Pokazywanie postów oznaczonych etykietą człowiek i o nim. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą człowiek i o nim. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 21 stycznia 2018

Takie buty

Mawiają, że wspólne fetysze seksualne bardzo zbliżają ludzi. Naturalnie podobne fetysze w seksie mogą bardzo pozytywnie wpływać na postrzeganie czyjejś osoby, o czym niejednokrotnie przekonałem się. Nie zawsze jednak to działa i czasem powoduje wręcz irytację. Miałem jakiś czas temu taką rozmowę na czacie. Zagadał mnie chłopak, który również szukał do związku i mieliśmy wspólną pasję do stóp. Samo w sobie mogło to być dobrą płaszczyzną do udanej relacji intymnej. Ale oczywiście udało się to zepsuć.

Ten chłopak miał bowiem miłość również do butów. Wysłał mi zdjęcia czterech par butów z prośbą, aby wskazał te, które mi się najbardziej podobają. Otóż nie podobały mi się kompletnie żadne - wszystkie były rodzajami butów garniturowych lub podobnych, katujących moim zdaniem stopy swoim niezbyt ergonomicznym kształtem. Ja zdecydowanie wolę u chłopaka trampki lub buty sportowe, w których stopa czuje się swobodnie i nie jest w ucisku. Wszystkie buty typu garniturowego, które kojarzą się z deformacją stóp, są dla mnie niekomfortowe - również jeśli chodzi o oglądanie ich na nogach innych osób.

Jednak nieopatrznie zdradziłem mojemu rozmówcy, że sam posiadam też jedną parę butów do garnituru, których zresztą prawie wcale nie używałem. On poprosił mnie, abym zrobił ich zdjęcie. Nie chciało mi się zdejmować ich z szafy i fotografować, więc odmówiłem. Wyraźnie powiedziałem mu, że tego rodzaju buty mnie nie kręcą. Dlatego noszę je tylko wtedy, gdy jest to absolutnie niezbędne - a na szczęście ostatnio garnituru nie muszę nosić. On jednak upierał się z wysłaniem zdjęcia tych butów, bo go takie buty strasznie kręciły. Coraz bardziej irytowało mnie to podejście i w błyskawicznym tempie traciłem do niego sympatię. W pewnym momencie, gdy po raz kolejny postawił sprawę na ostrzu noża, odmówiłem mu - a on się pożegnał. Tym razem odetchnąłem z ulgą.

Jak widać, sam fetysz nie sklei znajomości.

niedziela, 14 stycznia 2018

Na poziomie

Próba poznawania ludzi na czacie czasem sprawia, że możemy pokusić się o pewną refleksję nad cudzym lub też naszym własnym życiem. Taką zabawną i pouczającą historię miałem wczoraj, gdy wlazłem sobie na czata leżąc w łóżku i odpaliłem czat równolegle do brydża granego na telefonie komórkowym. Szczerze mówiąc, nie bardzo mi w tym brydżu przeszkadzał. Zauważyłem w głównym oknie rozmowy czata pewnego chłopaka, który anonsował, że szuka do związku. Dlatego zaciekawiło mnie, gdy do mnie zagadał.

Jednak bardzo szybko rozmowa zaczęła być ciekawa z innego powodu. On zapytał mnie czym zajmuje się zawodowo, a sam powiedział, że jest fryzjerem i ma własny salon. Ponieważ w nicku miał wypisany wiek 23 lata, więc logiczne wydało mi się zapytanie go o to, czy ma bogatych rodziców. Bo raczej wątpię, żeby ktoś dorobił się jako fryzjer i w ciągu trzech-czterech lat był w stanie stworzyć własny salon. Może jednak się mylę - ciężka praca, niewielkie koszty wynajmu pomieszczenia, zaczynanie ze skromnym początkowym wyposażeniem być może wystarczy.

W sumie podobno takich zamożnych rodziców nie miał. Ale bardzo szybko skompromitował się czymś innym - zapytał mnie o to, czy jestem zamożny. Nie chodzi tu o to, że (jak to się mówi) dżentelmeni o pieniądzach nie rozmawiają. Chodzi o to, że takie pytanie wprost sugeruje, że chce się być czymś utrzymankiem, lub szuka się tylko kogoś do układanki pod względem finansowym i pokazowym. Zapytał mnie też o to, czy żyję na poziomie - a więc w domyśle, czy mam przysłowiową skórę, furę i komórę. Zadeklarował też, że fajnie jest wydawać kasę. A ja odpowiedziałem mu na to zgodnie z prawdą, że życie w ciągu ostatnich lat nauczyło mnie wiele i że zamożność mam w dupie, bo przekonałem się z własnego doświadczenia, że pieniądze szczęścia nie dadzą (choć oczywiście napomknąłem, że lepiej je mieć) - a miałem kiedyś pieniędzy full, więc wiem co mówię.

Mój rozmówca już nic więcej nie napisał, ani nie zamknął okna priva - widocznie przy całej swojej zamożności zapomniał zainwestować w szare komórki ;-)

sobota, 6 stycznia 2018

Duża pokora

Wczoraj przyszła do mnie ostatnia przesyłka z tych pod koniec zeszłego roku kupionych i zamówionych do otrzymania. Tym razem było to wotum dla Kogoś na Górze za opiekę nade mną. Kupiłem sobie coś bardzo starannie wybranego. Co prawda wybrałem sobie nieco inną rzecz na początku, a nieco inną musiałem kupić, bo ta wybrana początkowo, nie była chwilowo dostępna. Ale niezależnie od tego drobnego odstępstwa od pierwotnie powziętego planu ucieszyłem się, gdy wreszcie przesyłka do mnie dotarła.

Jednak zacząłem trochę kręcić nosem po jej rozpakowaniu, bo nie do końca to, co kupiłem odpowiadało moim wyobrażeniem pod pewnymi względami. Częściowo można powiedzieć, że zawiodłem się na tym co kupiłem. Jednak w pewnym momencie uświadomiłem sobie bardzo ważną rzecz, która mnie szalenie zawstydziła. Nie mogę wybrzydzać. Powinienem nauczyć się trochę więcej pokory. Chciałem podziękować za opiekę nade mną, a tymczasem zachowuje się jak idiota perfekcjonista, który dopatruje się tego, że coś jest nie do końca idealnie wykonane.

