Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kultura / sztuka i media. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kultura / sztuka i media. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 1 lutego 2018

Kosmiczny Gwizd

Facet w średnim wieku, siwiejący, czyli akurat ktoś, kto kompletnie nie byłby dla mnie odpowiedni jako partner do związku. Nie mam zielonego pojęcia o tym, czy jest gejem i raczej obstawiam, że zdecydowanie będzie hetero. No to jednak żadnego znaczenia, bo nie chodzi o niego samego z wyglądu, tylko muzykę, która stworzył, a na którą przypadkiem trafiłem na YouTube. Link do niej zawieram poniżej.


Opisując ten utwór mógłbym czuć się jak Antonio Salieri w znakomitym filmie Milosa Formana "Amadeusz", opisywał swoje pierwsze spotkanie z Mozartem i utworem, który prezentował w czasie koncertu w pałacu arcybiskupa Salzburga. O ile w przypadku Mozarta utwór zaczynał się zabawnie, "niczym zardzewiały akordeon", to w przypadku utworu Alberta już od samego początku mam do czynienia z fajnym rozpoczęciem. Potem jest jednak trochę nudno dlatego, że jest to remix "Radioactivity" Kraftwerku, które jest stosunkowo refleksyjną piosenką i ze względu na jej "promieniotwórczy charakter" dosyć nierychliwą.

Dla osób, które nie bardzo będą chciały przebijać się przez całe osiem minut utworu nadmienię zatem, że około 3:30 minuty następuje odlot. Trudno mi to opisać, ale mam wrażenie jakby cały kosmos się otwierał. To zasługa pewnej fazy dźwiękowej (można ją określić jako Kosmiczny Gwizd), która jakby rozprzestrzenia się naokoło i trafia także prosto w moje wnętrze. A potem następuje przejście do bardzo intensywnego rytmu, który uwielbiam, bo jest energetyzujący i doskonale mobilizujący. W efekcie słuchałem tego utworu kilka razy i tak naprawdę spędziłem godzinę przy jego konsumpcji, zanim zająłem się zupełnie innymi swoimi codziennymi sprawami. A w kolejne dni trzymałem go w odtwarzaczu muzycznym na komputerze zapętlonego i bombardował mi umysł, gdy tylko zakładałem słuchawki na uszy.

I ja, podobnie jak Salieri w filmie o Mozarcie, mógłbym zapewnić, że w tej melodii usłyszałam głos Boga.

poniedziałek, 25 grudnia 2017

Malowana Wigilia

Wczoraj w wigilię postanowiłem sprawdzić coś związanego z komiksami. Przedwczoraj ściągnąłem sobie pierwszy odcinek Thorgala o zdradzonej czarodziejce. Pamiętam go jeszcze z magazynu komiksowego "Relax", który kupowałem za czasów mojej młodości. I wczoraj postanowiłem ściągnąć sobie drugi odcinek przygód Thorgala, którego oczywiście jeszcze w ogóle nie znałem. Jak już zacząłem ściągać ten drugi odcinek, to potem ściągnąłem jeszcze kilkadziesiąt - całą serię Thorgala oryginalną oraz kilka serii pobocznych. A potem skoro już zabrałem się za ściąganie komiksów, to potem ściągnąłem także wszystkie 31 numerów magazynu "Relax".

Dawniej za czasów młodości zbierałem komiksy. Miałem tego pokaźny stosik. Nie wiem, czy miałem wszystkie egzemplarze magazynu "Relax", ale na pewno znaczną ich cześć. Poza tym miałem kilka innych serii komiksowych. Teraz praktycznie wszystko to mam w postaci plików PDF na komputerze i mogę sobie dalej czytać te komiksy. Zdumiewające jest jednak to, że po kilkudziesięciu latach wciąż pamiętam co niektóre kadry z nich albo co niektóre wypowiedziane tam zdania. Trudno znaleźć sobie bardziej jaskrawą podróż do tak dalekiej przeszłości niż przeglądanie dawno temu oglądanych komiksów. Są one bowiem najbardziej widowiskowe w tym sensie, że łatwo zapamiętać zarówno obrazki, jak i krótkie zdania, które się na nie składają.

W przypadku książek trudniej jest zapamiętać fragmenty, ale w przypadku komiksów jest to o wiele prostsze, szczególnie jeśli ma się pamięć fotograficzną, tak jak ja mam. Zatem Wigilia upłynęła pod znakiem przeczytania kilkunastu komiksowych zeszytów. Mam jeszcze tego czytania na całe święta. Pięknie jest czasem wyhodować sobie taką podróż do przeszłości. Rzadko kiedy jesteśmy w stanie to zrobić, bo mało jest takich elementów łączących nas przeszłością, które możemy teraz bardzo łatwo odnaleźć. Była to zatem malowana Wigilia - w dosłownym sensie, ponieważ komiksy są oczywiście kolorowane. A poza tym moja wigilijna wieczerza była trochę bardziej wystawna niż w zeszłym roku, ale nadal z pewnością można ją określić mianem dietetycznej. Ale akurat w tym zakresie się nie martwię - bardzo dobrze. Piszę te słowa przed 6 rano, więc nie zważyłem się jeszcze po Wigilii, ale mam nadzieję, że waga mi nie skoczy, a wręcz przeciwnie.

A jeśli tak, to byłaby cudowna zdrowa Wigilia :-)

PS. Przybyło mi po Wigilii 1,1 kilo. Tragedii nie ma, tyle potrafiło mi przybyć po bardziej sutym zwykłym dniu czasem.

piątek, 10 listopada 2017

Moc do czwartej (trylogii)

Star Wars. Dawno dawno temu w odległej galaktyce. Każdy fan wie. co to znaczy. Wychowałem się na Star Wars od dziecka. Mój synek wychowuje się od dziecka. Obaj jesteśmy fanami Star Wars. A wcale nie zachęcałem go do tego specjalnie. Widocznie ma to w genach. Za miesiąc kolejny epizod - "Ostatni Jedi". To ósma część i przedostatnia, trylogia którą ona kończy miała być ostatnią - star Wars miało pierwotnie mieć trzy trylogie i dziewięć filmów. Tymczasem na gwiazdkę dla miłośników Star Wars Disney postanowił z miesięcznym wyprzedzeniem rozpalić umysły. Będzie czwarta trylogia Star Wars!

A poza tym będzie zrobiony serial Star Wars. Nie ma w tym nic dziwnego - Disney wie doskonale, że Star Wars przynosi mu, nomen omen, kosmiczne pieniądze. A jak coś przynosi kosmiczne pieniądze, to się to pielęgnuje i rozwija, to całkiem logiczne podejście do biznesu. I w pełni racjonalne. Ważne tylko, aby przy tej okazji nie skrzywdzić tematu. I zdaje się że Disneyowi udaje się wyjść z tego potencjalnego zarzutu obronną ręką. Zarówno "Przebudzenie mocy", jak i "Łotr 1" były wspaniałymi filmami o wiele lepiej przyjętymi niż niezbyt udane i wcześniej nakręcone filmy pierwszej trylogii.

Wygląda więc na to, że nie tylko będziemy mieli tych filmów pod dostatkiem, ale kto wie, może Disney zacznie wypuszczać nie jeden film Star Wars rocznie, ale dwa lub trzy. W końcu cały sztab ludzi pracuje tam na to, aby napisać scenariusz do takich filmów, a ich realizacja jest tylko kwestią czasu i pieniędzy, Disney zaś w tym zakresie na pewno nie narzeka na ich brak. Bo wiadomo, że każdy dolar wydany na realizację Star Wars zwróci się wielokrotnie. Można powiedzieć kosmicznie. A my, fani Star Wars, będziemy mogli przygodę kosmiczną przeżywać znacznie częściej. Nie tylko uczestnicząc w kolejnych premierach, ale także odświeżając sobie to, co zajmować będzie coraz dłuższą półkę - archiwum dotychczasowych produkcji.

