą, z którą się żyje. Jest się z nią na co dzień. I codziennie udowadnia się z wzajemnością swoje uczucia do niego - czynami, a nie tylko słowami. Partner  jest zawsze z nami, nawet gdy los rzucił go chwilowo na drugi kraniec świata. Partner zawsze wykorzysta okazje, aby się skontaktować. I zawsze zainteresują się nami i tym jak się czujemy.  Bo jest partnerem.

A co robić, gdy partner jest partnerem głównie z nazwy, a poza tym nie zawsze spełnia swoje partnerskie powinności? Ciężko wtedy się żyje. Parter raz koi, a raz rani. Raz sprawia radość bycie z nim, a raz sprawia ból znoszenie jego nieobecności, albo co grosza tak zwanych humorów. I wtedy właśnie przydaje się ta kontrolowana znieczulica. Pozwala ona otoczyć się jakby powłoką ochronną, która chroni przed dalszymi urazami. 

Niestety, nie chroni ona przed nieuchronnie pojawiającym się wtedy na horyzoncie pytaniem - być albo nie być z takim partnerem?

sobota, 27 grudnia 2014

Alimenty rezonujące

Mój kolega nie zgodził się z decyzją sądu. Uważa, że te alimenty to zbyt skandalicznie zawyżona kwota, bo ktoś z jego rodziny dostaje na drugim krańcu Polski 400 złotych a nie 1500 jak to zasądzono u mnie. I konsultował się w tej sprawie z połową swojej bliskiej rodziny, a wszyscy radzą aby składać odwołanie od tego. 

A ja świadomie nie składałem odwołania. Skoro tak ustalaliśmy z byłą już żoną, to trzymam się tych ustaleń. I jakoś tak nie miałem przekonania do zmiany tego, jakby mnie ktoś z Góry powstrzymywał. Kto wie, może te alimenty są jakimś elementem boskiego planu?

Oczywiście nie zarobiłem sobie tym uznania w oczach mojego kolegi. Ale na szczęście przyznał, że to moja sprawa. A ja zobaczę co z tego wyniknie.

wtorek, 19 sierpnia 2014

Piątek sobotni

14 czerwca 2014
Piątek trzynastego rozciągnął się na sobotę. Rano przyjechała nasza znajoma i rozmawialiśmy o tych sprawach jakie wyszły ostatnio. Okazuje się że z formalnego punktu widzenia osoba poszkodowana, której chcemy pomóc, nie ma wiele możliwości aby kogoś za to ścigać. Nie bardzo wiadomo nawet o czym rozpowiadano. Opieramy się na relacjach osób trzecich, poszlakach i domysłach. 

Pogadaliśmy ale nie bardzo wiadomo jak się za to zabrać. Nawet nie wiemy jaka jest merytoryka sprawy. Nie mamy nawet jak tego sprawdzić choćby na Facebooku i teraz nie wiemy co ewentualnie o tym mogą pisać jakieś osoby trzecie. Poruszamy się jak zagubione dzieci we mgle

Paweł, w ramach pomocy, pojechał ze znajomą zasięgnąć języka na miejscu wydarzenia. A potem pojechali do koleżanki na przyjęcie. Sytuacja nie wyjaśniła się za bardzo, ale robi się nieciekawa, bo najgorsze jest oczekiwanie na niewiadomą. Czasem się potem okazuje że denerwowaliśmy się bardziej niż było trzeba - ale kto wiedział ile trzeba? Ja pracowałem na kompie do późna i potem się położyłem spać. 

Ale piątek trzynastego się jeszcze nie skończył...

poniedziałek, 18 sierpnia 2014

Piątek nie odpuszcza

13/14 czerwca 2014
Piątek trzynastego jednak nie odpuszcza. Mnie się nic na rowerze nie przydarzyło, poza tym, że zmokłem i nieco zabłociłem pojazd. Opłukałem go na balkonie, bo był deszcz i sąsiad z dołu nie będzie się czepiał że mu zalewam balkon. Kiedy kończyłem płukanie roweru on jednak wyszedł na balkon i dziwił się że woda tak spływa, więc uciekłem. A jednak mały wpływ piątku na mnie był.

