Pokazywanie postów oznaczonych etykietą technika i komputery. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą technika i komputery. Pokaż wszystkie posty

sobota, 20 stycznia 2018

Mały Brat

Od dawna określa się mianem Power Usera komputerowego, czyli kogoś posiadającego wystarczająco dużą wiedzę umożliwiającą mu walkę ze sprzętem komputerowym, a więc na przykład jego zaawansowaną konfigurację i usuwanie problemów. W końcu z komputerami mam do czynienia już od ponad 30 lat. Dlatego bardzo wkurza mnie sytuacja, gdy nie jestem w stanie poradzić sobie z komputerem i muszę się poddać. Jakiś czas temu miałem taką porażkę właśnie u rodziny. A poszło o "Małego Brata" - czyli niewielką drukarkę Brother.

Ta drukarka kupiona była specjalnie jako urządzenie wielofunkcyjne posiadające opcję WiFi. I okazało się, że to WiFi w jakiś sposób nim nie działa. Próbowałem to zainstalować, ale w końcu poddałem się. Wczoraj zostałem za wezwany do rodziny po to, żeby wydrukować i podpisać pewne dokumenty niezbędne do realizowanych ostatnio czynności. Musiałem więc zainstalować drukarkę Brother po to, aby móc te wydruki wykonać. Zainstalowałem ją oczywiście najpierw poprzez kabel USB i w ten sposób udało się ją podłączyć się do notebooka. Kiedyś instalowałem ją wcześniej na tym notebooku, ale od tego czasu był on w serwisie i na pewno wyczyszczono mu wszystko.

Przez kabel USB udało się wydrukować dokumenty, na których mi zależało. Problem jednak polegał na tym, że chciałem umożliwić pewnej osobie wykonywanie wydruków bezpośrednio z jej telefonu komórkowego. I postanowiłem ponownie podejść do instalacji drukarki pod WiFi. Tym razem dodatkowym smaczkiem było to, że musiałem odzyskać hasło do WiFi z rejestru systemowego po to, aby móc je wpisać zarówno u siebie w nowym telefonie, jak i w urządzeniu wielofunkcyjnym. I okazało się, że faktycznie wszystko zaskoczyło. Zainstalowałem na tamtym telefonie apkę firmy Brother i dzięki niej był on w stanie nie tylko drukować, ale również skanować zdalnie z tego urządzenia. Odniosłem więc spóźnione, ale zasłużone zwycięstwo.

Nawiasem mówiąc, typowe zwycięstwo komputerowe dlatego, że kompletnie nie mam pojęcia z jakiego powodu wcześniej nie udało się jej skonfigurować :-)

piątek, 12 stycznia 2018

Pozytywna blokada

Tworzenie tapet na telefon to dla mnie bardzo duże wyzwanie dlatego, że tapety muszą być pod każdym względem perfekcyjne. Mając przez 4,5 roku Samsunga kilka razy zmieniałem w nim tapety. Ale na Samsungu było ich w użyciu cztery - po jednej na ekran blokady i po jednej na ekran telefonu dla każdej z obu kart SIM. W przypadku mojego Asusa wystarczą dwie tapety - na ekran blokady i do telefonu. Nie są rozróżniane tapety w zależności od kart SIM będących w użyciu. To oczywiście ułatwia mi nieco zadanie. Ale nadal obowiązuje mnie w tym zakresie bezwzględny perfekcjonizm. Pod pewnymi względami tapety umieszczone na Asusie są jeszcze lepiej wykonane niż tapety na Samsungu, mogłem bowiem ulepszyć do perfekcji pewnie ich detale.

Zaś co do tematów samych tapet... Początkowo przygotowywałem do telefonu tapety z moimi obrazkami z kolekcji yaoi. Na Samsungu poza tematami yaoi miałem też własne zdjęcia z Mazur lub inne. Czasem koncepcja tapet była podzielona - jedna karta SIM miała tapetę z yaoi, a druga z jakiegoś mojego zdjęcia. Na Asusie postawiłem od razu na zupełnie inny temat, którego do tej pory nie wykorzystywałem - czyli moje ulubione Star Wars. Początkowo planowałem umieścić jako główną tapetę stojącego bokiem Lorda Vadera, ale w końcu trafiła ona na ekran blokady. Tapetą na samym telefonie był przepięknie upozowany Mistrz Yoda, patrzący gdzieś w zadumie.

To idealnie perfekcyjna tapeta dlatego, nie tylko Yoda jest tak umieszczony, iż na większości ekranów jego twarz jest odsłonięta, ale również dlatego, że tapeta ściemnia się do czerni na brzegach, przez co bardzo elegancko komponuje się z czarnym przodem telefonu (niekiedy nie widać nawet tego, gdzie się kończy tapeta i zaczyna ramka telefonu). Wczoraj postanowiłem jednak zmienić ekran blokady - wydawało się, że Lorda Vadera zastąpi Lich King z World of Warcraft. Niestety, nie do końca spełnił moje oczekiwania. A to nie był zbyt ostry, a to nie był ściemniany do czerni na rogach. I tak idealną tapetą blokady okazał się jakiś anonimowy portret szturmowca z czerwonymi oczami ze Star Wars Battlefront II. Podobnie jak Lord Vader jest on widoczny bokiem, ale jego tapeta jest bardziej kolorystycznie przyciemniona i przez to o wiele bardziej elegancka na ekranie blokady.

I tak wczorajszy dzień dobrze się skończył, a dzisiejszy dobrze zaczął ze względu na nowy ekran blokowania telefonu - to normalny przykład typowego dla mnie odchyłu:-)

wtorek, 9 stycznia 2018

Bumerang

Komputery nie przestały mnie wkurzać, ale akurat w tym razem trafiło nie na komputer stacjonarny (w sensie notebooka będącego w domu), ale na komputer będący moim smartfonem. Wczoraj po raz trzeci instalowałem aplikację mobilną do konta bankowego. Jak mawiają, do trzech razy sztuka. I nie chodziło o tym razem bynajmniej o to, że aplikacja jako taka nie działała. Zresztą przećwiczyłem już jej instalację na tyle, że mogę to wszystko zrobić i aktywować bez konieczności dzwonienia na infolinię, ale mimo to dzwoniłem dwa razy.

Wczoraj, po reinstalacji systemu na telefonie musiałem ponownie zainstalować aplikację do obsługi konta bankowego. Żadna to obsługa w moim przypadku, bo na koncie są blokady i póki się ich nie usunie, to korzystanie z konta jest mocno ograniczone. Ale trzeba być przygotowanym. Problem tylko taki, że za pierwszym razem aplikacja była najlepiej skonfigurowana. Teraz zaczął mi się pokazywać reklamowy baner, który zachęcał do skorzystania z jednej z usług. Fajna sprawa, ale dla mnie nieużyteczna - zaś baner uparcie mnie zachęca.