Tak naprawdę perfekcyjne powinno być nasze życie pod względem tego, w jaki sposób będziemy postępowali i czy będziemy czynić dobro. Perfekcyjne powinno być nasze trzymanie się pewnych zasad moralnych i życiowych. Perfekcyjna powinna być nasza otwartość na krytykę i chęć doskonalenia się. Ale zupełnie nie musi być perfekcyjne coś, co kupujemy ze szczerego serca po to, żeby komuś wynagrodzić trud - niezależnie od tego, czy kupujemy to najbliższej osobie, komuś mniej związanemu z nami emocjonalnie, czy też jest to kupione po to, aby podziękować Komuś Wyżej.

I tak naprawdę ta cenna życiowa nauka była dla mnie ważniejsza od przedmiotu, który otrzymałem.

czwartek, 28 grudnia 2017

Nie wiem co napisać

Gdy zastanawiałem się nad tym, o czym dzisiaj napisać tekst na blogu, odpowiedź przyszła z zupełnie niespodziewanej strony. Gdy uruchamiam swój profil na Fellow, to z reguły przeglądam kilka losowo wybranych profili pokazanych na stronie głównej tego portalu. I właśnie jeden z profili miał za cały swój opis to, co umieściłem w tytule dzisiejszego posta. Bardzo ładny chłopaczek o gejowskiej urodzie pisze, że nie wie co napisać.

Uśmiechnąłem się, bo przyszło mi do głowy że nie musi nic pisać. Jego profil był bardzo niedawno założony i dopiero jeden komentarz pojawił się na nim, oczywiście z tekstem "super ciacho". Nietrudno się domyślić, że kolejne komentarze będą podobne określając go jako super ciacho lub też obiekt pożądany przez komentatora do analu lub innych czynności seksualnych. Uśmiechnąłem się, bo uświadomiłem sobie, jak bardzo obrazkowy jest Fellow i inne tego typu gejowskie portale. Nie trzeba nic o sobie pisać, wystarczy wyglądać w taki sposób, żeby inni cmokali oblizywali się na nasz widok.

Tym bardziej uśmiechnąłem się, gdy uświadomiłem sobie, jak ten chłopak lub inni wyglądać będą za 5 lub 10 lat. Oczywiście, nie będą mogli wtedy liczyć na żadne tak entuzjastyczne komentarze, bo już staną się już zbyt starzy dla cmokających i śliniących się. Ci zaś znajdą sobie kolejną generację do podniecania się ich zdjęciami. Niczym w filozofii Dalekiego Wschodu koło będzie się toczyć. Ale na Dalekim Wschodzie wierzą, że jest to koło czasu, u nas zaś jest to koło kapryśnej fortuny. Ta drobna refleksja sprawiła, że przynajmniej mam dobry humor z rana. W gruncie rzeczy trzeba dopatrywać się we wszystkim pozytywnych cech. A pozytywną cechą komunikacji obrazkowej jest to, że łatwiej znaleźć człowieka wartościowego.

Po prostu będzie on pozytywnie inny niż większość :-)

piątek, 22 grudnia 2017

Świąteczna arytmetyka

Już za dwa dni Wigilia. Będziemy wtedy dzielić się opłatkiem, spożywać wigilijną wieczerzę, a potem otrzymywać prezenty. Oczywiście mówię o tym, z czym Wigilia mi się kojarzy. Dostałem dzisiaj rano życzenia świąteczne od Planetromeo, a więc internacjonalistyczny gejowskiego portalu. Zaczynają się one od takiego tekstu: Grudzień to miesiąc dzielenia się: spotykania się, aby wymienić się prezentami, zjedzenia wspólnego posiłku, czy po prostu świętowania. To czas, który spędzamy z rodziną i ukochanymi osobami. Ale dla wielu ludzi okazywanie miłości ich wybrankom i życie pełnią życia jest wciąż niedoścignionym marzeniem, drogą usłaną wieloma problemami.

Ponieważ słowo "dzielenia się" wypadło na końcu linijki, więc czytając ten mail od razu dopowiedziałem sobie w pamięci "opłatkiem". Tymczasem opłatka nie było widać po drugiej stronie tekstu. W sumie nie powinno to dziwić, bo to praktycznie oryginalnie polski zwyczaj. Ale magia Świąt Bożego Narodzenia jako taka już typowo polska na wyłączność nie jest. Jak widać, dla Planetromeo dzielenie się to jednak bardziej arytmetyka, a nie magia świąt. Spotykanie się z ludźmi (dodać lub ująć), wymienianie się prezentami (dodać lub ująć), zjedzenie posiłku (stanowczo dodać do żołądka), czy po prostu świętowanie (wynik arytmetyczny nieoznaczony, ale pewnie dodać trochę fun, a odjąć nieco zmęczenia). Okazuje się pod koniec listu, że najważniejsza jest fundacja Planetromeo i działanie na rzecz tego, aby inni ludzie mogli żyć pełnią życia i okazywać miłość wybrankom.

Niby to wszystko słuszne, bo jeżeli ktoś naprawdę szczerze kogoś kocha od serca - co akurat w przypadku środowiska gejowskiego jest niestety wciąż ewenementem - to powinien mieć możliwość swą miłość okazywać. Nie uważam jednak, że koniecznie musi mieć zagwarantowane to, że będzie z tą miłością uzewnętrzniać się wszem i wobec w każdej sytuacji. Prawdziwa miłość jest w naszych sercach. Ważne abyśmy mogli spokojnie żyć ze sobą razem i nie przeszkadzać innym i żeby inni nie przeszkadzali nam w tym życiu. Tylko tyle i aż tyle. Jeżeli ktoś uważa, że niezbędne dla miłości gejowskiej jest to, żeby geje musieli koniecznie się z nią pokazywać wszem i wobec w każdym miejscu, to jest w błędzie. Podobnie zresztą uważam, na dokładnie takiej samej zasadzie, że nie ma sensu, aby się obnosili ze swoją miłością heterycy.
 
A na koniec moja skromna arytmetyka - w święta (i nie tylko w święta) dajmy jak najwięcej dobra od siebie, bo im więcej go rozdajemy (ująć), tym więcej mamy go w sobie (dodać).

niedziela, 10 grudnia 2017

Uroki projekcji

Ostatnio pisałem dużo o technicznych kwestiach komunikacji w systemie Android i Windows, a dzisiaj napiszę o bynajmniej nie technicznym lecz bardziej psychologicznym aspekcie komunikacji. Ponieważ jest to blog gejowski, więc tego rodzaju post będzie z pewnością znacznie ciekawszy niż wczorajsza recenzja nawet najpiękniej nazwanego i najwygodniejszego multikomunikatora do Windows. Otrzymałem bowiem w odpowiedzi na mój anons na jednym z internetowych portali następujący mail od jednego z wielbicieli. Podaje go w oryginalnej pisowni dlatego, że jest ona istotna.

szukasz od miesecy i okazuje sie trudno znallezc mlodeg o z pelnym zbiornikiem spermy!!!!!!!!!!!!!! 