Jednak to nic w porównaniu z sytuacją jednego z moich przyjaciół. Okazuje się bowiem, że ktoś w czasie jego niedawnej wizyty w pewnym klubie, w którym był z osobą towarzyszącą, ktoś podłożył mu świnię. I co ciekawe nikt tej "świni" nie mógł pokazać - nie wiadomo czy ona w ogóle istnieje. Ale plotka już poszła. Nikt niestety nie sprawdza merytoryki plotki, ludzi zadowalają się sensacyjnym wrażeniem. A potem cierpi na tym ktoś niewinnie oplotkowany.

Nie dziwne że przyjaciel się wściekł i nawet chciał to zgłosić na policję. Problem w tym, że czuje się dotknięty pomówieniem, może to zaszkodzić jego reputacji w środowisku, ale jednocześnie nie wie do końca o co go pomawiają i w jaki sposób. Zgłoszenie opierałoby się na zasłyszanych poszlakach i rozmowach o tym pomówieniu z osobami trzecimi. Policja pewnie uznałaby to za niewystarczający dowód w sprawie.

Ale to na pewno wystarczy aby zdenerwowany przyjaciel nie spał całą noc...

niedziela, 17 sierpnia 2014

Piątek trzynastego

13 czerwca 2014
Dziś piątek trzynastego. Ja - na szczęście - nie miałem tego dnia nic specjalnie negatywnego. Ale za to inne osoby nadrobiły z nawiązką plan dnia. Najpierw kolega dowiedział się o mandacie sprzed pół roku, który dopiero teraz przyszedł do jego miejsca zameldowania. Imponująca szybkość działania. I problem, bo jak się rodzina dowie, to będą gromy. A kolega już nawet nie pamięta za co ten mandat.

Ale to niestety nie jedyny problem. Koleżanka ma o wiele gorszą sytuację - bo wyrzucono ją z pracy stażowej. Nie ma więc zarobku, może nie mieć zaliczonych praktyk zawodowych. A do tego szefowa jej zakładu dzwoni podobno do jej matki z informacją, że ona się spóźniła do pracy klika godzin i była pijana. Akurat nie była pijana ale zmęczona - ale przecież ważne jak to widzą, a nie jak było naprawdę. Na pewno zaś problem jest. W domu będzie miała sajgon. 

Poza tym kilka innych osób narzeka na życie i w ogóle. Faktycznie, piątek trzynastego fajnie przebiega. A raczej fajnie-inaczej. Ja tylko się zastanawiam co mnie jeszcze tego dnia czeka. Pada deszcz a ja zamierzałem jechać na codzienną rutynową przejażdżkę rowerem. No i w końcu pojechałem, podejmując ryzyko. Ciekawe jak to się skończy.

Nie spodziewałem się jak to może się skończyć...

czwartek, 14 sierpnia 2014

Dwoje mężczyzn

Oto anons na jaki trafiłem w kategorii szukania do związku. Zawiera ciekawą definicję partnera i samego związku dlatego go przytaczam. Autorem jest ktoś z Krosna (jego imieniem była nazwa miasta), w wieku 35 lat.Oto jak widzi partnera i związek...