Próbowałem ten banner usunąć, nie dało się. Dzwoniłem wczoraj na infolinię, odznaczyli mi zgody na otrzymywanie komunikacji marketingowej, ale to też nie działa. Dzisiaj sprawdzałem, zgody niby odznaczone, ale funkcjonują w podsumowaniu. Okazuje się, że póki nie zmienią mojego dowodu osobistego na aktualny, również zgody nie będą aktualne. A zmiana dowodu, zgłoszona kilka dni temu, potrwa. Zaś co do banera reklamowego, potrafię go skasować, ale ciągle wraca jak bumerang. Będę musiał się chyba na razie do niego przyzwyczaić i potraktować to jako elegancki element estetyczny. Jeśli wytłumaczę sobie coś w tak racjonalny sposób (choć w tym wypadku raczej jest to racjonalny-inaczej), to będę w stanie z tym funkcjonować.

Zdecydowanie trudniej mi racjonalnie wytłumaczyć to, jak przy zaległościach pracy w styczniu zebrać na czynsz :-)

poniedziałek, 8 stycznia 2018

Ku wkurwieniu

Strasznie wkurwia mnie sytuacja, a miewam ją najczęściej z telefonami lub komputerami,  polegająca na tym, że urządzenia te robią coś wbrew mojej woli. Ostatnio moje wkurzanie na telefon sięgnęło zenitu. Z początkiem nowego roku rutynowo usnąłem część kontaktów z mojego telefonu, dotyczących klientów z przedostatniego roku - czyli z roku 2016. Ponieważ było mniej kontaktów w telefonie, postanowiłem zrobić rewolucyjną zmianę - przejść z kontaktami telefonicznymi z pamięci samego telefonu do Kontaktów Google. Kalendarza Google używam już od ponad trzech lat, teraz pora na dołączenie do aplikacji Kontaktów Google. Dzięki temu możliwe będzie bezproblemowe ich oglądanie na każdym moim urządzeniu i ściąganie ich do każdego nowego telefonu.

Niedawno postanowiłem ręcznie dodać do Kontaktów Google około 20 kontaktów z mojego drugiego aparatu telefonicznego. Jest tam karta SIM, której obecnie (z niezależnych od niej przyczyn) nie używam, ale docelowo zastąpi ona jedną z kart w moim dwusimowym Asusie. Dlatego już dzisiaj postanowiłem zadbać o to, aby umieścić w Kontaktach Google wszystkie kontakty z tego drugiego aparatu telefonicznego, które kiedyś mogą się przydać. W dwóch kontaktach rodzinnych umieściłem także daty urodzin. U mojego synka niestety w Kalendarzu Google pojawiły się widmowe urodziny - nie linkujące do jego kontaktu i nie wyposażone w jego zdjęcie znajdujące się w kontakcie.

Próbowałem wszystkiego, co tylko mogłem, ale nie udało się tej notki widmo wyciąć. Wczoraj sięgnąłem po opcję atomową - przywrócenia telefonu do stanu fabrycznego i reinstalacji całego oprogramowania. Spędziłem nad tym sześć godzin, a widmo dalej istnieje. Tym razem podejrzewam już, co jest tego przyczyną. Zapewne mój kalendarz w telefonie odczytuje także skasowane już dane z Kalendarza Google znajdujące się w Undo Google. Jeśli w ciągu 30 dni (przechowywania danych w Undo Google) problemy same znikną, to okaże się, że miałem rację. Jeśli zaś nie znikną, to winę ponosić będzie niezbyt udane przywrócenie kalendarza z backupu wykonanego na moim poprzednim Samsungu, które zrobiłem na początku skorzystania z telefonu. A ponieważ od tego czasu nadpisałem Androida 6.0 Androidem 7.1.1, więc obawiam się, że będzie problem z ręcznym tego usunięciem.

Tak czy owak, czeka mnie co najmniej miesiąc wkurzania się na telefon w tym jednym drobnym zakresie - na szczęście na pamiątkę po przywracaniu systemu udało mi się nieco zoptymalizować telefon w innych kwestiach i wygląda on o wiele fajniej :-)

czwartek, 4 stycznia 2018

English

Gdy zaczynałem moją przygodę z komputerami systemem operacyjnym był DOS i wszystkie komendy wpisywało się z klawiatury. Później korzystało się z takich programów jak Xtree lub Norton Commander. Zresztą Xtree posiadam nadal u siebie w kolekcji, oczywiście teraz może on uruchomić się jedynie pod emulatorem DOS. Później dopiero zaczął wchodzić Windows 3.0, a o polskich programach prawie się nie słyszało. Tak naprawdę pierwsze polskie programy, z którymi się zetknąłem to te, które sam napisałem. Przyzwyczajony byłem więc zatem do tego, że język angielski jest językiem interfejsu komputerów, którymi się posługiwałem.

Potem pojawiły się już polskie wersje systemów operacyjnych i oprogramowania, ale ja wciąż wolałem korzystać z wersji angielskiej. Dotyczy to tak samo telefonu i innych urządzeń. Nawyk ten został mi to dzisiaj. Nie chodzi tutaj o przyzwyczajenie. Język angielski jest po prostu o wiele bardziej zwięzły, a także o wiele bardziej czytelnie wszystko jest w nim opisane niż po polsku. Dlatego zdecydowanie wolę dalej używać języka angielskiego posługując się różnymi urządzeniami. Dotyczy to także oprogramowania takiego jak Office.

Niedawno instalowałem update tego oprogramowania. Musiałem je odinstalować i zainstalować ponownie. Korzystam sobie z niego, otwieram dokumenty, pliki Worda i Excela, pracuje dzień po dniu i dopiero dziesiątego dnia zauważyłem. że Office, który mam zainstalowany, jest po polsku! Po prostu zapomniałem doinstalować język angielski żeby zmienić interfejs programu. Uśmiałem się z siebie do łez. Zagapić się przez godzinę lub dwie każdy może, ale przez dziesięć dni? Akurat nadarzyła się okazja, aby porównać wygląd programu z językiem polskim  i stwierdziłem, że jednak angielski jest lepszy, wracając do niego.

A więc muszę Run przeglądarkę, Open Bookmark ze stroną firmową i Search nowe zlecenia w pracy :-)

wtorek, 12 grudnia 2017

Słuch słuchawek

Skoro mamy już małą tradycję masła maślanego w tytułach postów, to dzisiaj o słuchu słuchawek. Przez ostatnie kilka miesięcy miałem dwa bardzo dobre zestawy słuchawkowe firmy Brainwavz. W ogóle na początku flirtu z tą marką miałem najtańsze słuchawki Brainwavz Delta, ale jedna z osób odwiedzających mnie raczyła sobie je przytulić. Swoją drogą to ciekawa historia sama w sobie - chłopak był na mnie obrażony, że nie doprowadziłem go do orgazmu, że korzystając z mojej nieuwagi przytulił moje słuchawki. Zabawne samo w sobie. Wtedy zakup nowej słuchawek był oczywiście sporym wydatkiem, w porównaniu do mojej sytuacji finansowej. Jednak kupiłem starannie wybrane słuchawki Brainwavz M1. Okazały się fenomenalnie lepsze od tych poprzednich, a nawet o wiele wygodniejsze w użytku (w sensie wygody zakładania do uszu). Założyłem do nich podwójne gumowe wkładki (czyli taką jakby podwójną choinkę), bo muzyka w nich była najlepsza.