Co można by technicznie powiedzieć o tym mailu? Jest szalenie niechlujny i zdecydowanie przesadnie emocjonalny. O jego niechlujstwie świadczy brak zaczęcia go dużą literą, brak polskich liter i literówki jako takie. Przesadna emocjonalność wyrażona jest ogromną liczbą wykrzykników na końcu. Również treść maila jest strasznie emocjonalna - zawiera bowiem wyraz zamierzonego napięcia. Z jednej strony mamy poszukiwanie od miesięcy (a więc symbol beznadziejności), a z drugiej strony pragnienie znalezienia młodego z pełnym zbiornikiem spermy (a to już nie jest zwykły młody, ale młody z pełnym zbiornikiem spermy - dramatyczna różnica). Innymi słowy, mam przejebane, bo szukam od miesięcy i nie mogę znaleźć młodego z pełnym zbiornikiem spermy.

Być może do końca przejebane nie miałem, bo bardzo szybko odpisałem na swój typowy sposób. Napisałem mu tak: "Fascynuje mnie zawsze jak ludzie swoje własne projekcje potrzeb przypisują innym :)". Oczywiście było to rzucanie pereł przed wieprze i daremny trud - mail podany przez mojego "wielbiciela" był fikcyjny i jako całą odpowiedź dostałem wiadomość od demona pocztowego o niemożności dostarczenia maila. Dlatego tym bardziej chciałem podzielić się tą ciekawostką na moim blogu. Faktycznie, ewidentnie tu widać pewną projekcję własnych problemów przypisywaną komuś innemu. Ktoś krytykujący mnie w sposób racjonalny, i nie mieszający własnych projekcji do krytyki mojego sposobu poszukiwania chłopaka, nie pisałby maila z takim niechlujstwem, pośpiechem i emocjonalnością.

Doceniam jednak ten jego trud, bo gdyby napisał racjonalny mail do mnie, to nie byłoby o czym napisać na blogu :-)

sobota, 7 października 2017

Że co?

Jestem bardzo tolerancyjny w stosunku do ludzi i staram się nie oceniać ich zbyt surowo, tak samo jak staram się też nie tracić z oczu szerszego kontekstu. Można na przykład śmiać się z kogoś dlatego, że jest nieporadny w czymś, ale ten sam ktoś może być super ekspertem w zupełnie innej dziedzinie, w której my jesteśmy nieporadni. Dlatego uważam, że śmiać się z innych ludzi raczej nie warto, chyba że rzeczywiście coś jest autentycznie komicznego. Natomiast nie bardzo lubię ludzkiej głupoty lub też jej młodszej siostry, którą można by określić jako niekumatość. Oczywiście nie śmieję się z tego. Po prostu przeszkadzają mi ludzie, którzy nie bardzo kumają, o co biega.

Pół biedy, jeśli trafi się na taką osobę na czacie i rozmawia się z nią. Żaden problem, podobnie jak trafienie na czacie osoby, która jest ewidentnym kretynem, na przykład należącym do kategorii - jak to niektórzy słusznie określają - myślących fiutem. Na czacie można po prostu taką rozmowę zakończyć i bez problemu o nim zapomnieć. Zupełnie inaczej sytuacja przedstawia się wtedy, gdy wydaje się, że poznaliśmy kogoś potencjalnie interesującego do głębszej znajomości, a nagle okazuje się, że jest on sobą słabo kumatą. Poznałem niedawno takiego bardzo młodego chłopaka, z którym rozmawiam na komunikatorze internetowym.

Nie używam w trakcie tej rozmowy jakiś specjalnie skomplikowanych słów czy zwrotów. A jednak mój rozmówca wielokrotnie pyta mnie "że co?". To tylko pokazuje jego bezradność, ponieważ nie jest on w stanie zrozumieć praktycznie prostych rzeczy. Jeszcze raz podkreślam, że nie używam w rozmowie żadnych specjalnych trudnych słów, ani zwrotów. A mój rozmówca mimo tego często nie rozumie. Podobnie jak nie jest w stanie zrozumieć, że zrobiłem gdzieś prostą literówkę pisząc jakiś wyraz nieco koślawo. Normalnie myślący człowiek łatwo domyśli się, między innymi z kontekstu wypowiedzi, że chodzi o dany wyraz. Poza tym ten chłopak ciągle do mnie wydzwania, nie mając specjalnie nic wartościowego do powiedzenia. Typowe śmieciowe rozmowy - tak zwany small talk. Niestety, jest to ewidentny przypadek kogoś, z kim raczej nie ma sensu znajomości utrzymywać. Nie szukam oczywiście drugiego Einsteina lub tym podobnego geniusza, ale szukam po prostu normalnego człowieka.

Ale jeśli szukam kogoś normalnego, to jednak nie kogoś pod-normalnego.

piątek, 25 sierpnia 2017

Upierdliwa weryfikacja

Trafiły mi się wczoraj akurat dwie rozmowy, nawet w tym samym czasie, które miały identyczną, jak to nazwałem temacie dzisiejszego posta upierdliwą weryfikację. Dwie osoby, które miały jednocześnie podobnie upierdliwe podejście do kwestii przesyłanych na czacie zdjęć. Pierwszy rozmówca wykazał się nie lada myśleniem, bo gdy wysłałem mu swoją fotografie, prosił bym dosłał mu zrobione ad hoc mu zdjęcie z ze środkowym palcem do góry - czyli naśladującym ostatnio popularną reklamę napoju Tiger. Chodziło nie o zabawę na gęsty, ale o weryfikację tego, że to ja na pewno na tym zdjęciu, które wcześniej mu wysłałem. Dobrze, że nie kazał mi zakładać tych samych okularów do nowego zdjęcia.

Poradziłem mu, aby po prostu odpalił sobie jakiś komunikator posiadający opcję wideo-rozmów i zobaczył mnie na żywo na kamerce, bo to będzie wystarczający dowód na to, że ja to ja. Akurat nie miał takiego komunikatora, natomiast robienie tego rodzaje zdjęć uznałem za idiotyczne. Wytłumaczyłem mu dlaczego tak uważam - po prostu gdy poznajemy kogoś do związku, to wszelkiego rodzaju kłamstwo ma krótkie nogi. Nasz wygląd zostanie zweryfikowany na pierwszym spotkaniu. Informacje, które sobie podajemy, prędzej czy później także będą weryfikowane. To, co będzie budowane na kłamstwie, będzie w przyszłości obracać się przeciwko nam. Kłamstwo przy poznawaniu do związku się po prostu nie opłaca. A jeśli jest to już jakieś drobne, ale weryfikowalne przez rozmówcę kłamstwo taktyczne, to wypada się do niego jak najszybciej przyznać, gdy tylko będzie to możliwe. Choć ja nie jestem zwolennikiem tego rodzaju wykorzystującej małe kłamstwa taktyki.

