Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kluby gejowskie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kluby gejowskie. Pokaż wszystkie posty

środa, 5 marca 2014

Do trzech razów sztuka

koniec listopada 2013
W sumie impreza w Toro mogłaby być zwyczajna gdyby nie pewien szczegół. Do tego faceta z którym był Paweł (i wobec którego żywi Paweł bardzo ciepłe, żeby nie powiedzieć bardziej niż ciepłe, uczucia) przypałętały się pewne osoby, w tym obecny i jakby nieobecny chłopak tego faceta. I potem obecny-nieobecny chłopak tego faceta z dwoma kumplami zasadzili się na Pawła przed klubem.

Paweł jest dość drobny ale ostry. I nie był w nastroju do żartów. Dołożył równo wszystkim, a szczególnie obecnemu-nieobecnemu chłopakowi tego faceta. Czyli bez obrazy, posypały się na nich razy ;-) Ten ostatni miał ryjek zalany krwią. Bez afery w samym Toro się obyło, bo facet z którym był Paweł zna właścicieli klubu, więc słuszność była po jego stronie ;-)

Ja słuchałem tej opowieści bez emocji, a jedyne co mnie martwiło to zadrapania na kolanie Pawła i jego samopoczucie. Dla mnie ważne było przede wszystkim to czy Paweł nie ucierpiał w czasie tego spotkania. I czy nie będzie miał z tego powodu jakichkolwiek nieprzyjemności. Liczyła się tylko troska o Pawła a los faceta z którym poszedł bym mi w praktyce obojętny i interesowałem się nim z kulturalnej troskliwej uprzejmości.

Liczyły się jednak dwie rzeczy. Pierwsza taka, że Paweł "spowiadał" mi się z pewnych rzeczy tłumacząc się, o było bardzo dobrym znakiem. Nie spowiada się byle komu ale komuś na kim może zależeć. Potraktowałem to jako bardzo ciepłe wyróżnienie. A po drugie ja  ie czułem żadnej zazdrości ani zawiści do faceta, który towarzyszył Pawłowi, mimo, że jest de facto moim rzeczywistym lub bardzo niebezpiecznie potencjalnym konkurentem.

Siła mojego spokoju trwa nadal w najlepsze :-)

wtorek, 4 marca 2014

Szumonamiernik

koniec listopada 2013
Natychmiast wyłączyłem światło i komputer i szybko położyłem się spać. Udałem że śpię głęboko. Nie darowałbym sobie gdybym nie skorzystał z okazji zaobserwowania reakcji Pawła. Tym razem to nie aktywny sonar, ale szumonamiernik. Jestem na nasłuchu. Bardzo uważnym nasłuchu.

Pierwsze co Paweł powiedział na mój widok było stwierdzenie i zarazem pytanie - o tym, że żyję. Bardzo mnie to ucieszyło. Trudno o lepszy przykład troski o drugą osobę - a po mojej niedawnej furii Paweł mógł się obawiać o to czy faktycznie będę przy życiu. Więc skorzystałem z okazji gdy tylko bardziej zaszurał, aby udać że się nagle obudziłem.

Paweł był pod wpływem alkoholu, a napił się dziś solidnie w wielu miejscach. Najpierw z Holendrem, potem z tym potencjalnym partnerem, potem w Toro. I co najważniejsze na 13 jest umówiony z Holendrem na obiad, a jest 7. Ma pięć godzin na sen.

Ale oczywiście opowiedział mi swoją dzisiejszą historię...

wtorek, 21 stycznia 2014

Toro

8 listopada 2013
Paweł zdecydował, że chce bardzo iść do Toro. Ja nie bardzo miałem na to ochotę, ale uległem. Akurat się trafił klient i była kasa na przejazd i wejście. W tym klubie, zresztą podobnie jak w każdym innym, nie byłem prawie rok. Ciekawe czy coś się zmieniło. Okazuje się, że staniała piątkowa wejściówka  z 15 do 10 złotych. Piwo nadal w piątki po 5 złotych - więc z pozostałej po opłaceniu wejścia dychy stać nas było na dwa piwa.