Potem kupiłem słuchawki Brainwavz XF200 przeznaczone intencjonalnie do chodzenia na spacery. Miały one odpowiednie zauszniki pozwalające lepiej je trzymać w uszach, a także wyposażone były w oliwkę ze sterowaniem i mikrofonem, a ja nie posiadam jakichkolwiek innych słuchawek mogących pełnić rolę zestawu telefonicznego. Problem jednak okazał się taki, że mój antyczny Android 4.0.4 na Samsungu po prostu nie był w stanie wykorzystywać w pełni tych słuchawek. Oczywiście muzykę na nich można było bardzo pięknie odsłuchiwać, ale w przypadku rozmowy telefonicznej nie było mnie słychać dla rozmówcy. Musiałem wtedy rozłączać słuchawki i rozmawiać z telefonem przy uchu. Kiedy kupiłem telefon Asusa, oczywiście słuchawki te zaczęły funkcjonować prawidłowo, a równocześnie z Asusem były piękne białe słuchawki o bardzo delikatnym kablu, a zatem świetnie nadające się do chodzenia na takie spacery, w czasie których słuchawki powinno się mieć możliwość łatwo wyjmować z uszu (miały oczywiście też oliwkę z mikrofonem).

Do słuchawek XF200 założyłem wtedy półprzezroczyste czarne gumki, które po prostu były bardziej eleganckie pod względem wizualnym, a jednocześnie dość szerokie i łatwo zatykające uszy. Korespondowały z białymi podobnymi gumkami w słuchawkach Asusa. Wybierając grube gumki założyłem, że skoro jestem na spacerze, to nie będę potrzebował słuchania dźwięków zewnętrznych, a okoliczny uliczny huk może mi przeszkadzać. Ciaśniej wchodzące do ucha i tłumiące zewnętrzne dźwięki gumki są jak najbardziej pożądane. Ostatnio wprowadziłem jednak zmiany w słuchawkach M1 używanych przy komputerze. Także wstawiłem tam półprzezroczyste czarne gumki, ale najmniejszego rozmiaru. Zależało mi powiem na tym, abym właśnie jak najwięcej słyszał przez założone słuchawki. Dlaczego? Mogę dzięki temu słuchać muzyki na słuchawkach, a jednocześnie słyszeć swój głos w czasie dyktowania do komputera tekstów podczas mojej pracy. I tak mam trzy pary słuchawek z półprzezroczystymi, bardzo eleganckimi wkładkami gumowymi.

A właśnie na takiej gumkowo-przezroczystej symetrii mnie, pojebanemu w niektórych wybiórczych sprawach estecie, zależało :-)

sobota, 9 grudnia 2017

Franz

Rzadko zdarza się, by coś się w tak zabawny sposób zdezaktualizowane, jak to miało miejsce wczoraj. Pisałem rano o komunikacyjnej gąsce i o tym, jak już witałem się z gąską szukając multikomunikatora na Androida i w końcu go nie znalazłem. Teoretycznie go znalazłem, ale WhatsApp na moim komputerze stacjonarnym nie mógł się wtedy synchronizować, a na używaniu WhatsAppa z wygodnego komputera stacjonarnego mi bardzo zależy. Na moim komputerze centrum komunikacyjnym była przeglądarka Chrome. To tam miałem zainstalowane dwa addony - jeden z nich to był bezpośrednio addon do obsługi GG, a drugi to był Multi Messenger obsługujący WhatsApp, Skype i dwa konta Messengera na Facebooku.

Tymczasem wczoraj tak się złożyło, że zacząłem poszukiwać - już nawet nie pamiętam dokładnie pod jakim pretekstem - multikomunikatora dla Windows. I trafiłem w końcu na program Franz. Jeśli nazwa kojarzy wam się z Franciszkiem Józefem, to być może jest to dobre skojarzenie. Program Franz pochodzi bowiem z Austrii. Poczytałem sobie o nim i początkowo pewnych rzeczy nie zrozumiałem co do jego działania, ale w końcu wszystko stało się dla mnie jasne. Franz jest wręcz idealnym multikomunikatorem. Można porównać go, do ramy obrazu. Zapewnia tylko ramę (albo środowisko), w środku której umieszczony jest dowolny komunikator jako jego wersja internetowa.

Innymi słowy Franz jakby taką własną przeglądarką internetową, w której odpalane są różnego rodzaju strony WWW z komunikatorami. Dlatego każdy komunikator dostępny w swojej własnej wersji internetowej może z łatwością zostać umieszczony we Franzu. Dzięki temu mam w tej aplikacji pięć komunikatorów - czyli całą trzódkę do tej pory obsługiwaną przez Chrome, a do tego jeszcze - bonusowo - mój Kalendarz Google z konta wykorzystywanego w pracy. Jest to o tyle bardziej praktyczne, że GG umieszczone jest razem z innymi komunikatorami w jednym programie zamiast, tak jak do tej pory było, dostępne zupełnie osobno w samym Chrome (gdy reszta była w osobnym okienku). Jest to nie tylko o wiele bardziej pragmatyczne, ale również eleganckie. A poza tym jakoś bardzo spodobała mi się nazwa Franz - i to sprawiło że zdecydowałem się na ten program.

Takie duperele, jak elegancka nazwa programu lub jego ładna ikonka, są dla mnie bardzo często kluczowe przy podejmowaniu decyzji o jego wyborze.

piątek, 8 grudnia 2017

Komunikacyjna gąska

Wczoraj w pewnym sensie już byłem w ogródku i już witałem się z gąską jeśli chodzi o kwestie multikomunikatora w systemie Android. Chodziło mi o to, aby zainstalować Skype na moim telefonie, ale w miarę możliwości połączyć Skype, WhatsAppa i Bóg wie co jeszcze w jednym oprogramowaniu, dzięki któremu można by to wszystko ogarniać z jednego miejsca, a zarazem mniej zużywać pamięci. Szczególnie mniej niż Skype, który jest uznawany za aplikację pamięciożerną. Faktycznie, jeśli chodzi o zużycie pamięci, to Android pokazuje u WhatsAppa 25 MB, a u Skypa 180 MB - Microsoft jednak ma rozmach.

Taki multikomunikatorem wydawała się Disa, która co prawda początkowo miała jedynie możliwość połączenia Messengera z Facebooka, wiadomości (czyli aplikacji do esemesów), a także WhatsAppa. I właśnie na tym ostatnim sprawa się rypła. Poza tym Disa jest już od dwóch lat aplikacją w fazie beta. Troszeczkę to - moim zdaniem - za długi okres deweloperski. Wydawało mi się, że taki program jednak powinien już być w aplikacji normalnej. No i przydałoby się też więcej opracowanych pluginów, chociażby właśnie do Skype, a bardzo miło byłoby także do GG. Jednak najgorszy problem pojawił się z pluginem do Whatsappa. Po pierwsze, nie można było zaimportować z oryginalnego WhatsAppa historii dotychczasowych rozmów, bo jest ona zaszyfrowana. Jednak to jeszcze można by przeboleć.

Drugi problem było wiele gorszy - niestety (ponieważ musiałem się wymeldować z oryginalnego WhatsAppa) bardzo użyteczna karta WhatsAppa na moim addonie do Chrome (na komputerze), który po prostu jest bezkonkurencyjny, przestała działać. Czyli gdybym WhatsAppa używał podłączonego na telefonie do aplikacji Disa, to nie mógłbym korzystać z WhatsAppa na moim komputerze stacjonarnym. Bardzo chętnie wykorzystuję komputer do pisania na WhatsAppie, jeśli tylko jestem przy nim. W tym zakresie mogę bez wątpienia poradzić znakomity dodatek do Chrome, który nazywa się po prostu Multi Messenger i w moim przypadku obsługuje WhatsApp, Skype oraz dwa komunikatory Messenger z Facebooka, z dwóch kont, których używam. Niestety, na Androidzie nie ma takiej wygody i Skype musiałem zainstalować osobno. Dobrze, że rzadko z niego korzystam, więc na co dzień nie musi być włączony i żreć pamięci. 