Poszukiwany partner :-) Definicja - facet mocno stąpający po ziemi, wiedzący czego chce, jasno wyrażający swoje emocje i potrzeby, potrafiący pierdolnąć pięścią w stół jeśli sytuacja tego wymaga, stabilny i samodzielny, koleś pachnący testosteronem. Skurwiel a jednocześnie empatyczna istota. Szukam realnej znajomości, nie jestem zwolennikiem wiecznego pisania w nieskończoność, najlepiej jak szybko wymienimy się telefonami--> jedna, druga rozmowa--> spotkanie twarzą w twarz. Oczywiście relacja kumpel - kumpel mile widziana. Poszukiwania faceta nie oznaczają że żyje w celibacie więc jeśli masz inne propozycje wal śmiało :-) Jeśli już piszemy chcę Ciebie widzieć, jesteśmy na gejowskim profilu nie widzę potrzeby ukrywania twarzy, nie zadawaj mi pytania "co lubię" bo działa to na mnie jak płachta na byka. Oczywiście świętej dziewicy zgrywać nie mam zamiaru, bo swoje za uszami też mam :-) Krótka definicja związku - dwoje mężczyzn mieszkających razem, tworzących swoja prywatną przestrzeń, wspierających się i w tych dobrych i w tych złych chwilach życia. Faceci, którzy potrafią o siebie zadbać, obejrzeć dobry film, wyskoczyć na rower, pójść ze znajomymi na browara do kina......zazdrośni o siebie w granicach rozsądku bo nie da jej się całkowicie wyeliminować, a trochę ognia zawsze podnieci uczucie.....jestem w stanie przypierdolić jeśli ktoś będzie wpierdalał mi się w związek, tak nawiasem :-) Jeśli dotarłeś aż tutaj i troszkę Cię to wszytko zainteresowało podejmij ryzyko i napisz a może urodzi się z tego jakaś fajna znajomość. 

W sumie można się pod tym podpisać. Co do aspektów technicznych poznawania - jak najbardziej. Bez pisania w nieskończoność (no chyba że nie ma technicznie innej opcji przez jakiś czas), bez ukrywania się w internecie (czyli bez bez-twarzy). Kumpelstwo też jest mile widziane, bo ie z każdym związek pisany. 

A w sferze intymnej? Święci faktycznie nie jesteśmy. Nie ma sensu pozować na niewinne dziewice. Życie jest dla ludzi - ale najlepiej aby to było życie z sensem, a nie tylko z seksem ;-) Bo sens jest bratem bliźniakiem seksu. A związek to - jak słusznie napisał autor anonsu - także tworzenie prywatnej przestrzeni i wspieranie się. To całe życie. Nie tylko z piwem, i winem, ale także troskami i radościami jakie los nam przynosi. A nawet to także jest zazdrość - choć jak mądrze napisał - w granicach rozsądku ;-)

Jedyne co śmieszy w tej definicji to słowo "dwoje" - mężczyzn powinno być bowiem dwóch. I oby tylko takie błędy popełniali ludzie ;-)

piątek, 1 sierpnia 2014

Godzina "W"

maj 2014
Godzina "W" to (w nawiązaniu do daty publikacji tego posta) rozpoczęcie Powstania Warszawskiego. W moim przypadku jednak, a ściślej nie w moim ale Pawła, to umowny czas nie tyle powstania, co zakończenia, jego drugiej (albo ściślej - trzeciej) znajomości, czy związku z Sylwestrem. Więc można powiedzieć że godzina "W" to w tym przypadku godzina wkurzenia

Pierwszy raz Paweł i Sylwester rozstali się jeszcze przed moim poznaniem Pawła. Dlatego dla mnie będzie to drugie rozstanie, ale dla Pawła - trzecie. A podobno właśnie do trzech razy sztuka. Tym razem Paweł wkurzył się bardzo na Sylwestra i wygarnął mu nieźle w SMS-ach. Nie ma co nawet się rozpisywać na ten temat - po prostu doszedł do wniosku, że Sylwester znów się z nim "pogodził" jedynie dla seksu, ale już ponownie się pokazują wszystkie jego wady i zakłamania

Scenariusz jest jak zwykle wyniszczający. Paweł się zastanawia, denerwuje, kombinuje co się dzieje z Sylwestrem. A Sylwester w ten czy inny sposób go olewa. Więc Paweł postanowił to przeciąć. Tym razem zajęło mu to już o wiele mniej czasu. Niestety, ma w tym zakresie doświadczenia z przeszłości. Smutne to ale też optymistyczne - bo może wreszcie raz na zawsze się uwolni do tej znajomości, która jak widać bardziej go niszczy niż stawia na nogi...

Oby nie nastąpiła więc kolejna godzina "P" czyli nieszczęśliwego powrotu do tej niestety toksycznej znajomości.

wtorek, 6 maja 2014

Koncepcja

28 stycznia 2014
Blokowałem Pawła na łóżku i przywołując go co chwila do świadomości wkładałem mu moją koncepcję do głowy. Paweł się bał że stracił Piotra, a potem wyraźnie mi powiedział że zakochał się w nim i w nim widzi cały sens swojego życia - po ciężkiej porażce z Sylwestrem. Wiadomo było, że drugie wystawienie będzie Pawłowi jeszcze trudniej przeżyć niż te pierwsze. A Piotra nie ma przy nim teraz, gdy go potrzebuje.