Niech Moc będzie z wami!

sobota, 28 października 2017

Belle

Z reguły oglądam filmy w ten sposób, że gdy oglądam jakiś film po raz kolejny, to najczęściej robię to na skróty. Wybieram z filmu tylko te fragmenty, które mnie najbardziej interesują, a przeskakuje te, które mniej mnie ciekawią. Dosyć rzadko oglądam film po raz drugi od deski do deski. Jedyny filmem, który do tej pory zawsze w jakiś naturalny sposób zmuszał mnie do, tego był "Ostatni samuraj" - choć trudno mi powiedzieć dlaczego Oglądałem go zawsze od deski do deski, ale tak się po prostu działo. Tym razem wyrosła mu o wiele większa konkurencja. Albowiem w ten sam sposób zacząłem oglądać film "Belle".

Natrafiłem na ten film przypadkiem. Jak zwykle "zawiniły" tu moje historyczne poszukiwania. W moim ulubionym filmie Mela Gibsona "Patriota" mój również ulubiony aktor, Tim Wilkinson zagrał Lorda Cornwallisa. Przeglądając jego biografię na Filmwebie natrafiłem na rolę Lorda Mansfielda w firmie "Belle". Dlatego postanowiłem ten film obejrzeć. Obejrzałem go raz, zrobił na mnie ogromne wrażenie. A potem - co u mnie samo w sobie było rzeczą kompletnie niezwykłą - zacząłem go oglądać ponownie kilka razy w odstępach jedno lub kilkudniowych. Do tej pory nie zdarzyło mi się, abym chłonął film serią seansów odbywających się tak szybko jeden po drugim. I to za każdym razem kompletnie bez skrótów.

A teraz zastanawiam się, co sprawiło, że tak uwielbiam ten film - do tego stopnia, że umieściłem go w moim podręcznym magazynku filmowym na moim komputerze (a nie na podłączonym na żądanie dysku magazynowym). Na pewno wpłynął na to wspaniały klimat osiemnastego wieku, epoki kulotów i peruk, świec i lśniących powozów, tak pięknie odmalowanej w tym filmie. Barwniej i bardziej żywymi kolorami pokazanej niż w moim ulubionym "Barry Lyndonie" Stanleya Kubricka. Ale nie tylko kostiumy i wnętrza, będące kwintesencją piękna, są atutem tego obrazu. To wielkie dzieło o poszukiwaniu ludzkiej wolności i godności. O zasadach rządzących społeczeństwem, o zmianach społecznych, i o kulturze społecznej. To nie jest film o tanich rewolucjonistach, to jest film bardziej o dżentelmenach zmieniających świat. W dzisiejszym świecie potrzeba nam właśnie takich dżentelmenów, a nie rewolucjonistów, wywodzących się z fornali. Co wyrasta z takich fornali widzimy w Polsce, obserwując w drugim lub trzecim pokoleniu potomków owych stalinowskich uzdrawiaczy świata. Oczywiście nikt mi nie zarzuci tego, że "Belle" jest filmem politycznie niepoprawnym - główna bohaterka jest czarna. Oczywiście żartuję, bo ten film jest poza tanią polityczną poprawnością. Tak naprawdę ten film jest o czymś o wiele ważniejszym od poprawności politycznej, a nawet estetyki.

Ten film jest o podstawach ludzkiego człowieczeństwa.

niedziela, 22 października 2017

Folwark dziecięcy

Być może niektórzy z nas przeczytali znakomitą i niestety nawiązującą do tego co się dzieje we współczesnym świecie książkę George'a Orwella "Folwark zwierzęcy". Niektórzy pamiętają genialne powiedzenie z tej książki - wszystkie zwierzęta są sobie równe, ale niektóre są równiejsze. Tymczasem ja chciałbym dzisiaj napisać o czymś, co można nazwać folwarkiem dziecięcym. A to wszystko w nawiązaniu właśnie do "Folwarku zwierzęcego" Orwella, choć będzie to rozważanie na zupełnie inny temat, bynajmniej nie związany z zagrożeniami współczesnym totalitaryzmem. Są jednak także inne zagrożenia związane z edukacją dzieci - bo wiem, jak to się mówi, czym skorupka za młodu nasiąknie tym na starość trąci.

Odpowiednia edukacja moralna dzieci zapoznająca ich z tym, co powinno być uznany za dobre w świecie i tym, czego powinno się unikać, jest oczywiście ważna dla budowy ich kręgosłupa moralnego. W tym kontekście ciekawe są badania przeprowadzone przez kanadyjskich uczonych. Sprawdzali oni mianowicie to, w jaki sposób historyjki przekazywane dzieciom zapoznają ich z prawdami na temat etyki i nakłaniają do takich lub innych działań. Okazuje się, że historyjki, w których bohaterami są zwierzęta (a to jest właśnie poetyckie nawiązanie do "Folwarku zwierzęcego" Orwella) mniej przemawiają do wyobraźni dzieci niż historyjki, w których bohaterami są ludzie. Zatem antropomorfizowane zwierzęta, czyli zwierzęta działające tak jak ludzie i będące bohaterami wielu bajek, nie przebijają się tak mocno do dziecięcej wyobraźni, jak bajkowi ludzie.

Jeśli więc chcemy, aby nasze pociechy bardziej do serca brały sobie wszelkie moralne nauki, które płyną z bajek, lepiej będzie, jeśli przekażemy im bajki, w których bohaterami są ludzie, a z którymi nasze pociechy mogą się o wiele łatwiej utożsamiać, niż z gadającymi misiami, pieskami lub też innymi zwierzątkami. To bardzo ciekawe wnioski, które oczywiście nie powinny skreślać z lektury młodych ludzi, a zresztą nie tylko młodych, bo jest to lektura ponadczasowa, genialnego "Kubusia Puchatka" - ale powinny zachęcić nas do wybierania dla dzieci także historyjek, których bohaterami są ludzie, a które po prostu bardziej trafiają do dziecięcej wyobraźni.

A zatem żartobliwie można powiedzieć, że aby przekazywać dzieciom właściwą lekcję moralną, człowiek człowiekowi nie może być wilkiem ;-)

czwartek, 19 października 2017

Nieśmiertelny islam

Klątwa poprawności politycznej krąży nad Zachodnią Europą, która nie zna umiaru w stosowaniu tej niestety bolszewickiej i faszystowskiej ideologii. Wiąże się ona bowiem nominalnie z tolerancją i multikulturowością, ale tak naprawdę jest jej zaprzeczeniem. Tolerancja jest bowiem tylko w jedną stronę - tolerować trzeba to, co poprawne polityczne, zaś to co politycznie niesłuszne należy (według tej oświeconej tolerancji) niszczyć. To oczywiście jedna wielka hipokryzja. Jednak czasem poprawność polityczna prowadzi do absurdalnych i humorystycznych sytuacji, choć często często humor przez łzy. Tego rodzaju humorystyczne dzieło powstało niedawno w Niemczech.

Jestem mianowicie książeczka dla dzieci. W tej książeczce przedstawiono szopkę betlejemską, a więc samą szopkę, Matkę Boską, Świętego Józefa, małego Jezusa oraz gwiazdę betlejemską i zwierzątka naokoło. Wszystko byłoby super, gdyby nie to, że w tle znajduje się - nie uwierzycie - meczet z półksiężycem. Zadziwiające, jak stary jest islam, który funkcjonował już około 610-630 lat przed swoim powstaniem. Ale prawdopodobnie to nie jest ostatnie słowo, mam bowiem podejrzenie, że być może uważna analiza ściennych obrazów w neolitycznych jaskiniach również wykazywałaby na obecność meczetów w tych czasach. Mało tego, wykopaliska paleontologiczne mogą potwierdzić, że już w czasach dinozaurów były meczety. Kto wie, czy nawet nauka nie powinna podjąć rewizji teorii Wielkiego Wybuchu - okazać się bowiem może, że przed powstaniem Wielkiego Wybuchu był już islam.