I po gąsce z ogródka została jedynie kupa na chodniku, czyli gówniany Skype ;-)

wtorek, 28 listopada 2017

Nowy od dawna

Nie spałem przez praktycznie całą noc. Dawniej bywało niekiedy tak, że instalowałem system Windows na komputerze. To były czasy Windowsa 95 lub podobnego. Zawsze wydawało się, że instalacja potrwa godzinę, ale de facto spędzałem przy tym całą noc. Podobnie było dzisiejszej nocy, gdy zacząłem konfigurować dopiero co odebrany nowy telefon. Najpierw zrobił się upgrade systemu Android oraz nakładki. Niestety nie jest to jeszcze ZenUI 4.0, a przynajmniej tak mi się wydaje.

Wiadomo jednak, że najnowsza wersja nakładki również będzie dostępna na smartfony z mojej serii, podobnie jak Android ósemka. Na razie upgradowałem Android z wersji 6.0 na 7.1.1. To wszystko trochę potrwało. Potem instalowałem różne programy. Okazało się, że niektóre sprawdzone przeze mnie na starym Samsungu aplikacje nadal są jak najbardziej przydatne i na tym nowym telefonie. Skonfigurowałem system i różne opcje, przeniosłem dane. W pewnym momencie mogłem już wyłączyć starego Samsunga.

Jakie miałam pierwsze wrażenie? Oczywiście, zawsze nowy telefon to nowy telefon i zupełnie inaczej się go obsługuje niż stary. Ale zapamiętałem inną ciekawą rzecz. Już po to stosunkowo krótkim posługiwaniu się nowym telefonem, czułem się jakbym go znał od dawna. Kiedy zaś wracałem na chwilę do starego Samsunga po to, żeby na przykład coś tam włączyć lub z niego wysłać, miałem poczucie, że Samsung jest zupełnie dziwnym i obcym mi telefonem. A przecież jeszcze kilka godzin wcześniej tylko jego używałem i tylko do niego byłem przyzwyczajony.

Miejmy nadzieję, że to pozytywne wrażenie z nowym telefonem tylko się pogłębi.

środa, 15 listopada 2017

Mobilna inwigilacja

Nowinki techniczne bywają wspaniałe lub też potencjalnie groźnie. Ciekawostka, o której przeczytałem niedawno na Spidersweb (i być może bardziej interesująca od tego, co również wyczytałem na tym portalu, że stosunkowo łatwo można złamać face ID w iPhone X, jeśli jest się dzieckiem lub też rodzeństwem właściciela telefonu) jest jednak stosunkowo groźna, choć na szczęście chyba nie jeszcze dla przeciętnego człowieka. Okazuje się bowiem, że za bardzo skromną kwotę 3600 zł możemy być stosunkowo dokładnie szpiegowani. O ile więc możemy być szpiegowani, o tyle przeciętni ludzie raczej nie mają się czego obawiać, bo kto wydawałoby taką kasę na to, aby właśnie ich śledzić?

Zagrożone więc będą jedynie te osoby, które w przekonaniu kogoś faktycznie zasługują na to, aby śledzić ich działania. W jakim zakresie to szpiegostwo może się odbywać i jakie informacje o nas można pozyskać? Można się zorientować w tym, gdzie się w danym momencie znajdujemy (w przeciągu około 10 minut od przybycia naszego do danego miejsca), a zatem także w tym, jakie są nasze zwyczaje i pory opuszczania domu. Można się również dowiedzieć tego, jakich aplikacji używamy na naszym smartfonie. W jaki sposób to się odbywa? Poprzez wykupienie kampanii reklamowej targetowanej ściśle do jednego konkretnego użytkownika. Co równie ważne, w tej sytuacji, my sami nie musimy wcale klikać na serwowane nam reklamy. Wystarczy, że te reklamy będą skierowane ściśle do nas.

Od dawna wiadomo, że za pomocą telefonów komórkowych (podobnie jak komputerów) możemy być w różny sposób inwigilowani. Nie mówię tutaj o skrajnych przypadkach, gdyby mikrofon lub kamera telefonu były wykorzystywane do podglądania nas (z takiego powodu Mark Zuckerberg ma w swoim laptopie na wszelki wypadek zaklejoną kamerkę i mikrofon). W tym przypadku mówimy o lokalizacji i o rozpoznawaniu pośrednio naszych zwyczajów. Dla prywatnego detektywa lub też planującego okradzenie nas złodzieja wiedza na temat tego może jednak być bezcenna. Jak sobie z tym zagrożeniem poradzić? Wydaje mi się, że znalazłem na to prostą metodę, którą stosuje sam od dawna, oczywiście z zupełnie innych powodów. Po prostu telefon mam ustawiony w ten sposób, że kiedy jestem poza domem, to nie korzystam z internetu - nie ściągam i nie wysyłam danych. Robię tak rzecz jasna z oszczędności finansowej. Biorąc jednak pod uwagę to, że wiadomo, jak wiele osób jest połączonych nierozerwalnie z internetem także mobilnie, nie sądzę, żeby pomysł ten znalazł wśród takich ludzi zbyt wielu naśladowców.

No, chyba że przekonamy się, że byliśmy śledzeni - nawet Polak jest wtedy mądry po szkodzie.

niedziela, 5 listopada 2017

Własny, ale ciasny

Znamy wszyscy powiedzenie "własny, ale ciasny". Tak mogę powiedzieć o moim własnym internecie. Kiedy wynajmowałem mieszkanie w Warszawie, zdecydowałem się na internet kablowy, bo oczywiście był wygodniejszy (i jedyny dostępny wtedy za sensowną cenę) i miał nielimitowany transfer danych. Kiedy jednak przeprowadzałem się pod Warszawę i wiedziałem że w miejscu, w którym zamieszkam, nie będzie możliwości zamówienia internetu kablowego, zacząłem się zastanawiać nad internetem LTE. Popularnie tak go nazywam, ale tak naprawdę należało powiedzieć internet komórkowy, bo jeśli LTE nie ma zasięgu, to działa oczywiście na 3G.

Wybrałem ofertę z T-Mobile, sieci w której miałem kiedyś jako jeszcze w Erze GSM telefony przez wiele lat - dlatego, że firma w której pracowałem była jej podwykonawcą. Potem jednak, gdy opuściłem tę pracę, zrezygnowałem z tamtego numeru i to z przyjemnością, bo zaczynałem swoją karierę GSM w sieci Plus (w 1996 roku!) i do Plusa wróciłem. Potem zresztą przeniosłem mój flagowy numer, podobnie jak niektóre inne, z Plusa do Play. T-Mobile miał jednak obecnie najlepszą ofertę, jeśli chodzi o ceny i transfer danych, które za te pieniądze się kupowało. Poza tym w miejscu, w którym wtedy byłem (w Warszawie!) T-Mobile był używany przez Play jako krajowy roaming. A to oznaczało, że T-M miał tam dobry sygnał. Jak się potem okazało, w miejscu docelowym również tak było. Zakupiłem więc pakiet 50 GB transferu za 40 zł, z możliwością w każdej chwili dopłacenia 20 zł miesięcznie za nielimitowany transfer danych.