Drugi rozmówca z kolei miał trochę inne, bardzo ciekawe pojęcie do robienia zdjęć. Mianowicie jako osiemnastolatek wychowany w obrazkowym stylu bardzo chętnie korzystał ze Snapchata, a przez to uważał za autentyczne tylko takie zdjęcia, które były robione w Snapchatowym stylu, czyli po prostu fotki pstrykane na prawo i lewo w realnym życiu. Zdjęcia na Snapchacie to zdjęcia o charakterze brulionowym, rejestrujące chwilę migawkowe fotki, nieplanowane i spontaniczne. To pewien rodzaj fotografii, który jak najbardziej ma rację bytu. Ja jednak wolę zdjęcia trochę bardziej przemyślane, czasem upozowane, czasem staranie skomponowane, chociaż robię je również bardzo szybko, bo bardzo szybko jestem w stanie je w głowie sobie ustawić i zaplanować, a następnie realizacyjnie sfotografować. Cenię staranniej przemyślane zdjęcia o charakterze fotografii artystycznej, portretowej lub tym podobnej, bo do takiej jestem przyzwyczajony. Snapchat rządzi się innymi prawami, a dla mojego drugiego rozmówcy zamieszczenie zdjęcia wykonanego w konwencji, do której sam jest przyzwyczajony, było po prostu autentyczne.

Jak widać można robić problem nawet z wysyłaniem zdjęć - do tego stopnia, że dziwnym trafem moi rozmówcy sami nie wysłali mi swoich zdjęć w zamian.

wtorek, 18 lipca 2017

250 dziewic

Jakiś czas temu przeczytałam we "Wprost" ciekawy artykuł mówiący o tym, że w Polsce żyje już 250 konsekrowanych dziewic, czyli o 30 więcej niż w roku ubiegłym. Są to więc kobiety, które ślubowały zachować dziewictwo aż do śmierci. Oczywiście jest to związane z poddaniem się różnego rodzaju wymaganiom wystawianym przez Kościół, bo wszystko to dotyczy oczywiście osób głęboko wierzących. Chyba zresztą trudno byłoby znaleźć inną wspólnotę ludzką, która by dziś żądała dziewictwa na całe życie. Wszak rzymskich Westalek już nie ma.

Już wyobrażam sobie, jak ustosunkowałoby się do tego lewactwo, wyśmiewające instytucję konsekrowanego dziewictwa. Zapewne wpadliby na pomysł, aby pożartować z tego, że księża będą się bawili w ginekologów i sprawdzali co jakiś czas, czy dziewica nadal jest dziewicą. Ale księża tego robić nie będą. Dlaczego? Bo ufają tym kobietom. A zaufanie dla lewaka to coś niebywałego. On uważa, że tam, gdzie tylko się da, trzeba wszystko kontrolować urzędowo. Bo lewak z reguły nie wierzy ludziom. Stąd też jego pogarda dla wiary, także tej będącej wiarą w ludzi jako takich.  

Możemy czegoś nie zaakceptować i uważać na dziwaczne, ale w końcu każdy człowiek ma prawo tak żyć, jak chce. Jeśli tym życiem nie przeszkadza innym ludziom, to nie mamy prawa go zmuszać do tego, aby przyjmował inne poglądy, nawet jeśli uznajemy je za słuszne. Takie jest przynajmniej moje zdanie. Wolność wyboru, podobnie jak sumienie, to filary człowieczeństwa i pozbawianie człowieka wolności wyboru, to pozbawianie go właśnie człowieczeństwa jako takiego. Dlatego też uważam, że powinniśmy zastanowić się, zanim będziemy próbować narzucać komuś swoje własne poglądy.

Ale dziwić się cudzym wyborom zawsze możemy :-)

sobota, 29 października 2016

Wierna żona

Robienie masaży ma taką zaletę (lub "zaletę"), że ma się kontakt z różnymi ludźmi. I taki kontakt niedawno mnie zaszczycił. Przez SMS. Pani, co domyśliłem się z pierwszej wiadomości, pytała mnie, czy masuję też piersi. Otóż raczej nie, bo masuje gładkie płaskie części ciała, po których dłonie mogą tańczyć. A tego rodzaju płaty skóry bez niepotrzebnych wzgórków, żeber lub kolan, nie mówiąc już o miejscach intymnych, są z tyłu. Ale takie pytanie jeszcze by nie dziwiło, każdy może zapytać. Dalej było już tylko ciekawiej.

Pani chciała wysłać zdjęcie piersi lub ciała z tyłu. I wysłała mi MMS, ale w moim telefonie aby go odebrać trzeba przełączyć transmisję danych na drugi numer, co mi się nie opłaca, więc robię to tylko wtedy, gdy to jest konieczne. Oczywiście na pewno nie jest to konieczne w przypadku takiej pani, która szafuje swoim rozebranym ciałem. Dalej było jeszcze lepiej - pani zadeklarowała, że jej mąż miał fantazję komuś zrobić loda. A potem mnie zapytała, czy wszedłbym w nią od tyłu w czasie masażu. Gdy udałem, że nie wiem o co chodzi, to sprecyzowała czy bym ją przeleciał.

Pewnie ją nieco zmartwiło, że jej odmówiłem. Zapytała więc, czy jak umówię jej męża to będzie mi mógł zrobić loda. Odesłałem ją do innych amatorów przygód. I zastanowiłem się przez chwilę nad tym, czy chciałbym mieć żonę (lub szerzej - drugą połówkę), która by takie deklaracja składała obcej osobie i rwała się do dawania dupy komu popadnie. Choć, jak pomyślałem sobie, jeśli to co ona pisała o swoim mężu jest prawdą, to chyba stanowią oni jakieś małżeństwo swingersów, które pieprzy się z kim popadnie. Z jednej strony daje to zgodę w rodzinie, z drugiej... Nie będę oceniał, każdy ma prawo robić co uważa za stosowne, ale to nie mój styl.