Żarty żartami, ale najgorsze są takie potknięcia w przypadku książeczek przeznaczonych dla małych dzieci, a więc istot nie posiadających wrodzonego krytycyzmu i ufnie chłonących wiedzę, którą się im przekazuje. W tym wypadku jest to po prostu kłamliwa indoktrynacja w imię rzeczywiście opętanej politycznej poprawności. Jeśli dalej tak to będzie realizowane, to możemy się spodziewać, że niedługo powstaną książeczki dla dzieci, w których esesmani z SS-Totenkopfverbände w obozach koncentracyjnych będą pokazywani jak obrońcy Żydów, ratujący ich przed złymi Polakami. Oczywiście, można doprowadzać do absurdu różnego rodzaju manipulacje historyczne i polityczne, ale niestety w coraz bardziej zatrutej polityczną poprawnością Zachodniej Europie coraz mniej ludzi będzie w stanie rozpoznać w tym działaniu manipulacje. Oni mają już swoje pranie mózgów podobne do "Roku 1984" Orwella.

W sumie to wolę już od "Roku 1984" Orwella obecnie istniejący w Polsce (ze strony totalnej opozycji) "Folwark zwierzęcy" :-)

poniedziałek, 28 sierpnia 2017

Polityczny Mleczko

Trudno znaleźć byłoby chyba kogoś, w jaki sposób nie wychował się na świetnych obrazkach Andrzeja Mleczki. Nadal Andrzej Mleczko robi swoje rysunki, obecnie już koloryzowane. Brzmi to może dwuznacznie, w tym również dwuznacznie politycznie, ale zarazem zabawnie, tak jak jego same rysunki są przecież zabawne. Tak więc Andrzej Mleczko, dosłownie a niekiedy także w przenośni, koloryzuje rzeczywistość. Ostatnio mogłem zobaczyć jego dwa bardzo śmieszne rysunki polityczne, nomen omen w tygodniku "Polityka".

Pierwszy rysunek skompromitował mnie pod względem politycznym. Jest na nim dwóch panów, jeden mówi do drugiego: Jestem za ochroną środowiska naturalnego. Moim środowiskiem naturalnym jest ministerstwo. Mówiący te słowa pan był trochę bardziej starannie narysowany niż jego słuchacz. Kompromitacja moja polegała zaś na tym, że dopiero za którymś z kolei oglądaniem rysunku zorientowałem się, że ten tak starannie wyrysowany mówca to minister Szyszko we własnej osobie. A zatem ogólnie dowcipny rysunek stał się dowcipnym rysunkiem stricte politycznym, mało tego - dotyczącym polityki jak najbardziej aktualnej. Drugi rysunek, ewidentnie również dotyczy aktualnej polityki. Przedstawia manifestację ludzi przed Sądem Najwyższym i dwie kobiety, które ze sobą rozmawiają. Jedna mówi do drugiej: Mówiłam ci, w dzisiejszych czasach uczciwych ludzi ze świecą szukać. Oczywiście obie trzymają manifestacyjne świeczki. W tym zakresie Andrzej mleczko stworzył rysunek zgodne z prawdą historyczną, oddając hołd astroturfingowi. Wszystkie świeczki trzymane w rękach przez demonstrantów na tym rysunku są bowiem dokładnie takie same, tak jak na tych rzekomo spontanicznych manifestacjach, w czasie których uczestnicy dziwnym trafem trzymali świeczki identycznego rodzaju. Przypomnimy także, że niektórzy uczestnicy tych spontanicznych manifestacji trzymali profesjonalnie wydrukowane grafiki (z napisem KONS-TY-TUC-JA), które dziwnym trafem idealnie pasowały do kreacji eksponowanej równolegle w niektórych ulicznych gablotach kampanii propagandowej.

Cieszę się że Andrzej Mleczko robi naprawdę świetne rysunki oparte na grze słów, które wyśmiewają naszą rzeczywistość polityczną, kompletnie niezależnie od tego, kogo on wyśmiewa. Wiadomo, że wyśmiewa rządzących, ponieważ bliżej mu do III Rzeczpospolitej, ale robi to w taki sposób, w jaki od niego należy oczekiwać, czyli jako prawdziwy niedościgniony w swoim fachu artysta. Testem na jakość rysunków Andrzeja Mleczki i jest dla mnie mój własny aparat gębowy. Jeśli oglądając jego rysunki uśmiecham się, lub wręcz zachichoczę, to znaczy że są naprawdę świetne. A to, czy mają być one szpilką wkładaną władzy czy też nie, jest zupełnie bez znaczenia. Takie jest prawo satyryków, że powinni atakować wszystkich zasługujących na atakowanie. Pamiętam przecież rysunek Andrzeja Mleczki z turystami, którzy zbulwersowani widokiem naturalnej tęczy zawieszonej nad krajobrazem mówią, że mają dosyć tej nachalnej propagandy homoseksualizmu :-) O ile gorzej wyglądają w tym zakresie różni politycy, którzy mając całkowicie poważne intencje robią de facto polityczny kabaret ze swoich wystąpień. Powinni brać przykład z Andrzeja Mleczki zakresie wyśmiewania się z rządzących.

Bo Andrzej Mleczko wykreśla (to gra słów) kanony polskiego humoru.

piątek, 18 sierpnia 2017

Zabójcze selfie

Media żyją zamachem w Barcelonie. Znowu furgonetka wjechała w tłum ludzi, 13 osób nie żyje, kilkanaście jest w stanie ciężkim, kilkadziesiąt ogólnie rannych. Ja przypominam sobie w takich momentach słowa premiera Leszka Millera, który napisał, że po prostu trwa wojna. A na wojnie straty są nieuniknione. Chciałem jednak dzisiaj napisać o innej śmierci, której akurat z łatwością można by uniknąć, a która jak zwykle spowodowana była ludzką głupotą. Jest to z pewnością śmierć bardziej nośna medialnie, bo wywołująca w nas uczucie współczucia niezależnie od poglądów politycznych. Chodzi o śmierć małego delfina na plaży w tym samym kraju, w którym był zamach, czyli w Hiszpanii.

Rzecz działa się na południu Hiszpanii, gdzie turyści przebywający na plaży wyciągnęli z wody bardzo małego delfina. Ten delfinek sądząc po zdjęciach miał jakieś pół metra długości, więc był naprawdę młodziutkim zwierzęciem. Uszczęśliwieni wczasowicze tak długo podawali go sobie z ręki do ręki, robili sobie selfie i zaczepiali go, że zwierzę zmarło ze stresu i wyczerpania, które jest ze stresem związane. Oczywiście rozsądni ludzie w takiej sytuacji mogliby postąpić na dwa sposoby: albo postarali by się delfina przenieść jak najdalej na pełne morze i wypuścić, albo nie zbliżaliby się do niego i zawiadomili odpowiednie służby, które fachowo wiedziałby co z delfinem zrobić. Jednak turyści woleli robić sobie selfie, nawet kosztem życia zwierzęcia. Typowa ludzka głupota. Doskonale rozumiem, czytając o tym wydarzeniu, dlaczego Albert Einstein miał wątpliwości tylko co do nieskończonego charakteru wszechświata, nie zaś ludzkiej głupoty.