W tej chwili nie jest mi on jeszcze potrzebny dlatego, że nawet gdyby skończył mi się pakiet 50 GB, to mogę korzystać z lokalnego internetu WiFi. Ale gdybym już przeniósł się do własnego mieszkania w przyszłości, w którym nie mógłbym liczyć na taki backup, to oczywiście nielimitowany transfer byłby koniecznością. Około 25 października mój limit transferu był już na wykończeniu (a transfer odnawia się u mnie piątego dnia każdego miesiąca). Około 10 GB ponad normalne zużycie pochłonęły mi różne aktualizacje telefoniczne i komputerowe. Zacząłem więc bardzo oszczędzać mój internet LTE i używać tego lokalnego internetu na komputerze stacjonarnym. Przy okazji wyszło na jaw, jak często (kilka razy dziennie) on się wiesza i nieraz znika na kilka minut. Doceniłem w tym momencie swój skromny komórkowy internet, który nigdy mi się nie zawiesił. Warto jak się okazuje mieć coś własnego, coś co można zawsze ze sobą przenieść bez problemów z instalacją i de-instalacją, niż polegać na ofercie, która na papierze jest szybsza i wydajniejsza, ale tak naprawdę jest bardziej lipna. Tym bardziej, że korzysta z niej wiele osób naraz w tej całej lokalizacji, a nie ja jeden, jak to jest w przypadku mojego własnego internetu.

A co do transferu danych LTE w T-Mobile, to wcale taki ciasny on nie jest, pomimo jedynie 3/5 zasięgu, który mam u siebie ;-)

sobota, 4 listopada 2017

Bezprzewodowe dojenie

Natrafiłem na bardzo ciekawy tekst na portalu Spidersweb, którego bardzo lubię przeglądać po to, aby dowiadywać się o nowinkach technologicznych albo na przykład czytać recenzje telefonów, które biorę pod uwagę jako potencjalne zakupy. I właśnie jeśli chodzi o telefony firmy Apple ten tekst był interesujący. Rzecz bowiem w tym, że koncern z Cupertino sprzedaje bezprzewodową ładowarkę za jedyne 999 zł. Ładowarka ta ma ładować wszystkie urządzenia Apple, co jest o tyle kuriozalne, że do tej pory Apple stosowało różne standardy bezprzewodowego ładowania telefonu, słuchawek lub Apple Watch. Ładowarka wygląda wspaniale w teorii, a jak to jest w praktyce?

To że Apple ma pomieszanie z poplątaniem w zakresie standardów ładowania telefonu, zegarka i słuchawek - nie jest oczywiście winą klientów. Apple zastosowało trzy różne standardy ładowania i wprowadzanie ładowarki, która może ładować jednocześnie te wszystkie urządzenia nie jest bynajmniej sukcesem marketingowym, ale raczej przyznaniem się do porażki. Bezczelnie przekuwa się to w "sukces i wygodę", za które chce się wyciągnąć 999 zł od fanów marki. Zresztą, tak nawiasem mówiąc, słuchawek nie da się naładować na tej ładowarce. Czy jest więc sens ją kupować za taką cenę? Zdaniem autora artykułu ze Spidersweb kompletnie nie ma to sensu, bo są dostępne tańsze i lepsze ładowarki firm trzecich. Ładowarka Apple jest przy tym rozpaczliwie powolna. Jest to tak naprawdę gadżet napompowany ceną po to, żeby fani marki mogli uważać się za lepszych ludzi kupując go.

Używałem komputerów Apple przez 10,5 roku, ale nie używałem nigdy iPhone. Owszem, byłem z tych komputerów zadowolony, chociaż zdawałem sobie sprawę także z ograniczeń, a czasem czułem je na własnej skórze. Kiedy mój ostatni wysłużony Mac umarł ze starości (kilka dni temu wchodziłem pierwszą rocznicę jego śmierci, o czym pisałem na blogu) przesiadłem się na Windows. Jakie wrażenie ma człowiek, który ponad 10 lat spędził na Mac OS przesiadając się na Windows 10? Przyzwyczajony do applowskiej elegancji jestem w kompletnym szoku oglądając interfejs Windowsa 10. Jest on po prostu fenomenalnie minimalistyczny i niesamowicie w tym minimalizmie i prostocie piękny. Aż dziw, że tak elegancki interfejs można stworzyć. W porównaniu do niego MasOS posiada interfejs, który ciągle ma zaszłości z ulubionego przez Steve Jobsa skeumorfizmu i nie wygląda tak nowocześnie. Nie wspomnę już o cenach sprzętu PC w porównaniu do sprzętu Apple. Nowego pecetowego notebooka kupiłem za jedną piątą lub jedną szóstą ceny, którą dałem kiedyś za swojego ostatniego Macintosha.

Jeśli jesteście posiadaczami sprzętu Apple, to zastanówcie się kupując kolejny model lub akcesoria, ile płacicie za rzeczywistą elektronikę, a ile za wygórowaną dumę tej firmy.

wtorek, 31 października 2017

Mała śmierć

Jutro Wszystkich Świętych, a dziś chciałbym opowiedzieć o małej śmierci, która wydarzyła się dokładnie rok temu. Specyficznej i wzruszającej śmierci. Zresztą, nawiasem mówiąc, podwójnej. Dokładnie rok temu, rano 31 października pracowałem na moim starym, wysłużonym siedmioletnim notebooku makowym. Potem zamknąłem go i pojechałem na cmentarz z moim synkiem. Kiedy wróciłem do domu, nie mogłem już komputera dobudzić - okazało się że umarł śmiercią naturalną. Zepsuł mu się chipset systemowy na płycie głównej. Pożyczyłem więc od mojej rodziny mój stary wysłużony notebook Fujitsu Siemens (z jednym gigabajtem pamięci), który posłużył mi do pracy na czas obecności Maca w naprawie.

Okazało się po mniej więcej miesiącu, że zupełnie nie opłaca się naprawiać tego Macintosha, koszt naprawy byłoby bowiem znaczny i nie byłoby gwarancji tego, że po dokonaniu naprawy po kilku miesiącach komputer nie rozkraczyłby się ponownie. Bardziej opłacało się więc zapożyczyć i kupić zupełnie nowego notebooka, co zresztą zrobiłem. Dokładnie tego samego dnia, kiedy przyniosłem nowo zakupionego notebooka do domu, umarł mój stary notebook Fujitsu Siemens. Również on nie był w stanie się dobudzić, i prawdopodobnie również zepsuł mu się chipset systemowy. To symboliczna śmierć dwóch notebooków, która tak długo były używane. W obu przypadkach wymontowałem z nich dyski twarde. Zakupiony (zaledwie na dwa miesiące przed śmiercią) dysk twardy SSD znajdujący się w Macu poszedł do nowego notebooka, którego teraz używam. Natomiast dysk twardy w notebooku Fujitsu Siemens wrócił do rodziny ze znajdującymi się tam danymi.