No to mu powiedziałem, że Piotr zawsze jest przy nim, bo jest w jego sercu. Nieważne jaki jest w rzeczywistości, będzie zawsze w sercu. A już niejeden raz okazywało się, że w różnych powodów nie zawsze od razu załapywał sens wydarzeń. Więc może i teraz Piotr musi do tego dojrzeć

Zapytałem Pawła czy Piotr mu napisał że go NIE kocha. Paweł zaprzeczył. Więc go opierdoliłem strasznie i wyzwałem od kretynów. Skoro Piotrek tak nie napisał, to czemu Paweł poddaje w wątpliwość ich uczucie? Piotr może krepuje się mu wyznać miłość, ale już nie raz Paweł mi mówił, że Piotr wyraźnie daje znaki że i on Pawła kocha. Całe jego zachowanie - na ogół - to potwierdza. No a dziś przypadł co prawda nie "na ogół" ale "na szczegół" - i akurat nie wyszło.

Tak naprawdę nie boję się o te ich miłość ale p to czy te ciągłe zwroty akcji nie wykończą Pawła zanim miłość go uodporni...

sobota, 12 kwietnia 2014

Korzyść

18 stycznia 2014
Pożarłem się nieomal z Pawłem spierając o znaczenie słowa "korzyść" w mojej definicji miłości czy związku. Powiedziałem bowiem, że związek jest wtedy udany gdy obie strony czerpią z niego korzyści - ale nie miałem na myśli przyziemnego znaczenia tego słowa. Tak naprawdę miałem na myśli znaczenie ostateczne, maksymalne - w którym korzyść to tyle co dobro. A dobro z definicji jest tym czego każdy normalny człowiek pragnie. Paweł się jednak zaperzył. 

Kłóciło się to u niego z, przykładowo, chęcią bycia z kimś altruistycznie, nie dla żadnych korzyści materialnych. Wkładałem mu do głowy że w takim przypadku korzyścią jest właśnie ów altruizm.Potem się okazało, że Paweł ma jakiś uraz do słowa "korzyść" - bo kojarzy mu się z egoizmem rodziny. W pewnym sensie był więc to spór słownikowy, a nie merytoryczny.

Spory z Pawłem są jednak bardzo wartościowe, bo dzięki nim wiele układam sobie w głowie. Paweł jest szczery do bólu, potrafi postawić do pionu, dopiec krytyczną uwagą - ale dzięki temu można się doskonalić, a nie grzecznościowo adorować. To są gorzkie spory, bo często czuję się w nich niejako upokorzony, ale potem widzę korzyści tej nauki.

Jednak moją pasją jest doskonalenie się ;-)

wtorek, 24 grudnia 2013

Opowieść wigilijna

W Wigilię postanowiłem napisać moją własną opowieść wigilijną, ale nie nawiązującą do świąt - lecz do pewnego aspektu człowieczeństwa: tolerancji i akceptacji innych. Kilka miesięcy temu trafiłem na ciekawy artykuł w Queer.pl pod tytułem "Przestać być życiową ciotą". To wywiad z kryptogejem, ukrywającym się pod maską dresa. Zamieszkującym takie miejsce i mającym takich znajomych, którym lepiej się nie przedstawiać jako gej - bo mogą zabić, całkiem dosłownie. I, szczerze powiem, podobały mi się poglądy wygłaszane przez tego dresa.

To praktyk czynnej homofobii, jakby niektórzy powiedzieli. Świadczy o tym już podtytuł wywiadu - "Pierwszy raz zgnoiłem pedała w wieku 18 lat...". A czemu to zrobił? Bo mierzi go gdy "owe pedały" prezentują się na ulicy jak cioty, odmieńce i jak dziwadła. I przez to aż się proszą o lanie. Nie jestem zwolennikiem lania i takich faszystowskich metod. Ale także nie jestem zwolennikiem tego, na co ów dres wskazał - gettyzacji gejów.