Oczywiście po mojej odmowie seksu jej ochota na masaż - poszła w pizdu ;-)

niedziela, 2 października 2016

Cywilizacja

Mówią, że cywilizacja jest głównie w miastach. A ja obserwuję paradoksalnie cywilizację wyższego lotu na wsi, gdzie teraz mieszkam. Wieś to co prawda umowna, taka suburbia raczej, ale zawsze to nie ona robi łunę na niebie, tylko łunę wdać na południu, gdzie jest Warszawa. Gdy mieszkałem w poprzednim lokum w Warszawie, w wielkim blokowisku na kilka tysięcy osób, to miałem przez ściany aż ośmiu sąsiadów. I sąsiedzi od lewej strony (oznaczając z pozycji, w której siedziałem przy biurku) co jakiś czas kłócili się i rzucali kurwami, a nawet tłukli jakieś przedmioty lub walili coś na podłogę. 

Teraz mieszkam w małym domku à la dacza letniskowa (tyle, że nie tak ładnym i nie z widokiem na piękne okoliczności przyrody) i mam tylko jednych sąsiadów, w doklejonym do mojego drugim domku. Też po lewej (jak widzę siedząc przy biurku). I też się kłócą. A to już wyższa kultura cywilizacyjna, bo kłócą się po angielsku. Jest tam bowiem Polka i jej partner, jakiś cudzoziemiec z kręgu Indii, Arabii czy tym podobnego. I nic nie kurwują, nie tłuką, co najwyżej kuksną w ścianę i mnie obudzą (gdy sam prawie już nie śpię). Ostatnio mnie tak obudzili o 4 w nocy. Ale to nie problem - spałem za dnia i wieczorem (od 16 do 20), byłem więc na tyle wyspany, że mogłem w ogóle wstać do życia. 

A planowałem właśnie tego dnia bardzo wczesne zakupy w sklepie. Tak około 7, po budziku. Wszystkiemu winny kątnik domowy. Taki wielki pająk, o rozpiętości nóg kilka centymetrów - u mnie wyszedł sukinsyn spod szafki na szybki spacerek. Bezczelnie na moich oczach. Jak uciekł pod nią i próbowałem go kijem od szczotki wyciągać, to pobiegł pod łóżko. Próbowałem go tam zatłuc, ale wskoczył wyżej, gdzieś do środka kanapy. Ktoś teraz powie, że to już nie cywilizacja - ale wieś. Poczekaj, poczekaj z taką opinią. Trzeba będzie przecież zastosować nazistowskie metody - a to też inna cywilizacja - i wytruć go. Dlatego idę kupić nie tylko chleba naszego powszedniego, ale także coś złowrogiego na pająki. Bo tak się składa, że małe pająki mi nie przeszkadzają, ale wielkie nadają się tylko do eksterminacji.

A eksterminacja to przecież także cywilizacyjne pojęcie.

piątek, 29 lipca 2016

V-2

Rakiety V-2 były bardziej niebezpieczne od V-1. I tak samo jest w moim dzisiejszym opisie. Wczoraj był nieporadny mentor, a dziś - potencjalny oszust. Mój V-2 był chłopakiem ponoć po studiach wyższych, czyli człowiekiem na poziomie, pracującym w dobrej korporacji z szansą na awans. Miał w Warszawie mieszkanie kupione przez rodzinę i jeździł często po Polsce lub za granicę na kontrakty i szkolenia. Partner potencjalnie rozsądny i poważny. Ktoś komu można zaufać życie razem. Gdzie więc tkwił problem?

Liczne elementy zaczęły mnie w jego zachowaniu niepokoić. Niby wiele zarabia, niby ma limit dzienny wydatków kartą, ale jakoś akurat dziś ma wypełniony ten limit pod korek. I zakupów nie zrobi ze mną, ale zje mi coś, co sam mam w domu. Pisze w czasie rozmowy ze mną na komórce (ale każde dziecko Facebooka i WhatsAppa może tak robić). A potem nagle okazuje się, że mieszkanie mu zalało i musi lecieć. Chce zostawić u mnie pokazującego film swojego notebooka i tak sobie polecieć do domu. Wcisnąłem mu komputer z powrotem, boję się takiego zostawiania rzeczy u mnie. Podejrzane to. Kto wie czy by wparował potem z policją i oskarżył mnie o kradzież. Nieswojo bym się czuł z jego komputerem u mnie.

A co do tego zalanego mieszkania, to usilnie nie chciał mi go pokazać w realu, ani poprosić o pomoc w jego osuszaniu, co bym przecież chętnie zrobił. Podejrzane to - obstawiam, że mieszkanie to bajka. Zresztą, złożyły się także na to jego inne zachowania, których moim zdaniem osoba mająca własne mieszkanie nie podejmuje. A potem błagał mnie o przenocowanie - zupełnie jak latawiec bez dachu nad głową skaczący z mieszkania do mieszkania. Ale najzabawniejsze zdarzyło się kolejnego dnia. Umówił się ze mną wstępnie na wieczór na spotkanie i nagle po chwili dzwoni, rozanielonym głosem dopytując czy zaraz będę. Umawiał się na zaraz z kimś innym, tylko pomyłkowo wykręcił do mnie. A najzabawniejsze w tym całym poznawaniu było to, że już patrząc na jego zdjęcie na WhatsApp miałem jakieś intuicyjne złe przeczucia.

Czyżby moja intuicja wypatrzyła, że mu źle z oczu patrzy?

czwartek, 28 lipca 2016

V-1

Dziś mały cykl o poznawanych ostatnio i nieodpowiednich dla mnie (i chyba dla większości ludzie) potencjalnych partnerach. Stąd tytuł, będący nawiązaniem do hitlerowskich rakiet, bo poznany mógłby przynieść więcej szkody niż pożytku. Mój V-1 okazał się młodym chłopakiem, który podkreśla że już od 20 roku życia sam się utrzymuje (ma dwadzieścia kilka lat). Ma bardzo fajny gejowski głos i miłą aparycję. Byłby więc pod tym względem wspaniałym partnerem do życia. Ale co w nim odpycha?

Z jednej strony brak zrozumienia sytuacji lub potrzeb drugiej osoby, połączony z wybujałym mentorstwem. On lepiej wie co jest dla mnie dobre, mimo że kompletnie nie ma pojęcia, jaka jest moja całościowa sytuacja. Im bardziej zaś ta sytuacja jest niejednoznaczna i delikatna do rozwiązywania, tym bardziej jego pchające się w moje życie z butami mentorstwo jest dokuczliwe i odrażające. Ale nie to było przyczyną zakończenia z nim znajomości. Po pierwsze, obiecał mi pewną pomoc, której nie wykonał, a która była mi bardzo potrzebna i jej brak znacznie utrudnił mi życie. Ale to nie wszystko.