Oczywiście to nie pierwszy i niestety, obawiam się, nie ostatni taki przypadek, gdy zadowoleni z siebie turyści, poprzez selfie zamęczą jakieś zwierzę na śmierć. Trochę winę za to ponosi również pewna kultura medialna, która obecnie panuje w świecie. Robienie sobie zdjęć pamiątkowych przy pomocy smartfonów jest łatwiejsze niż kiedykolwiek i - co grosza - dostępne także dla zupełnych laików, którzy najczęściej wykazują się brakiem taktu i kultury. Dawniej trzeba zrobić zdjęcie na tradycyjnej kliszy, wywołać film (najczęściej dopiero po powrocie z wakacji) i poczekać na wykonanie odbitki. Dziś dosłownie po chwili od zrobienia zdjęcia można umieścić je na Facebooku lub na innym profilu społecznościowym. To sprawia, że wiele osób ciągle robi sobie selfie i nie przepuści żadnej okazji, nawet takiej, która wiąże się z czyjąś śmiercią. Dzięki temu czasem co prawda mamy przejmujące zdjęcia. na przykład ofiar katastrof, które być może dotrą do naszego sumienia lepiej niż ocenzurowane zdjęcia agencyjne. Ale giną również przez te zdjęcia zwierzęta zamęczone po to, aby się z nimi sfotografować.

Przyszło mi do głowy takie brutalne porównanie - my ludzie zaczynamy traktować zwierzęta z taką samą nonszalancją, z jaką islamscy bojownicy traktują mieszkańców Zachodniej Europy przygotowując kolejne zamachy.

wtorek, 8 sierpnia 2017

Poeta dyktator

Hel odpłynął. Co prawda nadal jest jeszcze półwyspem i przynależy do Polski, ale odpłynął w sposób zadziwiający. A wszystko Poprzez chęć patriotycznego upamiętnienia znanego powstańczego poety, Krzysztofa Kamila Baczyńskiego, który zginął w pierwszych dniach Powstania. Rozwieszono na Helu plakaty, które informowały o obchodach rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego. Wydarzenie to miało nazwę Gloria Victis (chwała zwyciężonym) i miało być ilustrowane zdjęciem poety. Złośliwy traf chciał, że zamiast Baczyńskiego na plakatach pojawił się młody Józef Stalin.

Młody Stalin brzydki nie był, ale Krzysztof Kamil Baczyński to przy nim prawdziwe ciacho. Trudno pomylić tych dwóch młodych mężczyzn, którzy wyglądają zupełnie inaczej. Rozumiem, że ktoś mógł pomylić wizerunek dorosłego Józefa Stalina z wizerunkiem generała Nikołaja Przewalskiego, którego w środowiskach rewolucjonistów uważana powszechnie za nieformalnego ojca gruzińskiego dyktatora, jednak różnica wyglądu pomiędzy Stalinem a Baczyńskim jest aż nadto wyraźna.

Pikanterii całej sprawie dodaje fakt, że o ile na plakacie zamieszczonym przez miasto na Facebooku zdjęcie Baczyńskiego było umieszczone prawidłowo, to o tyle na wersji drukowanej zostało zamienione ze Stalinem. Podobno plakat, który poszedł do druku, był jedynie pierwotną wersją, na którą naniesiono w urzędzie miasta poprawki. Widocznie pomylono ją do druku. Oczywiście wybuch skandal, władze Helu musiałby przepraszać i sprawdzać, czy wszystkie plakaty z Józefem Stalinem-Baczyńskim zostały zdjęte. Internauci mniej jednak używanie i ja się uśmiałam do łez, gdy zobaczyłem dyktatora jako powstańczego poetę.

Stalin co prawda był genialnym politykiem i zbrodniarzem, ale o talent poetycki bym go nie podejrzewał :-)

niedziela, 16 lipca 2017

Pippi and gentlemen

Gdy byłem małym brzdącem, moja mama zabierała mnie zawsze na celebrację świąt Bożego Narodzenia, ponieważ był tam Święty Mikołaj wręczający prezenty, organizowaną przez jej zakład pracy. To było jeszcze w czasach socjalizmu. Zawsze puszczano nam wtedy jakiś film z nieśmiertelną Pippi Langstrumpf w roli głównej. Dzięki temu doskonale kojarzę tą rudą dziewczynę z charakterystycznymi kucykami po bokach głowy. Zawsze miała ona jakieś ciekawe przygody. Okazuje się jednak, że obecnie ma przygody jeszcze ciekawsze. Książki o niej, na których pokolenia dzieci się wychowały, są w Szwecji palone. Dlaczego? Odkryto w nich rasizm.

Pomijam już absurdalność palenia książek jako takiego. Kojarzy mi się ono z jakąś inkwizycją lub też hitlerowcami, którzy palili książki niewygodnych dla siebie autorów. Zawsze palenie książek uważałbym za szczyt barbarzyństwa, ale tym wypadku jednak jest to barbarzyństwo podwójne, ponieważ powód jest po prostu idiotyczny. Otóż piewcom politycznej poprawności nie spodobało się to, że w dziele znanej szwedzkiej pisarki Astrid Lindgren znalazło się sformułowanie "król Murzynów" tak, jakby to określenie było naprawdę obraźliwe. O mój Boże! Gdyby było tam określenie "król czarnuchów" to ja rozumiem, choć też trzeba by wziąć pod uwagę kontekst - może to byłby na przykład cytat wypowiedzi kogoś, kto Murzynów nienawidzi.  Ale król Murzynów? Na miłość boską to tak, jakby powiedzieć król Żydów i uznano by to za antysemityzm.

Drugi ciekawy przykład i równie bulwersujący mamy z Wielkiej Brytanii, gdzie wprowadzono nowe powitanie pasażerów metra. Zamiast tradycyjnego "ladies and gentlemen" teraz będzie słyszane "hello everyone". Można by żartem powiedzieć, że dobrze nie jest to "hello world", które było kiedyś używane jako przykład w książkach o programowaniu. Ale żarty na bok. Zaczynamy po prostu wariować ze względu na to, że ktoś nie chce kogoś urazić. I to kogoś, kto jest wręcz przewrażliwiony na punkcie własnej wyjątkowości do tego stopnia, że trzeba zmieniać stosowane od wieków wyrażenia tylko po to, aby zaspokoić jego przewrażliwione oczekiwania. Niestety przewrażliwione na swoim punkcie jest nasze środowisko gejowskie, przynajmniej środowisko oficjalnych działaczy (jak to słusznie z przekąsem niektórzy piszą) LGBTQWERTY.

Poprawność polityczna zaczyna zjadać swój własny ogon - ciekawe, kiedy nim się zadławi.

środa, 12 lipca 2017

Lesbijki umierają

Proszę państwa staje się rzecz straszna - "Lesbijki umierają w serialach na potęgę. W ostatnim czasie uśmiercono 62 bohaterki. Aktywiści alarmują - ten trend powinien się wreszcie skończyć". Tak głosi tytuł artykułu w "Polityce". Aktywiści... Zabrzmiało to prawie tak, jak stachanowcy, przodownicy pracy, luminarze walki o komunistyczne lepsze jutro. I luminarze tolerancji wciskanej polit poprawnym bejsbolem oraz akceptacji wymuszanej na siłę. Mierzący z linijką w ręku nie fiuty (jak ludzie na gej czatach), ale śmierci "postępowych" bohaterek. 

I okazuje się że umierają, na bardzo różne sposoby. Jedne zabite, inne na raka mózgu, inne to pod prysznicem, inne przez wypadnięcie z balkonu, a jeszcze inne przez wypadek samochodowy. Tak, jakby zwykli ludzie nie umierali w ten sposób.  Zadziwiające może jest jednak to (dla aktywistów), że te śmierci się mnożą. Czyżby po wygranej Trumpa scenarzyści chcieli się pozbywać lewicowych bohaterów a raczej idoli? Bo nie każda lesbijka z serialu odgrywa rolę pierwszoplanową, głównej bohaterki. Wątpię, żeby w trakcie trwania serialu uśmiercano głównych bohaterów. To jest nagminne pod koniec serii, gdy aktorzy nie chcą grać w kolejnej - i nagle się ich trzeba pozbyć. Na tej zasadzie trzeba było zabić postać graną przez Jana Englerta w pierwszej serii "Czasu honoru". Jego obowiązki zawodowe nie pozwalały mu na granie w kolejnej części.