Od dawna byłem zdania, że gejów trzeba promować jako normalnych ludzi, którzy niczym istotnym się nie różnią od innych. Normalnego człowieka łatwo zaakceptować, zaś odmieńca się akceptuje niechętnie, ostrożnie i z niedowierzaniem. Czemu więc geje chcą na siłę być inni, w oczach społeczeństwa, a przez to utrudniają sobie sami swoją społeczną akceptację? Czemu usiłują iść pod prąd naturalnych ludzkich zachowań? Bo jest rzecz w pełni naturalną, że ludzie mają tendencję do akceptowania tego, co wydaje się swojskie, a podejrzliwości wobec tego co obce i nieznane.

Jestem marketingowcem, więc przywykłem pracować na celach i priorytetach. A celem nadrzędnym powinno być dla gejów dopracowanie się możliwie powszechnej ich tolerancji, a potem może także akceptacji w społeczeństwie. Powinno się do realizacji tego celu wybrać drogę najprostszą i najskuteczniejszą - a nie iść pod prąd, w imię nie wiadomo jakich racji, a przy okazji skutecznie utrudniając sobie osiągnięcie tego nadrzędnego celu. Może czas najwyższy aby aktywiści LGBT sięgnęli po metody marketingowe - a także po zwykły ludzki rozsądek - niż komplikowali wszystko na własne życzenie.

Bierzmy przykład z niepełnosprawnych - których się w ich kampaniach społecznych promuje jako normalnych pełnowartościowych ludzi, a nie dziwaków, którym strach podać rękę. Musimy się zdecydować czy chcemy pracować na naszą akceptację w społeczeństwie, czy na silę chwalić się tym, co od tej akceptacji odstrasza. Wydaje się, że aktywiści LGBT uwielbiają postrzeganie gejów jako nieszczęśliwych męczenników

Ale takie "męczeństwo", zawinione na własne życzenie, nie jest warte żadnego współczucia.

sobota, 21 grudnia 2013

Ostatnia wizyta

30 września 2013
Dzwonek do drzwi. Spojrzałem przez wizjer ale nie patrzyłem za długo, bo sylwetka była ciemna na tle oświetlenia korytarza. Otworzyłem drzwi i pan-szanowny-niby-klient raczył wejść. Nie podał mi ręki. Stanął w przedpokoju z widokiem na pokój. Zaproponowałem aby usiadł - nie skorzystał. Lodowata wizyta w stylu arktycznym - powiało smrodem.

Raczył rzucić okiem na drugi pokój. Ale masażu oczywiście nie było. Bo on chciał się jedynie ze mną zobaczyć. A zamiast masażu powiało smrodem - wielkim smrodem. Bo oszukał mnie ze swoim ubraniem, potem z tym, że jest w sklepie (niby był w sklepie gdy mijałem go na ulicy). Teraz przychodzi, nie podaje ręki i stoi jak głupi. Zaproponowałem kawę (pisał mi SMS o spotkaniu na kawę) - nie chce. No to niech stoi jak kołek.

Zrobiłem sobie kawę, krótko pogadaliśmy i zmył się. Nie mam dziś czasu na pogaduszki, ale muszę szukać choćby jednego dodatkowego klienta. A tymczasem dwie osoby mnie wystawiły, jedna po drugiej. Ale za drugim razem, to było iście epickie wystawienie - w jak najlepszym stylu kina akcji.

I oby ta wizyta już się nie powtórzyła - nie mam nic przeciw temu aby była to jego ostatnia wizyta ;-)

piątek, 27 września 2013

SMS po bitwie

27 maja 2013
W niedzielę nie było SMS od Pawła i niepokoiłem się, ale nie dzwoniłem do niego, jedynie psiałem od czasu do czasu wiadomości. W poniedziałek dopiero dostałem od niego SMS z wyjaśnieniem tego co zaszło. Okazało się, że tam była prawdziwa bitwa i obaj ze swoim facetem są - oględnie mówiąc - nie do końca dysponowani. Tego nie przewidziałbym nawet w najczarniejszym scenariuszu - co jak co, ale łączy ich miłość, a Paweł kocha swojego faceta nad życie...