Po drugie, postanowił popracować w dziedzinie, w której ja pracuję, polegającej na pisaniu treści. Nikomu nie trzeba tłumaczyć, że wymaga to zdolności literackich i świeżej głowy zdolnej do twórczego układania zdań. I ten człowiek prosi mnie abym za niego pisał, albo przynajmniej obmyślił dla niego (co jest niewiele łatwiejsze od pisania) treść tekstu próbnego, który musi podać w miejscu gdzie i ja pracuję. Mój Boże, skoro nie umie napisać komfortowo dowolnego tekstu próbnego, to jak ma sprostać pisaniu tekstów realnych? A one wymagają często nie lada kombinowania. I ten chłopak z jednej strony nie wywiązując się z obietnicy pomocy mi, z drugiej strony naciska mnie o pomoc w pisaniu tego tekstu. Skurwysyńsko egoistyczne podejście.

A że sam mam egoizm po ojcu, z którym walczę - więc taki egoizm u innych też mnie zraża.

czwartek, 14 lipca 2016

Lewicowa tolerancja

Miałem jakiś czas temu okazję przekonać się na własnej skórze o tym, co w praktyce oznacza lewicowa tolerancja. Otóż rozmawiałem z osobą, która deklaruje się jako wspierająca jawnie aktywistów i ruch LGBT, a poglądy ma oczywiście bynajmniej nie konserwatywne. Rozmowa dotyczyła podejścia do ogródków. Oczywiście nie tych ziemnych. Chodzi o tak zwany własny ogródek, czyli coś, co się samodzielnie robi i pielęgnuje, na przykład dla własnej przyjemności posiadania takiego lub innego hobby. I w tym zakresie zauważyłem pewne bardzo niepokojące różnice.

Celowo nie zdradzę czego dokładnie dotyczyła rozmowa, bo na użytek tego postu wystarczy sprowadzenie tego na poziom najbardziej ogólny i abstrakcyjny. Chodzi bowiem o pewien mechanizm działania i pewne podejście do świata. Najpierw napiszę jakie poglądy mam ja, będąc prawicowym konserwatystą (aczkolwiek otwartym także na idee liberalne). Otóż mój własny ogródek jest dla mnie moją prywatną sprawą, o ile oczywiście nie szkodzi to innym. Mam prawo "uprawiać go" tak, jak to uznaję za słuszne. Jednocześnie szanuję takie samo prawo u innych. Nawet jeśli nie podoba mi się cudzy "ogródek", to jedynie mogę zasugerować pewne w nim zmiany, ale nigdy nie będę ich narzucał. Bo skoro optuję za autonomią mojego "ogródka", to logiczną konsekwencją jest szanowanie autonomii innych.

Jak zaś widzi to lewicowiec? Ma głębokie przekonanie, ze jego "ogródek" jest najlepszy z możliwych. Naturalnie, każdy może (i nawet powinien) mieć takie przekonanie, w końcu poświęca nieraz wiele czasu na dopieszczenie swego "ogrodu". Ale problem zaczyna się wtedy, gdy lewicowiec usiłuje za wszelką cenę narzucić swoją wizję "ogródka" innym. Podkreśla przy tym, że zmiany są konieczne, bo po prostu (w domyśle) tylko jego wizja jest słuszna. I tu tkwi problem. Konserwatysta szanuje autonomię swoją, ale także (per analogiam) autonomię innych. Postępuje według zasady "nie czyń drugiemu co tobie niemiłe". Zaś lewicowiec (nie dociekam nawet z jakich powodów) jest przekonany, że tylko on ma monopol na słuszność i innych trzeba pouczyć i zmienić. Niestety, lewica ma taką idée fixe pomagania innym za wszelką cenę. Lewica po prostu nie wierzy w samodzielność człowieka. I w to, że człowieka wcale nie trzeba ciągle prowadzić we wszystkim za rączkę.

A ja wierzę, bo właśnie nasza samodzielność (i możliwość popełniania błędów także) to istota naszego człowieczeństwa, odróżniająca nas od bezwarunkowo sterowanych instynktami zwierząt.

wtorek, 12 lipca 2016

Waga marzeń

A dziś przykład negatywnego myślenia, przynajmniej z mojego punktu widzenia, ale ujętego przynajmniej w dość przyjemny sposób. Mamy tu bowiem poruszony temat sponsoringu. Ale nie sam sponsoring jest ciekawy. Przeczytajmy jednak najpierw anons zamieszczony przez jakiegoś siedemnastolatka. 

Witam mam 17 lat jestem z Katowic natomiast poznam kogoś z Warszawy kogoś kto pomoże wiadomo w jaki sposób głownie mi trzeba pięć zero zero jestem normalnym poukładanym chłopakiem ambitnym wiadomo że tutaj raczej nikt tyle nie ma dlatego jeśli jesteś fajny to się dogadamy dołączam zięcie i proszę o sms nigdy nie robię tego za sumę bo rzadko zmieniam partnerów potrzebuje żeby spełnić marzenie jestem normalny poukładany ambitny proszę o sms

Powstaje pytanie - z ciekawości - o to, na co te pięć zero zero ma być przeznaczone. I tu ogłosiłem swój wewnętrzny konkurs. Wygrała supozycja, że to jakiś nowy ciuch lub buty. Albo komplet (na przykład buty i bluza). Bo jak a telefon to trochę za mało - obstawiałbym przynajmniej osiem zero zero. A na same życie i codzienne wydatki to chyba kwota za wysoka. Wydaje mi się, że anons wskazuje raczej na jej jednorazowych charakter. 

A co jest w tym przyjemne? Ta deklaracja, że nigdy nie robi tego za sumę (pięknie ujęte). Może nie robił, ale kiedyś trzeba zacząć. A trzeba, bo jest marzenie. I ponieważ jest ładny, więc ma szansę je dość szybko spełnić. Jak nie za jednym razem, to na raty. Ale nie zamierzam go krytykować za to. Wykazał się inicjatywą. Ktoś powie, że kurewską. I co z tego? Ważne, że potrafi chwytać życie jak byka za rogi. A inicjatywa w życiu mu się przyda, bo przecież kurwą całe życie nie będzie.

No chyba, że zostanie politykiem ;-)

poniedziałek, 11 lipca 2016

Chwila refleksji

Niekiedy z anonsami bywa tak, że ich lektura może stać się i dla nas chwilą refleksji w ważnych sprawach. Nikt nie jest bowiem bez wad i zidentyfikowanie ich u siebie, nawet na podstawie cudzego opisu lub przypadku, może być bardzo pomocne także w poprawianiu naszego własnego życia. Taką refleksję dla tych bardziej myślących ma na pewno ten może nieco za długi, ale ważny anons, który przytaczam z kimś nie znanym bliżej z wieku lub miejsca.