Zadziwia mnie tak po prostu, że aktywiści gejowscy tak bardzo monitorują wszystko pod kątem ich mierzonej linijką (zapewne tą samą, której używają prywatnie do mierzenia fiuta) poprawności polityczno-serialowo-obasdowej. Zadziwiające, że nikt się nie zastanawia, ile na przykład w serialach jest pokazywanych osób głęboko wierzących. Ale poprawność polityczna lewactwa działa tylko w jedną stronę. Tu nie chodzi o rzeczywisty pluralizm, ale wciskanie na siłę swojej wizji świata. Totalitarna lewica zawsze taka była - od Rewolucji Francuskiej począwszy, przez Hitlera i Stalina, po obecną, w wersji soft (lub jak kto woli - historii wracającej jako farsa). Moim zdaniem lewacy powinni skupić się teraz na trochę innych zadaniach. Wiele wskazuje na to, że na całym świecie preferencje wyborców się powoli ale nieuchronnie zmieniają i niedługo ich kamraci odpadną od władzy. Warto zatroszczyć się o kasę, bo będą kończyć się hojnie rozdawane granty ze strony różnych instytucji do tej pory opanowanych przez lewackich kolegów. 

Jeśli w porę o tym nie pomyślą, to będą jak "Gazeta Wyborcza" mieli poważne finansowe problemy.

piątek, 7 lipca 2017

Morał dla świata Zachodu

Bez dwóch zdań najważniejszym wydarzeniem w Polsce i zapewne na świecie wczorajszego dnia było przemówienie Donalda Trumpa na Placu Krasińskich w Warszawie. Wysłuchałem go najpierw w tłumaczeniem na żywo w Polsacie online, następnie na stronie Wirtualnej Polski wysłuchałem tego przemówienia w oryginale, a potem przeczytałem je w oryginale dostępnym pod tym linkiem. Byłem pod wrażeniem tego, że prezydent USA, który przez lewackie media i elity uważany był za nieomal idiotę, tak doskonale odrobił lekcję z polskiej historii. Ale nie to zadecydowało o wręcz epokowym wymiarze tego przemówienia. Prezydent Trump mówił bowiem o wartościach całej zachodniej cywilizacji oraz zagrożeniach, które są dla niej we współczesnym świecie. To było bardzo jasne przesłanie dla Polski, Europy i w ogóle całego świata. Trafiła mi się też jedna ciekawostka dotycząca tego przemówienia, ale o niej na końcu.

Prezydent Trump odrobił lekcję z Polskiej historii, ale widać w jego przemówieniu coś znacznie ważniejszego. Myślę, że on naszą historię po prostu zrozumiał. Prezydent największego supermocarstwa doskonale zrozumiał naszą wolę walki, nasze umiłowanie wolności, niezłomność i patriotyzm, umiłowanie i szacunek dla tradycji i dla naszej własnej tożsamości. Zrozumiał to, bo sam reprezentuje naród, który szczyci się podobnymi wartościami, choć nie ma tak długiej historii jak nasz kraj. To nie było jakieś plastikowe przemówienie unijnego pierdzistołka, pełne pustych frazesów, ale przemówienie kogoś, kto wie o czym mówi i kto mówi o tym, co ma w sercu, a nie wyłącznie na (często bardzo kłamliwych w przypadku wielu innych polityków) ustach. Świat zmienia się, być może nasza cywilizacja Zachodu jednak przetrwa. Być może nie damy się kolejnym zbrodniarzom i totalitaryzmom, które chcą nas zniszczyć - zarówno fanatykom religijnym, jak i fanatykom ideologicznym. Jest jeszcze jakaś nadzieja dla tego świata, bo póki mamy w sobie wolę walki, wiemy kim jesteśmy, to wygramy. Dotyczy to zarówno Europy, Polski, jak i każdego z nas. Każdy z nas w swoim codziennym życiu też prowadzi taką walkę. To na szczęście nie jest walka z fizyczną agresją czy terrorem,  ale z własnymi słabościami i przeciwnościami losu. I w tym przypadku przemówienie prezydenta Trumpa jest ważne dla każdego z nas. Jeśli mamy w sobie wolę działania, jeśli wiemy kim jesteśmy i kim chcemy być, to również nie damy się złamać i pokonamy przeciwności, jeśli tylko to będzie to fizycznie możliwe.

A na koniec ciekawostka - opinia lewicowego, nieprzyjaznego obecnemu rządowi publicysty z "Polityki" - Daniela Passenta. Całkiem uczciwie (co i tak jest nietypowe, jak na skłonności antyrządowej propagandy) streścił przemówienie Donalda Trumpa wygłoszone na placu Krasińskich. Dopatrzył się nawet jego krótkiej wzmianki o Holokauście i o Powstaniu w Getcie Warszawskim (która stanowiła połowę jednego zdania w przemówieniu). Zapomniał jednak napisać o tym, że prezydent Trump bardzo dużo mówił o Powstaniu Warszawskim. Daniel Passent zaznacza, że "piszę to wszystko z odręcznych notatek, więc to i owo pominąłem" - przynajmniej jest szczery. Zadałem sobie trud obliczenia, że wzmianka o Pomniku Powstania (i wspomnienie 150 tysięcy ofiar mieszkańców Warszawy) oraz opowieść o samym Powstaniu Warszawskim zajęły dokładnie 14,3% przemówienia Donalda Trumpa. Daniel Passent zapewne tego po prostu nie zauważył. Ot, głupia jedna szósta przemówienia, nie to co pół zdania o Holocauście. A była to jedna szósta przemówienia, wygłoszona nie tylko w hołdzie historii, ale także po to, aby pokazać na tym przykładzie, jak niezłomna wola walki potrafi zwyciężyć, co jest morałem dla całego świata Zachodu

Daniel Passent wybierał z przemówienia prezydenta USA to, co mu smakowało, tak jak minister Sikorski wybierał ośmiorniczki w restauracji Sowa i Przyjaciele.

niedziela, 18 czerwca 2017

Technologiczny dinozaur

Czasem czuję się technologicznym dinozaurem i to nie dlatego, że nie umiem posługiwać się urządzeniami wysoko technologicznymi. Wręcz przeciwnie - spędzam regularnie czasem i kilkanaście godzin na dobę przy komputerze, nie tylko pracując na nim, ale także robiąc swoje prywatne rzeczy. Jestem non stop przypięty do netu w tym czasie. Ale dokumenty wolę pisać i przechowywać offline na kompie, a nie w sieci (z oczywistym wyjątkiem bloga). Korzystam ze smartfona i prawie nie ruszam się bez niego, ale zachowuje się mimo wszystko jak dinozaur, co uświadomiła mi rozmowa telefoniczna, którą przeprowadziłem wczoraj z przyjacielem, a także kilka refleksji, które po niej miałem.

Kolega nie odzywał się do mnie przez kilka dni, więc napisałem do niego SMS. Oddzwonił nie mając pojęcia z kim ma do czynienia. Okazało się, że utopił smartfona w wannie i nie wiedział, do kogo mój numer  należy, bo stracił zapisane w nim dane. Ja nie tylko nie używałbym smartfona w wannie, ale co więcej - nigdy nie zdarzyło mi się nawet porysować (nie mówiąc już o stłuczeniu ) ekranu w telefonie. Po prostu jestem takim dinozaurem, który dba o to, aby nie wsadzać telefonu do kieszeni z kluczami (a jeśli już, to telefonu w skórzanym ochronnym etui). Pod względem (dla mnie przecież oczywistej i naturalnej) dbałości o sprzęt elektroniczny jestem najwyraźniej niedzisiejszy. Mój sprzęt elektroniczny, nawet używany latami, jest tylko naturalnie zużyty lub wytarty, ale nie zmasakrowany.