Ale wcześniej byliśmy w Tesco i kupiliśmy tani alkohol 12% i wypiliśmy go przed wejściem do klubu. Prosta technika aby mieć banię ale nie płacić za - mimo wszystko - drogie piwo. Byliśmy około 22 ale impreza się bardzo niemrawo rozkręcała. Widocznie cioteczki nie zdążyły jeszcze się umalować. Paweł miał popisowy makijaż, smoky eye, białe włosy - i jakoś wyrobił się bez problemu.

W sumie Paweł nieco tam tańczył a ja scedzałem przy stoliku i nie maiłem za bardzo ochoty na nic. Pierwszy raz byłem w klubie bez chłopaka, bo Paweł mimo że można go rozpatrywać jako potencjalnego partnera, raczej nim nie będzie. Czułem się więc podwójnie samotny, mimo, że formalnie byłem z Pawłem. Nie było mi dobrze. Kiedy tylko nadarzyła się okazja, za wiedzą Pawła wróciłem do domu. A Paweł został aby bawić się do rana.

Samemu nie chce mi się bawić, a bycie z przyjacielem to nie to co bycie w klubie z chłopakiem.

niedziela, 12 maja 2013

Ciemny klub

20 stycznia 2013
Budzę się około 5. I zaraz potem dostaję SMS - chyba od Pawła. Sięgam po telefon - to jedyny SMS, zatem nie przespałem żadnego. Paweł pisze, że wychodzi z Toro. Więc odpisałem mu jak ma trafić na przystanek tramwajowy. Okazuje się jednak, że idzie na piechotę, w końcu dociera na Dworzec Centralny. Tam wsiada do czegoś. Jest chyba nie w humorze.

I nie dziwie się, że jest nie w humorze. Przesyła mi dramatyczny SMS z informacją, że ten człowiek, z którym się spotkał w klubie, wykorzystał go. I to w bardzo przykry sposób. Kto wie czy nie dosypał mu czegoś do napoju. A ja obserwuję swoją reakcję - obojętność i spokój. Ale to pozytywna obojętność. Niestety, takie sytuacje się zdarzają. Widocznie jednak intuicyjnie nie wyczulę żadnego dodatkowego zagrożenia dla Pawła, więc się już nie martwię. Nie, to chyba złe tłumaczenie.

A może po prostu nie jestem w stanie sobie tego wyobrazić? Nie dociera to do mnie? Sam jestem chory i ledwo kontaktuję. Boli mnie gardło, czuję się rozpalony. Może to błogosławione, że sam ledwo kontaktuję i do mnie nie dociera to co się stało. Z drugiej strony Paweł nie jest z porcelany - dał sobie radę na pewno. Nie mam wyrzutów sumienia, że z nim nie byłem - bo bym tam chyba umarł. Więcej mogę mu pomóc udzielając mu wskazówek komunikacyjnych przez SMS - a to jeszcze mogę robić.

Ważne że Paweł już jedzie do mnie.

niedziela, 6 stycznia 2013

Diabeł

29 września 2012
Znaleźliśmy w Toro wolną lożę - była godzina piąta mniej więcej, zatem ludzie się już przerzedzali. Matka nie było. A ja zrobiłem coś aby uniknąć podszeptów diabła i wkurzyć się na niego - zamówiłem piwo by nie być zdolnym do prowadzenia auta - i nie móc odjechać gdybym miał negatywną fazę. Napisałem mu SMS o tym, że zrobiłem coś dla nas - ale specjalnie nie pisałem co, aby wzmóc jego ciekawość i sprowadzić go szybciej do nas.