Wchodząc na portale takie jak ten w oczy razi pornografia. Setki ofert chłopaków chętnych na niezobowiązującą przygodę każdego dnia pisze o swoich pragnieniach. Pośród wielu tych ogłoszeń trafiają się takie, które swoją treścią celują w gusta ludzi, którzy poszukują miłości. Jednak te ogłoszenia są najgorsze, ponieważ wprowadzają w błąd. Jak zdążyłem się zorientować na ogromnej frekwencji internautów większość szuka pewnego rodzaju ideału. Przykładowo: 40 latek - marzy o 20-23 latku, 18 latek - najczęściej szuka 18-19 latka, 30 latek - szuka 25-35 latka. Otóż proporcje są różne. Jednak to co łączy wszystkich tych ludzi to, że każdy z nich pragnie szczupłego chłopaka, najlepiej blondynka o niebieskich oczach, będącego studentem uczelni wyższej. Kogoś lepszego od siebie samego. Kogo wykorzysta, a jak mu się znudzi to go wyrzuci i poszuka kolejnej ofiary. To smutne, ale prawdziwe. Nie dziwie się, że normalni chłopcy, gdy pierwszy raz zajrzą na taką stronę to więcej się na niej nie pojawiają. To zwykły instynkt samozachowawczy. Stąd też opinia polskiego społeczeństwa na temat mniejszości seksualnej. Miłość i życie z drugim człowiekiem nie polega na bilansie korzyści jakie płyną z takiej relacji. Każdy kto ma zdrową psychikę i serce na właściwym miejscu nie traktuje drugiego człowieka jak kawałka mięsa, przedmiotu. Prawdziwa miłość to pewnego rodzaju więź psychiczna polegająca na BEZINTERESOWNYM ofiarowaniu siebie oraz swojego czasu drugiej osobie. Bycia razem niezależnie od okoliczności. Wspierania się nawzajem. Okazywania sobie ciepła. Także całkowitego zaufania drugiej połówce. Łatwo jest o czymś mówić, ale staje się to puste nie mając odniesienia do stanu faktycznego. Takie właśnie są ogłoszenia gejów poszukujących "miłości". Ktoś taki obieca ci wiele. Pod warunkiem, że bezinteresownie oddasz mu swoją duszę. Na koniec jednak zostaniesz sam, bo coś co nie ma solidnych podstaw rozleci się niczym zamek z piasku, gdy nadejdzie fala przypływu.

Oj napisał solidną rozprawkę, ale warto było czytać! I co na to powie typowa gejowska obrażalska panienka? Że to jej oczywiście nie dotyczy, bo ona sama jest bez skazy. A co ja na to powiem? Że te myśli, które autor wyraził trzeba mieć zawsze na uwadze poznając kogoś. Czy szukając swojego ideału nie skrzywdzę kogoś, kto zupełnie na taką krzywdę nie zasłużył? Czy moje intensje są uczciwe? Czy sam nie mylę pojęć? Czy sam siebie (i przy okazji innych) nie oszukuję? Warto ciągle się nad tym zastanawiać. I warto być czujnym.

Ja sam zrobiłem przy okazji lektury tego anonsu mój własny rachunek sumienia. Czy szukałem kogoś tylko po to aby go potem porzucić jak zużytą zabawkę? Nie. A czy zdarzyło mi się, że kogoś zbyt powierzchownie oceniłem i nie doceniłem? Niestety tak. Czy to wynikało z mojej złej woli? Nie. A z czego? Z braku życiowego doświadczenia w tych sprawach. I z ulegania własnym z góry narzuconym schematom myślenia. Ale dzięki temu, ze teraz o tym wiem i je rozumiem, to mogę je zmienić lub usunąć z głowy.

Wyciągajmy wnioski i nauki także z cudzych anonsów - przyda się to :-)

sobota, 9 lipca 2016

Kto rano wstaje...

Ostatnio eksperymentuję z różnymi kombinacjami wstawia i zasypiania. Ale u mnie to jest bardziej skomplikowane niż u wielu innych osób. Niedawno wyczytałem coś, co potwierdza słuszność mojej koncepcji. Okazuje się bowiem, że zdrowo i zalecane jest jednak, aby nie spać tylko raz dziennie. To bardzo mnie ucieszyło. Nawet nie dlatego, że często śpię 2-3 razy dziennie, ale dlatego, że lubię być przeciw utartym schematom - a należy do nich na pewno "spanie na baczność" jakie do niedawna propagowano. Czyli spanie tyle a tyle godzin jednym ciągiem.

Okazuje się, znów na podstawie badań jakiś naukowców, że lepiej spać dwa razy dziennie, bo regenerujemy się podwójnie i mam dwa okresy wypoczęcia i lepszej aktywności w ciągu doby. A ja z kolei od dawna staram się stosować coś, co nazywam metodą Edisona - bo Thomas Edison znany był z tego, że podobno nie spał w klasycznym tego słowa znaczeniu (raz dziennie) ale urządzał sobie regularne drzemki, przez co mógł pracować wirtualnie całą dobę. Podobnie miał spać Nicola Tesla. O nich mówi się, że spali po 4 (Edison) lub nawet 2 godziny na dobę (Tesla). Ja aż tak hardcorowy nie jestem :-)

Oczywiście spać się powinno także tyle, ile potrzebuje tego nasz organizm. Ale jak odkryć ile potrzebuje? Jak odróżnić potrzebę snu, czyli regeneracji, od lenistwa i braku chęci zerwania się z łóżka? To jest u mnie duży problem. Wręcz największy problem. I dlatego prowadzę różne eksperymenty ze wstawaniem, zasypianiem i pracą lub inną aktywnością. Na pewno lubię pracować do późna w nocy. Obecnie nawet do 3-4. Budzik zaś przestawiłem z 8 na 7. Co nie znaczy, że zawsze wstanę z budzikiem. Ważne jednak, aby wyznaczyć granice, własne granice rzeczywistego zapotrzebowania na sen. 

A potem, oczywiście, być konsekwentnym w ich egzekwowaniu ;-)

czwartek, 7 lipca 2016

Nie potrafią przegrywać

To stara jak świat prawda - ludzie na ogół nie potrafią przegrywać. Na czatach gejowskich objawia się to także w zabawnej, karykaturalnej wręcz postaci. Miałem taką rozmowę niedawno na nicku zawodowym, czyli sugerującym, że wykonują masaże. Pan z Mokotowa napisał mi na ślepo abym wpadał - nawet nie zapytał co robię i czego mógłby się po tym moim wpadnięciu spodziewać. Odpisałem mu, że jak zamówi masaż, to wpadnę. W końcu nie wpadam na słowo z czata, to dla mnie niewiarygodne. Aby zamówić masaż trzeba potwierdzić to telefonicznie lub esemesem. 