Podobnie ma się sprawa z dostępem do informacji. Zdecydowanie preferuje tradycyjne pisany tekst niż filmiki. Dlaczego? Dlatego, że w tekście bardzo łatwo można pominąć nieinteresujące mnie fragmenty i przeskoczyć do lektury tego, co ciekawe. Gdybym korzystał zaś z popularnych wśród wielu osób plików wideo, musiałbym oglądać je (tak jak telewizję) w całości, bo nie mógłbym szybko selekcjonować informacji. A to często byłaby strata czasu. Oczywiście to, co wiem, że jest ciekawe, oglądam w całości, ale nie wszystko jak leci. Potrafię zatem korzystać z internetu w sposób inteligentny, wybierając informacje, które mnie interesują, a nie korzystam z niego w sposób obrazkowy, filmowy, typowy dla naszych czasów, w których kultura czytania zastąpiona jest pismem obrazkowym i gapieniem się w wideo. Jeśli na przykład przeglądam poradniki konfiguracji komputera, to zdecydowanie wolę pisemne, niż filmy na YouTube, który to wszystko pokazują bardzo często w sposób albo zbyt powierzchowny, albo zbyt rozwlekły. Niedzisiejsze jest więc to, że wolę słowo pisane od kodu obrazkowego. Z jednym wyjątkiem - oglądam filmiki pokazujące dobieganie do różnych trudno osiągalnych miejsc w grze, bo łatwiej mi to zapamiętać obrazkowo, niż czytając opis takiej wędrówki.

Dlaczego jestem komputerowym dinozaurem - bo mam myślące podejście do wielu komputerowych spraw, które inni traktują bezmyślnie ;-)

środa, 24 maja 2017

Kultura odejścia

Ostatnio mieliśmy do czynienia z kilkoma smutnymi i pouczającymi zdarzeniami. Najpierw okazało się, że Zbigniew Wodecki trafił do szpitala, potem przyszła informacja o jego śmierci, która ukazała się fake newsem. Bardzo źle to świadczy o zamieszczającym ją medium. Później niestety informacja o śmierci Zbigniewa Wodeckiego przyszła już ponownie, tym razem oficjalna. Zadzwonił do mnie mój były chłopak i przekazał mi tę wiadomość, a przy okazji zasłużył sobie na szacunek, bo nie spodziewałem się, że kojarzyć będzie Zbigniewa Wodeckiego. Pozytywnie mnie tym zaskoczył - mały promyk radości w tym smutnym dniu. Niedawno zaś przeczytałem artykuł o tym, jak Joanna Racewicz, która straciła w Smoleńsku męża będącego pracownikiem BOR, w bardzo wzruszającym stylu wspomniała Zbigniewa Wodeckiego. Napisała to na Facebooku.

Jak zawsze … Zbigniew Wodecki, mistrz, legenda, wielkie, przeogromne serce. Nie zapomnę, jak pięknie zagrałeś Ave Maria mojemu Janosikowi. Zadzwoniłam, spytałam z drżącym sercem i nie wahałeś się nawet sekundę. Dziękuję. Tak, jak Wtedy. Zagraj Mu Tam. Jeszcze raz. Też kiedyś wpadnę na koncert. Po drugiej stronie.

Świat od razu staje się piękniejszy, gdy widzimy, że nadal żyją w nim wspaniali ludzie pełni kultury, jak pani Joanna. Niestety, we współczesnym świecie kultura, klasa i szacunek dla drugiej osoby  schodzą często na drugi plan, w imię brutalnej walki politycznej, którą niektóre środowiska najwyraźniej koniecznie chcą wywołać - bo to jedyne paliwo, które umożliwia im istnienie. Skoro nadal nie mają wyraźnego, pozytywnego programu politycznego, to starają się żerować na nienawiści. A tak przy okazji walki politycznej - redaktor Lis, pierwszy wojownik medialny III RP, ostatnio zbłaźnił się. Lis zamieścił na Twitterze ikonkę śmiechu do łez komentując zamach w Manchesterze.  Napisał "Szok po przebudzeniu" - i faktycznie dostarczył szok z  innego powodu. Oczywiście była to pomyłka, ale zaorał się, co zresztą systematycznie ostatnio robi. Można powiedzieć - kultywuje, jak pragnąca zaorania gleba. 

Redaktor Lis z pewnością nie jest i nie będzie dżentelmenem, ale bez wątpienia był nim sir Roger Moore, doskonale znany ze wspaniałych kreacji Jamesa Bonda lub Simona Templara z serialu "Święty". Niestety również sir Roger odszedł od nas. Mówią o nim że, był Bondem posiadającym największe poczucie humoru, ale ja zapamiętałem go z innej strony. Kiedyś dowiedziałem się w czasie jednego z programów dokumentalnych, że sir Roger zawsze zamykał oczy w trakcie strzelania. Warto na to zwrócić uwagę, gdy będziemy oglądali go w akcji. Szkoda, że tak wspaniali ludzie odchodzą od nas, ale niestety takie jest życie. Oby jednak na ich miejsce pojawiły się nowe talenty. Być może i w Polsce tak się stanie, po wycofaniu się gwiazd i gwiazdeczek z Opola. Może, jak napisał  redaktor Ziemkiewicz, to szansa na wyrwanie się z zaklętego kręgu starych chałturszczyków.

Byle tylko nie zastąpili ich nowi chałturszczycy.

czwartek, 18 maja 2017

Bakteryjne ubogacanie

Kiedy prezes Jarosław Kaczyński w publicznym przemówieniu powiedział, że imigranci przynoszą choroby i pasożyty, to wtedy całe nasze "postępowe dziennikarstwo" rzuciło się na niego z pazurami. Wyśmiewaniu się i drwinom nie było końca.  Jednak niedługo potem trafiłem na artykuł o niemieckich lekarzach, którzy alarmują o tym, że niestety ale napływ imigrantów wiąże się z napływem różnych chorób i pasożytów. W tym także chorób, które w Europie nie występują już od wielu lat. No cóż, można się było spodziewać tyle, że oficjalnie się o tym głośno nie mówi, bo to niepoprawne politycznie. Ale ostatnio trafiłem na dwie informacje w zakresie zdrowia imigrantów. Jedna jest przerażająca, druga kompletnie kuriozalna.

Zacznę od tej przerażającej, bo jest ona tragiczna w swojej wymowie, a jednocześnie niespecjalnie jest co w niej komentować. Niemieccy lekarze przyznają, że 20% imigrantów jest zarażonych gruźlicą i do tego nieznaną odmianą, odporną na leki, którą przywieziono do Europy z Somalii. W krajach europejskich tego rodzaju gruźlica uchodziła za wytępioną. Nic dodać, nic ująć. Druga wiadomość jest kompletnie kuriozalna i absurdalna - włoski dziennik "La Stampa" przekonuje nas, że  przybycie imigrantów, którzy przynoszą ze sobą grzyby, bakterie i mikroorganizmy ubogaca nasz kontynent. W efekcie tego ubogacania wątli i mało odporny Europejczycy zwiększa swoją naturalną odporność i staną się bardziej krzepcy i zdrowi.