Smutna to rocznica. Wiem, że sprzęt komputerowy to tylko sprzęt komputerowy, ale jeśli komputer wiernie służy przez siedem długich lat, to traktować go można prawie jak członka rodziny. Jego śmierć też jest przeżyciem. Niestety niekiedy również finansowym szokiem, gdy trzeba nagle zebrać pieniądze na kolejny sprzęt. Dlatego już podjąłem decyzję o tym, że gdybym w przyszłości miał dodatkowe pieniądze do wydania, to zainwestował bym w komputer stacjonarny jako mój główny komputer. W takim bowiem przypadku, nawet gdyby zepsuł się tam chip systemowy, to z reguły wystarczyłoby wymienić jedynie samą płytę główną, a wszystkie inne elementy można by bardzo łatwo przenieść do niej. W przeciwieństwie do komputera stacjonarnego notebook ma płytę główną zawsze dostosowaną do konkretnego modelu, a po kilku latach wymiana jej na nową jest już tylko marzeniem ściętej głowy. O ile marzenie ściętej głowy kojarzyć się może z bezgłowym jeźdźcem - który na przykład "straszy" w grze Hearthstone w obecnym czasie - o tyle, gdy przyjdzie nam zmierzyć się z awarią notebooka, jest już nam do śmiechu.

Jutro znowu pojadę na cmentarz, ale tym razem nie będę się martwił o to, że komputer po powrocie nie zadziała.

piątek, 6 października 2017

Dzień techniczny

Czy można się wkurwić na swój własny komputer? Jak najbardziej można. I chyba każdy z nas, zależnie od tego, czy jest zaawansowanym użytkownikiem komputerów (tak zwanym Power userem), czy zwykłym użytkownikiem, laikiem, wkurwiał się na swój komputer wiele razy. Mnie zdarzyło się to właśnie wczoraj. Nie lubię, kiedy komputer mnie zachodzi. A zrobił to w bardzo prosty sposób. W obu przeglądarkach internetowych, których na co dzień używam (czyli Chrome i Firefox) nie do końca coś działało dobrze. Niektóre strony internetowe nie chciały się wyświetlać.

Dotyczyło to zarówno niektórych stron, których posiadam swoje profile gejowskie, jak i niektórych stron, które odwiedzam w trakcie pracy, pisząc teksty o danych firmach. Zacząłem zastanawiać się, co może być przyczyną. Między innymi dotarłem do update Windows i okazało się, że nie jestem w stanie zainstalować jednego z uaktualnień bezpieczeństwa (KB4040724). Doczytałem wreszcie w internecie, że to uaktualnienie wiesza się i lepiej jest ściągnąć je ręcznie i zainstalować osobno, co też zrobiłem. Potem doczytałem, że problemem może być Windows Defender, więc go wyłączyłem, choć to wcale nie było takie proste. W pewnym momencie zainstalowałem także mój Bitdefender. Wszystko zadziałało w porządku, zaś uaktualnienie Windows też się zainstalowało.

Tymczasem dzisiaj rano znowu się wkurzyłem. Po pierwsze Windows Defender znowu działa, co mnie strasznie wkurwiła. Chyba nie po to go wyłączałem. Po drugie, okazało się, że znów niektóre strony mi się nie wyświetlają. Tym razem zrobiłem inny eksperyment. Odinstalowałem Bitdefender. I co się okazało - wszystko działa! A więc to ten skurwysyn, którego tak ceniłem przez ponad rok, okazał się zdrajcą. Przeprosiłem więc Windows Defendera i machnąłem na niego ręką, niech sobie też działa. Postanowiłem przejść na program Avast, którego kiedyś używałem. I mam nadzieję, że on mnie nie zawiedzie. Oczywiście było z tym trochę problemów, ściągnęła się polska wersja instalacyjna, a ja chciałem mieć oczywiście angielską. Ale okazało się, że można na szczęście zainstalować język angielski. Chodź zanim na to trafiłem (a byłem chyba niemożebnie ślepy), to musiałem jeszcze raz zainstalować Avasta (próbowałem bowiem ściągnąć najpierw inną wersję instalatora, po angielsku, ale i tak się z nów po polsku zainstalował). Wkurzało mnie też to, że pomimo zarejestrowania program ciągle jest tylko ważny przez 29 dni. Potem dopiero - tu znów okazałem się ślepy - zobaczyłem, że poniżej jest umieszczana normalna licencja na 365 dni. W sumie jak na razie wszystko działa i oby tak się dalej toczyło. Co jak co, ale zmarnowałem w sumie cały dzień (pół dnia wczoraj i pół dnia dziś) na te komputerowe porachunki.

Dlatego określiłem ten dzień jako dzień techniczny.

PS Jednak przywróciłem Bitdefendera, gdy okazało się, że jedynie on ma sensowne darmowe ransomware. Na razie działa dobrze i oby tak zostało.

wtorek, 27 czerwca 2017

Ekologia na opak

Gdybym miał pieniądze, to zdecydowałbym się na na kupienie samochodu o napędzie hybrydowym, spalinowo-elektrycznym. Ostatnio trochę czytałem o takich samochodach i ze zdziwieniem dowiedziałam się, że nie mają one na przykład rozrusznika i paska rozrządu, które wymagają odpowiedniego serwisu, a czasem wymiany, a także trzykrotnie wolniej zużywają klocki hamulcowe, ponieważ siłę hamowania potrafią wykorzystywać do ładowania baterii. Oczywiście mają też niższe zużycie paliwa, co jest bardzo dobrym rozwiązaniem dla kogoś, kto pragnąłby taniej podróżować. Jednak, jak się okazuje, samochody ekologiczne, hybrydowe, ani tym bardziej samochody elektryczne, które nie posiadają w ogóle silnika spalinowego, nie są aż tak do końca ekologiczne - jak oszołomionym ekologom by się wydawało.

Samochody elektryczne oczywiście nie emitują spalin w czasie jazdy. Dlatego są z pewnością autami ekologicznymi, które wspierają nasze naturalne środowisko. Jest jednak pewien problem, o którym ekolodzy głośno nie mówią, bo to rujnuje ich opętaną na punkcie ograniczania emisji dwutlenku węgla narrację. To kwestia zanieczyszczeń (emisji dwutlenku węgla), które powstają w trakcie produkcji baterii do takiego samochodu, a bez baterii elektryczne auto nie pojedzie. Badania te przeprowadziła poważna instytucja, Szwedzki Instytut Badań nad Środowiskiem - a zrobił to na zlecenie rządu Szwecji oraz Szwedzkiej Agencji Energetycznej. Okazuje się więc, że produkcja baterii do elektrycznego Nissana  Leaf odpowiada emisji spalin przez auto z silnikiem diesla w ciągu 2 lat i 9 miesięcy typowej eksploatacji. Jeszcze gorzej jest z wyposażoną w większe akumulatory Teslą - w jej przypadku to 8 lat emisji