Matek się w końcu zjawił. Ale nie pamiętam już co się zdarzyło - dość że padła iskra na otwartą beczkę prochu u mnie. Miarka się przebrała - wstałem i odepchnąłem go delikatnie (aby zrobić sobie drogę) po czym wyszedłem z loży i z klubu. Poczułem się jak diabeł, bo kiedy odchodziłem, za mną ktoś upuścił kufel, który się roztrzaskał o podłogę. To nie był nikt z naszej loży oczywiście, ale jakaś inna, przypadkowa osoba.

Poszedłem do auta - ale nie odjechałem, jakby to było w typowym scenariuszu. Czekałem na Matka. Po może kwadransie nadeszli wszyscy. Matek mnie przepraszał. Nie miałem do niego pretensji. Ale po prostu było mi smutno, że mnie zostawił sam po to aby "zarobić" na piwo.

Tak miłość zwycięża gniew :-)

sobota, 5 stycznia 2013

Zguba

28 września 2012
Pojechaliśmy z Matkiem i kumplem do Toro, zahaczając po drodze o jedna miejscowość pod warszawą i zabierając z niej poznanego na czacie chłopaka. I kiedy po niego dojeżdżaliśmy zorientowałem się, że Matek zapomniał zabrać obrączki. Trochę mnie to zaniepokoiło, bo potraktowałem to jako zły znak. Zrobiłem się ostatnio przesądny, ale nie poradzę nic na to - skoro znaki, które odbieram, zdumiewając często się sprawdzają...

I niestety ten znak się sprawdził - negatywnie. Matek wybył aby kogoś "poderwać" na piwo w Toro. W sumie nie było go, z przerwami, około dwie godziny. Poznał jakiegoś Rosjanina z którym szlifował język rosyjski. Chwalebne, ale poczułem się opuszczony. To nie było poprzednie Toro gdy nie odstępowaliśmy od siebie dosłownie na chwilę.

A mam teraz bardzo wielki uraz do takiego podejścia - już przećwiczyłem taki negatywny wariant. Zaczyna się od rozluźnienia więzów a kończy się na przeciąganiu niepotrzebnej, pustej jak wydmuszka znajomości. I zaczynam się bać, że taki wariant mógłby się ziścić w naszym przypadku. A następnym razem sam się upewnię dobrze, czy Matek ma obrączkę.

Oby się nie nie ziścił...

wtorek, 1 stycznia 2013

Nowa nadzieja

7/8 września 2012
Pojechaliśmy do Toro z Matkiem i 2 kumplami. Z trudem się wykosztowaliśmy na wstęp po 5 złotych od osoby. Takie kryzysowe czasy nam nastały. I bawiliśmy się tam do 4 rano. My - czyli ja z Matkiem. I cała reszta ludzi, znajomych i osób z tła, które się tylko w tle przewijały. Bywałem już w Toro z chłopakami, którym na mnie zależało, ale nigdy nie bylem z kimś takim jak Matek - nie odstępowaliśmy sobie praktycznie ani na minutę, z jednym tylko wyjątkiem gdy korzystałem z toalety :-)

A potem wróciliśmy do domu i położyliśmy się spać. Nigdy też nie spałem z nikim tak dokładnie przytulony i w niego wtulony. Po prostu razem. Maksymalnie razem. Nie wiem nawet co mi się śniło, ale coś związanego z moim chłopakiem. A raczej nigdy snów o chłopakach nie miałem. A potem wstaliśmy około dwunastej. I obejrzeliśmy film. W przytuleniu do siebie. Jak nigdy dotąd nie oglądałem.

I zawsze splatamy ze sobą dłonie - w geście zakochanych. To jest naturalne i oczywiste. Po prostu tak się do siebie zbliżamy. To jest coś pięknego. Nigdy jeszcze z nikim ta bardzo nie okazywałem sobie bliskości - a zarazem w tak naturalny, niewymuszony sposób. A teraz jest ten pierwszy raz. I mam nadzieję, że jedyny i ostatni - bo więcej takich chłopaków już nie potrzebuję. Mam jednego i to mi wystarcza w zupełności.