Pomijam fakt, że ubogacanie kojarzy mi się z gwałtami, terroryzmem, rozjeżdżaniem niewinnych ludzi ciężarówką i tym podobnymi atrakcjami, które bynajmniej nie są zdrowe dla Europy. Wątpię również, żeby występowanie chorób, które spowodują cierpienia kolejnych tysięcy i milionów ludzi było korzystne dla zdrowia naszej populacji. Jeśli zaś chcemy być krzepcy i zdrowi, to przede wszystkim stosujmy mniej lekarstw, które wciskają nam na siłę koncerny farmaceutyczne. Część z nich jest zbędna. Starajmy się walczyć z naturalnymi przeziębieniem i innymi tego typu chorobami samą odpornością własnego organizmu. Nie zbijajmy na siłę gorączki - ona pomaga walczyć z infekcją. Pocierpmy na chwilę z chorobą, aby potem przez wiele miesięcy cieszyć się zdrowiem.  Prowadźmy w miarę zdrowy tryb życia i myślę, że to wystarczy, aby ubogacić się zdrowotne. Obejdzie się bez imigrantów oraz ich przysłowiowych chorób i pasożytów.

Pasożytami zaś są niewątpliwie chorzy na umyśle dziennikarze, którzy wmawiają nam, że choroby importowane do Europy są korzystne dla naszego zdrowia.

środa, 17 maja 2017

Faszystowskie metro

Amerykański dziennikarz zamieścił na Twitterze zdjęcie wnętrze pociągu warszawskiego metra, która przedstawia typową sytuację - ludzie siedzą sobie spokojnie w pociągu, ktoś czyta książkę, ktoś rozmawia przez telefon. Nic specjalnego się nie dzieje. Po prostu zwykła jazda metrem. Zdjęcie zostało podpisane w taki sposób: "To metro w Polsce. Zauważyliście coś szczególnego?". Zadziwiające i szokujące są odpowiedzi, które pod tym zdjęciem umieścili obcokrajowcy.

Jedni z nich dziwią się, że ludzie w Polsce w metrze są spokojni i normalni - uważają że to jest właśnie nienormalne. Inni nie potrafią zrozumieć, gdzie są śmieci i kałuże moczu, które najwyraźniej w metrze w innych krajach są standardem. Ktoś inny dziwi się, że tylko siedzą i nikt nie próbuje nikogo zabić, a potem zadaje pytanie, czy to na pewno na tej planecie. Ktoś inny dziwi się, że nie są agresywni. Wreszcie ktoś podsumował to metro w najlepszy sposób i napisał, że to metro przypomina paryskie sprzed 40 lat. Pokazuje to, jak daleko jesteśmy w tyle za postępowymi krajami Europy i świata, w których w metrze ludzie się zabijają, pełno jest moczu i kału, a jazda metrem jest (w przenośni) bez trzymanki (dosłownie zresztą może też, bo kto wie, czy i trzymanki ktoś nie urwał).

Jak widać cudzoziemcy mają nas za przybyszy z innej planety. Co jednak najdziwniejsze, podobnie widzi nas należąca do tego lepszego, pełnego apetycznego, postępowego moczu i kału świata, "Gazeta Wyborcza". Ona bowiem podkreśla, że niektórzy komentujący nazwali nasze metro czystym  rasizmem i faszyzmem na zdjęciu. Dlaczego? Ponieważ nie ma tam żadnej różnorodności - nie mamy na zdjęciu czarnoskórych, skośnookich, Arabów. A zatem jesteśmy ohydnymi rasistami i faszystami. Biedna "Gazeta Wyborcza" boleje nad tym, ale ja rozumiem ich cierpienia. Z tego co wiem, nie zatrudnia żadnego czarnoskórego u siebie. 

No chyba, że niektórzy jej dziennikarze za czarnoskórego się przemalują.

środa, 10 maja 2017

Piwne kłamstwa

Jest taki stary dowcip o tym, że na Placu Czerwonym rozdają za darmo samochody. Okazuje się, że nie na Placu Czerwonym, tylko w innym miejscu, nie samochody, tylko rowery, i nie rozdają, tylko kradną. Podobnie można powiedzieć o niektórych fake newsach, które pojawiają się od pewnego czasu w mediach zbliżonych do kręgów opozycyjnych. Pamiętamy aferę z rzekomo nie przyjętymi dziesięcioma sierotami z Aleppo, których tak naprawdę nigdy nie było. A wzruszająca wszystkich martwa wiewiórka, która nie leżała na ściętym pniu drzewa, lecz obciętej gałęzi - i nie na terenie objętym lex Szyszko, tylko pozostającym w gestii postępowych platformerskich władz Warszawy? Ostatnio jednak trafiłem na dwa nowe fake newsy, które przykuły moją uwagę.

W każdy z tych newsów uwierzyłbym na słowo, bo natura fejkowego newsa jest taka, że z łatwością można przyjąć, że jest on prawdziwy. Otóż jakiś czas temu przeczytałem, że w pewnym mieście trzeba zasypać robione na rynku wykopaliska archeologiczne dlatego, że przybywa tam delegacja Wysokiej Władzy. No cóż, pomyślałem sobie, nadgorliwość urzędników ze szkodą do archeologii. Okazuje się jednak że ten news był nieprawdziwy. Ostatnio zaś trafiłem na news o tym, że w Rzeszowie podobno na rynku mają być zlikwidowane ogródki piwne na czas wizyty prezydenta Dudy. Jednak okazało się że Kancelaria Prezydenta zdementowała te informacje, a poza tym prezydent nie wybiera się do Rzeszowa.
 
Trudno mi zresztą wyobrazić sobie likwidowanie ogródków piwnych na czas wizyty głowy państwa, najwyżej można byłoby je ze względów bezpieczeństwa czasowo zamknąć. Nasuwa się więc pytanie, czemu takie newsy pojawiają się od czasu do czasu? Autorka rzeszowskiego fake newsa jest znana z wrogości do obecnej władzy. Nie zdziwiłbym się, gdyby autorzy innych fake newsów stawiających rządzący PiS  w złym świetle byli ulepieni z tej samej gliny. Nie jestem zwolennikiem spiskowej teorii dziejów, ale politycznym planom często do spisków blisko. Wiadomo bowiem, że często polityczne, chłodno skalkulowane działania wyglądają właśnie jak spiski. Totalna opozycja jest totalna nie tylko z nazwy. Sięga one po wszelkie możliwe metody dokopania rządzącym, włącznie z fake newsami i fake sondażami. Bo co innego jej pozostało, jak zaklinanie rzeczywistości i wmawianie ludziom, że białe jest czarne, a czarne jest białe?
 
No ale i w tym zakresie totalna opozycja jest totalnie przeciw powszechnie znanemu i wyśmiewanemu przez nią przejęzyczeniu Kaczyńskiego.

niedziela, 30 kwietnia 2017

Ranking bez granic

Straszliwa rzecz wydarzyła się niedawno. Ogólnoświatowa organizacja Reporterzy Bez Granic stoczyła Polska w "Rankingu Wolności Mediów".  Jesteśmy już na 54 miejscu, o 7 miejsc niżej niż rok temu, a o 36 miejsc niżej od czasu przejęcia władzy przez PiS. Dlaczego więc mamy w Polsce aż tak złą sytuację? Nie od dziś wiadomo że Reporterzy Bez Granic są niestety organizacją, która działa w imię jednej opcji politycznej, a ich ranking jest skrajnie zideologizowany. Dlatego też im niżej  Polska znajduje się w rankingu Reporterów Bez Granic, tym większą w praktyce mamy wolność mediów.