Jak się okazuje, w przyrodzie bilans ekologiczny może być o wiele bardziej skomplikowany, niż nam się wydaje. Auto elektryczne nie zanieczyszcza powietrza w czasie jazdy, ale jego wyprodukowanie to emisja dwutlenku węgla. A zatem auto ekologiczne jest tak naprawdę trucicielem a priori,  podczas gdy samochody spalinowe są zarówno trucicielem a priori, jak i trucicielem a posteriori. Pewnie i tak w ostatecznym rozrachunku auto elektryczne zacznie oszczędzać naturalne środowisko - Nissan Leaf po około trzech latach, Tesla po ośmiu. Można mieć jednak nadzieję, że na pewno naukowcy z całego świata, w tym także z Polski, pracują nad nowymi akumulatorami lub panelami słonecznymi. Może kiedyś nastąpi znaczne ograniczenie emisji zanieczyszczeń w trakcie ich produkcji. W końcu każda technologio była kiedyś w okresie niemowlęcym

Mało kto pamięta, że pierwszy jednoręczny telefon komórkowy ważył kilka kilogramów.

niedziela, 18 czerwca 2017

Technologiczny dinozaur

Czasem czuję się technologicznym dinozaurem i to nie dlatego, że nie umiem posługiwać się urządzeniami wysoko technologicznymi. Wręcz przeciwnie - spędzam regularnie czasem i kilkanaście godzin na dobę przy komputerze, nie tylko pracując na nim, ale także robiąc swoje prywatne rzeczy. Jestem non stop przypięty do netu w tym czasie. Ale dokumenty wolę pisać i przechowywać offline na kompie, a nie w sieci (z oczywistym wyjątkiem bloga). Korzystam ze smartfona i prawie nie ruszam się bez niego, ale zachowuje się mimo wszystko jak dinozaur, co uświadomiła mi rozmowa telefoniczna, którą przeprowadziłem wczoraj z przyjacielem, a także kilka refleksji, które po niej miałem.

Kolega nie odzywał się do mnie przez kilka dni, więc napisałem do niego SMS. Oddzwonił nie mając pojęcia z kim ma do czynienia. Okazało się, że utopił smartfona w wannie i nie wiedział, do kogo mój numer  należy, bo stracił zapisane w nim dane. Ja nie tylko nie używałbym smartfona w wannie, ale co więcej - nigdy nie zdarzyło mi się nawet porysować (nie mówiąc już o stłuczeniu ) ekranu w telefonie. Po prostu jestem takim dinozaurem, który dba o to, aby nie wsadzać telefonu do kieszeni z kluczami (a jeśli już, to telefonu w skórzanym ochronnym etui). Pod względem (dla mnie przecież oczywistej i naturalnej) dbałości o sprzęt elektroniczny jestem najwyraźniej niedzisiejszy. Mój sprzęt elektroniczny, nawet używany latami, jest tylko naturalnie zużyty lub wytarty, ale nie zmasakrowany.

Podobnie ma się sprawa z dostępem do informacji. Zdecydowanie preferuje tradycyjne pisany tekst niż filmiki. Dlaczego? Dlatego, że w tekście bardzo łatwo można pominąć nieinteresujące mnie fragmenty i przeskoczyć do lektury tego, co ciekawe. Gdybym korzystał zaś z popularnych wśród wielu osób plików wideo, musiałbym oglądać je (tak jak telewizję) w całości, bo nie mógłbym szybko selekcjonować informacji. A to często byłaby strata czasu. Oczywiście to, co wiem, że jest ciekawe, oglądam w całości, ale nie wszystko jak leci. Potrafię zatem korzystać z internetu w sposób inteligentny, wybierając informacje, które mnie interesują, a nie korzystam z niego w sposób obrazkowy, filmowy, typowy dla naszych czasów, w których kultura czytania zastąpiona jest pismem obrazkowym i gapieniem się w wideo. Jeśli na przykład przeglądam poradniki konfiguracji komputera, to zdecydowanie wolę pisemne, niż filmy na YouTube, który to wszystko pokazują bardzo często w sposób albo zbyt powierzchowny, albo zbyt rozwlekły. Niedzisiejsze jest więc to, że wolę słowo pisane od kodu obrazkowego. Z jednym wyjątkiem - oglądam filmiki pokazujące dobieganie do różnych trudno osiągalnych miejsc w grze, bo łatwiej mi to zapamiętać obrazkowo, niż czytając opis takiej wędrówki.

Dlaczego jestem komputerowym dinozaurem - bo mam myślące podejście do wielu komputerowych spraw, które inni traktują bezmyślnie ;-)

wtorek, 13 czerwca 2017

Zadziwiający Bitdefender

Odkąd musiałem zrezygnować swojego starego siedmioletniego Maca i przejść  na Windows 10, to zrobiłem mały research jeśli chodzi o programy antywirusowe i wybrałem Bitdefender, który jest szybki, sprawny, nie zżera zbyt wiele zasobów systemowych i jednocześnie wykrywa największą liczbę wirusów. Nie spodziewałem się jednak tego, że program ten będzie nie tylko dobrze służył mi jako zabezpieczenie komputera przed różnymi nieprzyjemnymi programami, ale także obroni "zagrożenie" ze strony, z której się go nie spodziewałem.

Jak już pisałem kilka dni temu, z powodów techniczno-bankowych nie mogłem otrzymać wynagrodzenia w przepisowym terminie. To przełożyło się również na niezapłacenie w terminie faktury za bezprzewodowy internet. W pewnym momencie mój dostawca internetu bezprzewodowego powiadomił mnie, że założą mi tak zwany lejek (ograniczenie transmisji danych). Jednak korzystając z tego internetu nie zauważyłem żadnej różnicy, choć podobno lejek już działał. W ostatnich dniach Bitdefender informował mnie o wykryciu prób phishingu - jak się okazuje wziął za phishing komunikaty od operatora internetu. Być może dzięki ich blokowaniu lejek nie zadziałał. 

Tak więc wszystko wskazuje na to, że Bitdefender ochronił mnie od zastosowania lejka, czyli zbyt niskiego ograniczenia transmisji internetowych danych, które de facto sprawiłoby, że z internetu nie dałoby się sensownie korzystać. Wszystko niemiłosiernie by się dłużyło, bo nawet obecne strony internetowe nie liczą się z transmisją danych. Przy okazji wyszła na jaw ciekawa rzecz.  Tym razem musiałem płacić fakturę za Internet nie przelewem z rachunku bankowego, ale wpłatą w kasie innego banku. I co się okazało? Na konto operatora ta wpłata przyszła dwa razy szybciej niż przy płatności przelewem z poprzedniego rachunku - a korzystam obecnie ze znacznie mniejszego banku, niż ten poprzedni. Mały bank, a szybciej przepycha pieniądze. Zadziwiające, ale miłe.

Dobrze, że programy antywirusowe potrafią chronić nas nie tylko przed wirusami :-)

sobota, 27 maja 2017

Rewolucja na tapecie

Tapeta to element systemu operacyjnego który jest tłem dla pulpitu komputera. Niektóre osoby wykorzystują tapety, które standardowo proponuje im system. Nieprzypadkowo najczęściej używane i najbardziej rozpowszechnione zdjęcie świata to słynne zdjęcie kalifornijskiej winnicy, które stało się domyślną tapetą w Windows XP. Nota bene dziś to miejsce wygląda inaczej. Ja oczywiście, ponieważ moją pasją jest fotografia,  wykorzystuję jako tapety swoje własne, wykonane przez siebie zdjęcia - tyle że postanowiłem oddać im odpowiednie zrobione w Photoshopie filtry.