Okazało się, że Paweł między innymi dorwał telefon swego wybranka i zobaczył tam SMS-y i zdjęcia wielu różnych facetów - a więc dowody zdrad. Pokazało się też, że jego wybranek zaniżył swój wiek o - bagatelka - 7 lat, bo spodziewał się z Pawłem jedynie krótkiej znajomości. Ale gdy Paweł kiedyś wyznał mu miłość i zadeklarował że będzie z nim niezależnie od jego wieku, to wtedy powinien był się przyznać do tego oszustwa. A tak wyszedł teraz smród.

Poszarpali się tam nie raz. Ale nie da się tego chyba podciągnąć pod znane powiedzenie, że kto się lubi ten się czubi. Albo raczej należy w tym widzieć konwulsję, która może uzdrowi w bólu albo zakończy, też w bólu ten związek - a raczej zacząć proces jego zakańczania. Dla mnie zaś sytuacja staje się niemiła, bo kończy się czas na zebranie kasy na płatności a nie pracujemy obaj.

Jedyne co pozytywne to zapytałem Pawła czy sądzi że ze mną kiedykolwiek mogłaby być taka szarpanina - i odpowiedział, że nie ;-)

czwartek, 11 lipca 2013

Radość z roszady

marzec 2013
Czasem cudze szczęście sprawia niektórym zawód i gorycz. Albo powoduje zawiść. A ja się cieszę cudzym szczęściem bo wiem, że dzięki niemu cały nasz świat jest po prostu odrobinkę lepszy. I liczę na to że gdy sam będę się cieszył cudzą radością, to i mnie Los podaruje odpowiednią nagrodę. taką nagrodę za "niemanie" zawiści czy zawodu powodowanego szczęściem innych ludzi.

Niedawno miałem chłopaka a pewien dalszy znajomy nie miał - i biedny narzekał, że jest sam. Mnie było trochę głupio występować jako ten szczęśliwie życiowo obdarzony partnerem i miłością. Ale tera ja nie mam chłopaka, a tamten znajomy właśnie z kimś się zaręczył. Szczerze mu pogratulowałem i cieszę się. Ja straciłem chłopaka, on zyskał swojego - można powiedzieć że dokonała się jakby roszada.

Cieszę się, że przynajmniej bilans dobra się nie zmniejszył. U mnie ubyło, u niego przybyło. Fajnie jest dopatrywać się we wszystkim pozytywnych elementów - to prosta socjotechnika ale całkiem skuteczna. Im więcej wydaje nam się pozytywów, które nas otaczają, tym lżej po prostu żyć. A życie już dba o to aby tych pozytywów nie było niestety za wiele.

Mam nadzieję, że do czasu gdy życiowa karta się przewróci ;-)

wtorek, 26 marca 2013

63 procent

grudzień 2012
No i mam chłopaka z większości, czyli prawie 2/3 - bo 63 procent. Właśnie bowiem przeczytałem artykuł o tym, że 63% homoseksualnej młodzieży miało myśli o samobójstwie. A dla porównania tylko 12% młodzieży hetero. Prawie pięć razy mniej. 

Ale niestety nie ma się czemu dziwić. Los mojego chłopaka jest tu w miarę typowym przykładem. Jego rodzina wie o jego orientacji, jest miał ale rzuca mu kłody pod nogi i traktuje go mimo wszystko jak czarną owcę. To bardzo źle, bo on nie czuje w nich oparcia. I bardzo dobrze - bo jest idealnym materiałem na partnera życiowego - potrzebując oparcia od kogoś.

Ale ci, którzy potrzebują oparcia sami chętnie je dają innym - bo jest to potrzeba akceptacji i miłości w obie strony. Dlatego intuicyjnie szukałem zawsze chłopaka który jest po jakiś przejściach, bo to są według mnie ludzie potencjalnie najbardziej wartościowi

I mam nadzieję, że w przypadku mojego chłopaka do się sprawdzi :-)