Za wzór wolności mediów według Reporterów Bez Granic została uznana Szwecja. Jaka jest więc ta pełna wolności mediów Szwecja? To kraj, w którym jest ponad 50 stref zamieszkałych przez muzułmanów, do których boi się chodzić nawet policja, ale o których się nie pisze w mediach. To kraj, w którym liczni obywatele boją się napisać czegokolwiek, nawet żartem, za co mogliby zostać zbici po głowie pałką politycznej poprawności. Gdy jakiś czas temu pewien szwedzki policjant napisał coś szczerze na Facebooku, to dla wielu był odważny niczym narodowy bohater. Faktycznie nie dbał już o polit poprawność, bo wezbrała w nim gorycz, a poza tym był już i tak o krok od emerytury. U nas zaś pisanie czego się chce na Facebooku to oczywisty standard. Poza tym Szwecja to kraj, w którym (z tego co kiedyś czytałem) aż 97% dziennikarzy należy wyłącznie do jednej opcji politycznej i nie ma żadnego dyskursu politycznego pomiędzy stronami, bo istnieje tylko narracja liberalnej strony, która rządzi w kraju i doprowadza go do coraz większej społecznej, a po części także ekonomicznej ruiny. I ten kraj jest, według Reporterów Bez Granic, wzorem wolności słowa.

Wolność słowa jest również w Niemczech, w których jak wiadomo wolna prasa tak długo, jak długo mogła, nie napisała nic o zajściach z imigrantami w czasie Sylwestra dwa lata temu. Wolności mediów nie ma za to w Polsce, czyli w kraju, w którym dyskurs polityczny jest najszerzej prowadzony w całej Europie, w kraju w którym opozycja ma więcej do powiedzenia w mediach niż rządzący, w kraju, w którym nie ma ani jednego praktycznie przypadku, ażeby nastąpiło jakieś potknięcie rządzących, o którym nie pisałoby się szeroko w mediach. Polska to kraj, w którym każdy może swobodnie demonstrować i wypowiadać się, często nawet poza granicą kultury osobistej - ale mimo tego nasz kraj spada w rankingu wolności mediów przygotowanego przez Reporterów Bez Granic. 

Słusznie ktoś napisał - Reporterów Bez Granic Głupoty.

czwartek, 27 kwietnia 2017

Najkrótsza historia filmu

Wczoraj dotarła do mnie bardzo smutna wiadomość, że nie żyje redaktor Zdzisław Pietrasik, który był wieloletnim szefem działu kulturalnego "Polityki". Kojarzyłem go z programów telewizyjnych, pamiętam nawet do dziś jego styl mówienia, i z różnych tekstów. Nie jestem zagorzałym fanem "Polityki", choć łączą mnie z nią osobiste sentymenty, bo zdaje sobie sprawę z tego, że jest to pismo redagowane przez wiele osób, mających zarówno przeszłość, jak i poglądy, nadmiernie skrzywione w jedną stronę. Cenię sobie jednak wiele tekstów, które się w tym piśmie ukazują. 

Oczywiście powinno się z definicji uprawiać dziennikarstwo bezstronne, taka jest teoria, ale rzadko kiedy we współczesnym świecie we wszystkim przestrzegana. Dziennikarz ma swoje poglądy osobiste, społeczne i polityczne. Trudno więc, aby pisał neutralnie o sprawach zahaczających w ten lub inny sposób o jego poglądy. Nawet na tematy cywilizacyjne, naukowe, ekologiczne lub kulturalne pisać można z politycznym zacietrzewieniem (szczególnie wtedy, gdy jakieś dzieło sztuki niestety samo prowokuje takie podziały). W dzisiejszym wysoce zideologizowanym świecie bardzo często nawet takie zagadnienia zahaczają mniej lub bardziej o różnego rodzaju politykę i filozofię polityczną.

Są jednak takie teksty, które można by z radością uznać za wzorcowe dziennikarskie opisywanie rzeczywistości w sposób politycznie neutralny i z pewnością do takich tekstów należy ten, który przeczytałem wczoraj. To zamieszczona w "Polityce" Najkrótsza historia filmu polskiego, według Zdzisława Pietrasika. Wspaniały artykuł o wybranych zagadnieniach filmowych, podanych w zwięzły sposób i bardzo ciekawy. Jeżeli ktoś chciałby poczytać sobie na wyrywki o różnych aspektach polskiego filmu, to zachęcam go do przeczytania tego krótkiego tekstu. Nie stracimy na to wiele czasu, a zyskamy bardzo ciekawą wiedzę, której najczęściej nie posiadaliśmy wcześniej w tak pełnym wymiarze.

Szkoda tylko, że film życia redaktora Pietrasika tak szybko się urwał.

środa, 26 kwietnia 2017

Nożyce w akcji

Wczoraj pisałem o nożycach Golicyna jako o przykładzie działania rosyjskiej machiny dezinformacyjnej (a wcześniej radzieckiej). Przypomnę, że ich mechanizm jest taki, że pierwsze ostrze to jest właściwie kłamstwo, które podawane jest jak najszybciej, a drugim ostrzem są różne nieprawdopodobne kłamstwa, które mają poprzez kontrast uwiarygodnić te pierwsze. Mam takie wrażenie że nożyce Golicyna w jakiś sposób wykorzystywane są przeciwko obecnemu rządowi i nie jest to kwestia jakiejś wyssanej z palca teorii spiskowej. Wiadomo, że obecny rząd narusza interesy bardzo wielu elit III Rzeczypospolitej, które tracą wpływy i pieniądze. Działania rządu, walka z przestępstwami gospodarczymi, z aferami i z układami na pewno nie podoba się tym, którzy z nich czerpią profity. Dlatego chcą oni bardzo zniszczyć ten rząd, a najlepiej całą partie Jarosława Kaczyńskiego.

Próbowali to zrobić na różne sposoby. Najpierw na cudownej zasadzie Deus Ex Machina stworzyli Komitet Obrony Demokracji, pozornie oddolną obywatelską inicjatywę, ukonstytuowaną natychmiast w profesjonalny sposób po wyborach. To typowy produkt politycznego marketingu, podobnie jak partia Nowoczesna. Nie udało się im, bo i jedna, i druga z tych formacji skompromitowały się. Próbowali pod koniec roku wywołać przesilenie, gdy okupowali Sejm, a zupełnie przypadkowo (to pierwszy taki przypadek w dziejach świata) sygnał nadawczy Telewizji Polskiej zanikł w wielu województwach. Nie udało się ponownie. Teraz próbuje się to zrobić w inny sposób. Mam wrażenie że mamy do czynienia z kampanią dezinformacji, która ma przygotować jakieś kolejne działania. Nie mam pojęcia, jakie to będą działania, ale na pewno jednym z nich ma być obniżenie zaufania do rządu, do którego osiągnięcia środkiem jest właśnie ta wprowadzana kampania dezinformacyjna.

Jej elementami wydają się być publikowane od jakiegoś czasu sondaże. Zauważcie, że w niektórych  sondażach PO prawie dogania PiS. Ale nie we wszystkich, inne pokazują dotychczasowy rozkład preferencji. Ostatnio publikowano też sondaż pokazujący, że Donald Tusk wygrałby w wyborach prezydenckich z Andrzejem Dudą. Jeśli sondażownie pokazują wyniki partii politycznych różniące się nawet o 10%, a margines błędy statystycznego wynosi 2-3%, to nasuwa się pytanie kto i dlaczego fałszuje wyniki badań. A zafałszować można je bardzo łatwo - wystarczy wybrać odpowiednią bardziej przyjazną danej partii grupę respondentów i odpowiednio skonstruować sondażowe pytania. Wtedy badanie jest zrobione pozornie zgodnie z zasadami sztuki, ale wynik jest na już na polityczne zamówienie. Ostatnio pojawiły się też liczne plotki o różnych rysach na rządzie. Prezydent kłóci się z Macierewiczem, ten ostatni lub Waszczykowski mają być zdymisjonowani. Jeśli okaże się, że te rzekomo planowane dymisje są to jednak tylko plotki wyssane z palca, to obecne pisanie i mówienie o nich będzie typowym przykład radzieckiej dezinformacji, wykonywanej w celu osłabienia rządu, w który się chce uderzyć. Zapamiętajmy wtedy tych, którzy te plotki tak ochoczo powtarzali. 

To właśnie oni próbują nas strzyc nożycami Golicyna.