A pan napisał, że nie płaci. No to mu napisałem, że jeśli nie płaci, to nie ma. I on na to od razu odpalił mi tekst - spadaj gejowska kurwo. Pięknie i poetycko to ujął. To skrót myślowy, i to podwójny - z jednej strony kurwa jako ktoś, komu się płaci (nawet jeśli ta "kurwa" robi tylko masaż), a z drugiej strony to przy okazji praktyczna obelga wobec kogoś, kto nie podpasował temu panu do jego koncepcji szybkiego, darmowego seksu. Bardzo zabawne są te rzucania się i przytupywania na czacie, gdy okazuje się, że komuś nie poszło po jego myśli.

Ja w takich sytuacjach zachowuję stoicki spokój i rezygnację. Trudno, no problemo - tak to już w życiu bywa. Nie każdy każdemu odpowiada. Bo co mam robić? Denerwować się? Rzucać na kogoś. komu się nie spodobałem, obelgi? Przecież tym tylko się ośmieszę. Trzeba umieć przegrać - i umieć grać dalej. A poza tym nasuwa się taka praktyczna refleksja – jeśli ktoś przegrywając natychmiast zrzuca maskę, to i w życiu z nami jako partner pewnie by nie raz także maskę zrzucał. Bo w życiu razem też się wiele razy przegrywa i też trzeba umieć to robić z klasą. I też gra się dalej.

I tylko wtedy można wygrać.

środa, 29 czerwca 2016

Całkiem inny

Taki nick miał ktoś, z kim postanowiłem popisać na czacie, bo szukał on do czegoś więcej niż przygody, a to na czacie jest już samo w sobie pozytywnym ewenementem. Zacząłem więc z nim rozmowę. Ale od razu moja intuicja raka wyczula, że kiepska to będzie konwersacja. Mój rozmówca bowiem zaczął mnie dość obcesowo wypytywać. Nie było w tym życzliwości, jaką mają ludzie pragnący się poznać do jakiejś naprawdę głębokiej relacji. A to już katastrofalnie wróżyło dalszemu poznawaniu się.

A potem nastąpiły nie miej obcesowe pytania o moje doświadczenia - napisałem, że mam wystarczające, aby wiedzieć kogo nie szukać. Wreszcie ów obcesowy rozmówca zapytał mnie czy robiłem skoki w bok i umawiałem się na seks dla seksu. Napisałem zgodnie z prawdą, że nie robiłem skoków w bok i że się umówiłem kiedyś na seks dla seksu, aby przekonać się czy takie coś w ogóle ma sens. A mój panicz od razu zapienił się, napisał, że nie uznaje testowania ptakiem i zamknął z hukiem rozmowę. Nie doczytał widać tego, że nie chodziło o testowanie ptakiem, ale o przekonanie się czy w ogóle seks dla samego seksu ma z mojego puntu widzenia sens.

Śmieszne to było. Ale ułożył mi się w głowie jego obraz. Człowiek ten ma swoistą obsesję na punkcie swojej wydumanej inności i swojego przekonania o braku skoków w bok i jakiegokolwiek spotykania się dla seksu. O ile popieram brak skoków w bok, o tyle rozumne spotykanie się na seks uważam za niekiedy zasadne. Po pierwsze, seks jest dla ludzi, więc jeśli ktoś jest wolny, to może z niego korzystać. Po drugie sztuczne i bezwyjątkowe zamykanie się na taki seks nie jest (moim zdaniem) cnotą, ale dewiacją. Jest taką samą dewiacją, jak obsesyjne mycie rąk co chwila. Trzeba po prostu mieć swój rozum także w sprawie korzystania z seksu. A jego postawa rodzi obawy, że może mieć on podobnie skrzywione poglądy także w innych kwestiach życia, o wiele bardziej konfliktogennych niż seks, w którym jak się jest w związku i kocha partnera, to się nie skacze w bok.

Niestety, w życiu trzeba się dobrać zrozumieniem, a nie wykluczaniem się.

wtorek, 28 czerwca 2016

Niepewność

W życiu, jak w horrorze, najbardziej przeraża niepewność co do rozwoju wypadków, a nie sama akcja. Może dlatego, że niepewność paraliżuje, jest duszna, krępuje myśli i wolę - zaś akcja wymusza reakcję, działanie, myślenie. Nie ma wtedy czasu na rozpamiętywane i stresowanie się z góry, ale jest czas na bieżące ogarnianie sytuacji. W moim życiu często takie sytuacje wymagające akcji niosły ze sobą lepszą przyszłość. Mimo, że sama akcja wydawała się tragedią, to jednak jej negatywne skutki szybko parowały, a pozytywne na długo zostawały.

Niestety, nie ma nigdy gwarancji na to, że taka lepsza przyszłość do tej pory wiązana z cięższymi życiowymi wydarzeniami będzie dalej się powielać. I że kolejne życiowe ciężkie i stresujące próby tak naprawdę zostaną w pamięci tylko od ich pozytywnej strony. Nie ma na to gwarancji. Choć są pewne elementy - w moim życiowym przypadku - które mogłyby wskazywać na zasadność takiego oczekiwania. Otóż w moi życiu często spotykam się także z drobnymi kroczkami pozytywnych zmian. I to może być podstawą do wiary w optymistyczną przyszłość. Ale tylko wiary - a nie pewności.

Te drobno kroczkowe zmiany można porównać do zdobywania żywności przez głodnego człowieka. Potrzebny jest mu solidny obiad aby stanąć na nogi. Ale zanim ten obiad ewentualnie otrzyma, to znajduje tu i ówdzie jakieś drobne kawałki jedzenia, A to kanapka, a to cukierek, a to jakiś owoc. I choć to nie jest obiad, który go zbawi, choć nie zaspokoi to w pełni jego głodu, to jednak przynajmniej coś zje małymi kroczkami i ma poczucie, że może nie wszystko stracone i może w końcu albo zje ten obiad, albo znajdzie tyle tych drobniejszych porcji jedzenia, że one w sumie za obiad wystarczą. Czy uda się zjeść tyle ile trzeba - nie wiadomo. Ale wiadomo przynajmniej, że te lub kolejne drobne kęsy już się zjadło. A to jest jakiś drobny postęp dający podstawę do wiary w lepszą przyszłość.

Wiara jest ważna w życiu, ale nie zawsze gwarantuje, że zamiast jedzenia nie obejdziemy się smakiem.