Swego czasu, podobnie jak większość użytkowników komputerów, wybierałem jako tapety zdjęcia nieprzerobione. Potem jednak postanowiłem, że wypadałoby w jakiś sposób je zmienić. Zastosowałem dwa filtry. Najpierw wybrałem Photoshopie filtr dający taki efekt, jak malowanie farbami, a następnie nałożyłem na teksturę płótna, dzięki czemu zdjęcie wyglądało jak obraz olejny na płótnie. Miał jednak taką wadę, że tekstura płótna w Photoshopie była kafelkowana, a ponieważ wzór na tym płótnie był dość duży i łatwy do ogarnięcia wzrokiem, kafelkowanie było bardzo dobrze widoczne - czyli innymi słowy widać było że jest to lipa, płótno "uszyte" z takich samych kawałków.

Potem zrezygnowałam z przerobienia samego zdjęcia na obraz i wyłącznie skupiłem się na zaopatrzeniu go w teksturę piaskowania. Dzięki temu zdjęcie wyglądało tak, jakby było nadrukowane na przykład na matowej podkładce pod myszkę.  Piaskowanie też jest kafelkowane, ale tak drobny ma wzór, że ledwo to kafelkowanie można zobaczyć, naprawdę wysilając wzrok. To sprawiało, że zdjęcie wyglądało na podkładkę na biurko. Takie tapety królowały u mnie na pulpicie przez około dwa lata. A w ich rogu umieściłem jako ikonkę podobiznę Ichigo Kurosakiego rysowaną prostą ażurową kreską. Wczoraj wpadłem na pomysł, żeby jednak wrócić do koncepcji obrazu. Wybrałem filtr, który zamienia zdjęcia na obraz malowany podobnie jak akwarele, bez żadnych tekstur. Obraz gładki i płaski jak akwarela na papierze. Oczywiście Ichigo Kurosaki został w niezmiennej postaci. Idealnie się sprawdza jako twarz obecna na każdej tapecie. Ciekawe, jak długo posłuży mi ta wersja tapet. Czasem warto zmienić swoje otoczenie, aby cieszyć jego nowym wyglądem.

I pewnie czasem pomaga to zmieniać także coś dodatkowego w życiu :-)

poniedziałek, 27 lutego 2017

Powrót do korzeni?

Wyświetlacz QVGA (dla niezorientowanych dodam, że QVGA to rozdzielczość 240 na 160), owszem kolorowy, ale wielkości ale tylko 2,4 cala. Do tego zaledwie 16 MB (megabajtów, nie gigabajtów) pamięci wewnętrznej i naprawdę kieszonkowy rozmiar. Oto nowa Nokia 3310. Bateria 1200 mAh zapewnia do 22 godzin rozmów lub miesiąca stanie czuwania. Ciekawe, czy którykolwiek ze smartfonów obecnie używanych zbliżył się do tego wyniku choćby w 10%.  Pozostaje tylko pytanie - na ile okaże się sukcesem powrót legendy Nokii?

Na barcelońskich targach MWC 2017 zaprezentowano nową Nokię 3310 pracującą pod kontrolą systemu Nokia Series 30, czyli prawdopodobnie stary dobry Symbian, A ja przy tej okazji postanowiłem policzyć, ile telefonów w ogóle było wykorzystywane moim życiu. Nie będzie to trudne, ponieważ mam arkusz Excela w którym od wielu lat zapisuje informacje o posiadanej przeze mnie dynastii komputerów (obecny to czternasty z rzędu) oraz telefonach (obecnie używam dwudziestego z rzędu aparatu telefonicznego). 

Statystyka moich telefonów jest oczywiście z przewagą Nokii. Tak naprawdę na dwadzieścia aparatów telefonicznych, których do tej pory używałem był tylko jeden Sony Ericsson, jeden Siemens i jeden Samsung, którego zresztą używam do tej pory. Reszta, czyli 17 modeli, to Nokie, zarówno te zwykłe, jak i prawie wszystkie modele Communicator (z wyjątkiem pierwszego, czyli tzw. cegły). A ostatnią moją Nokię N900 używam także do tej pory, do drugiego numeru telefonicznego. Natomiast ze wszystkich Nokii najbliżej do obecnie prezentowanego kultowego modelu była używana przeze mnie Nokia 3110C, jeśli przez jeśli przez podobieństwo telefonu rozumieć podobieństwo numeracji jego modelu. Nawiasem mówiąc Nokia 3110C była także pancerna i doskonała, podobnie jak wydaje się nie być prezentowana obecnie Nokia 3310.

Ale gdybym to ja miał wybierać wskrzeszenie legendy, to postawiłbym jednak zdecydowanie na mój ulubiony (i używany przeze mnie) model Nokia 6310i.

niedziela, 26 lutego 2017

Obywatel robot?

O robotyzacji napisane już wiele i nakręcono wiele filmów, między nimi świetny obraz z Willem Smithem "Ja robot". Tym razem jednak okazuje się, że politycy i ludzie biznesu mają w realnym naszym świecie ciekawe pomysły dotyczące robotyzacji. Co do polityków, niedawno przeczytałem artykuł o tym, że Belgii nadano obywatelstwo i akt urodzenia pierwszemu robotowi. Zadziwiające, że roboty zaczynają powoli dorównywać ludziom w zakresie identyfikacji społecznej.  Ale jest coś innego, co bardziej mnie zaciekawiło z zakresu robotyki, o czym czytałem niedawno.

Być może niektórzy pamiętają o rozważeniach Komisji Europejskiej na temat objęcia robotów ubezpieczeniem społecznym. Niektórzy wyśmiewali to jako typowo europejskiej dziwactwo i przykład tego że Komisja Europejska myśli o rzeczach niewłaściwych. W końcu roboty ani nie chorują (co najwyżej się psują), ani nie odchodzą na emeryturę. Jednak niedawno przeczytałem wywiad z Billem Gatesem, a więc bardzo szanowaną postacią świata biznesu, który również odniósł się do podobnego pomysłu. Bill Gates uważa, że jeśli robot zabiera człowiekowi pracę, to powinien płacić podatki. Oczywiście nie sam robot, ale firma, która korzysta z jego pracy. W ten sposób można zbierać środki na wspieranie ludzi, którzy tracą pracę w wyniku robotyzacji.

Bill Gates jest także zdania, że należy bardzo uważnie przemyśleć konsekwencje robotyzacji. To oznacza, że trzeba zapewnić odpowiednią migracje zawodową lub pomoc ludziom, którzy pracują w zawodach zagrożonych wymarciem z powodu przejęcia ich przez roboty. Temat nie jest wcale banalny, gdyż może to dotyczyć najpierw dziesiątków milionów ludzi na całym świecie, a potem nawet miliardów. Z tym fantem na pewno trzeba będzie coś zrobić. Dziś propozycję obejmowania robotów podatkami i ubezpieczeniami społecznymi można uznać za dziwoląg, ale bez uregulowania wielu kwestii związanych z robotyką się nie obejdzie. Nie może być bowiem tak, że korzystające z robotów firmy zarabiają krocie (na braku kosztów ludzkich) a ludzie wegetują bez pracy lub co gorsza umierają z głodu.  

W sprawie pracy wykonywanej przez roboty jak widać przed tymi, którzy stanowią prawo, ciągle jest wiele do roboty.