Nowa nadzieja w moim życiu - oby się ziściła :-)

piątek, 30 listopada 2012

Toro-inaczej

5 lipca 2012
Pojechaliśmy do Toro na imprezę karaoke. Pierwsza nasza wspólna wizyta w tym klubie. Tym razem było ze dwa razy mniej ludzi niż w inny czwartek gdy też po raz pierwszy pojechałem do Toro z Rafałem. Ale było i tak bardzo miło. napiliśmy się trochę piwa, wypaliliśmy paczkę fajek. I gadaliśmy ze sobą. Chłopak mi opowiedział o swoim życiu i sytuacji. Nie ma wesołej życiowej historii ale ludzie doświadczeni przez los są właśnie, moim zdaniem, najwartościowsi.

Był w rodzinie zastępczej, teraz się chce wyprowadzić do Warszawy. Jest naprawdę fajnym chłopakiem, o ślicznych orientalnych oczach. I w porównaniu do Rafała jest odwrotny - zamiast konfliktowości i wybuchu fochów jest bardzo spokojny i opanowany. A to sprawia że czuję się z nim zdecydowanie bardziej bezpiecznie i komfortowo

Poznałem chłopaka który jest pewnym przeciwieństwem nie tylko Rafała, ale także chyba wszystkich do tej pory poznawanych. Minęły już 2 dni naszej znajomości a nawet się jeszcze nie pocałowaliśmy, mimo że śpimy razem w nocy. Myślę, że z powodu takiej znajomości-inaczej nie będę niezadowolony, a wręcz przeciwnie. 

Bo może dzięki temu będzie też wynik-inaczej tej znajomości ;-)

poniedziałek, 22 października 2012

Obrączki 1.0 out

19 maja 2012
Poszliśmy do Toro w całkiem niezłym składzie, a ściślej mówiąc spotkaliśmy się tam w takim składzie. I mocny, poza samym składem, był też udział alkoholu, bo napiliśmy się i przed wejściem, i w klubie. Ja mam zawsze na tyle dobry humor, że nawet gdy się wygłupiam na trzeźwo, to pytają mnie jakiego mam dilera. A tym razem i bez dilera się obeszło, bo się bawiliśmy i upiliśmy.

I w czasie palenia fajek w palarni Rafał zobaczył, że nie ma obrączki, a chodziło o tę z pary pierwszej, bursztynowej. Czyli ciężkiej, srebrnej z bursztynowymi wkładkami. Szukałem tej obrączki w palarni, gdzie miała wypaść, ale nie znalazłem. Rafał mówił, że może jest na drugim krańcu, gdzie siedzą ludzie, ale wątpię czy by się aż tam zatoczyła. W sumie nie odnalazłem jej. A kiedy wychodziliśmy z klubu cisnąłem swoją na bruk. W geście głupoty, solidarności czy złości :-)

I tak pozbyliśmy się pierwszej, najstarszej i najdroższej (po około 100 zł za sztukę) pary obrączek. Ale z drugiej strony to są obrączki najbardziej pechowe - widziały wszystkich chłopaków mojej ery nowożytnej i jakoś szczęścia mi do ich poznawania nie przyniosły. Może więc lepiej, że się ich w taki sposób pozbyliśmy?Następnego dnia załatwialiśmy sprawy na mieście i zajechali pod Toro aby poszukać mojej obrączki na bruku - ale oczywiście już jej nie było.

Może teraz komuś innemu będzie przynosić pecha? ;-)

czwartek, 18 października 2012

Darksex

4 maja 2012
Dziś nastąpiła także premiera czegoś czego poprzednio nie robiłem z chłopakami w klubie. Po prostu zaszliśmy sobie do darkroomu w Toro i kochaliśmy się tam z Rafałem. Robiłem mu loda. W samym robieniu loda nie ma nic porywającego, lód jak lód - taki mały kawałek Arktyki w naszym życiu. Ale ten lód był szczególny, bo niczym w ciemności nocy polarnej odprawiony - w darkroomie ;-)

Przy okazji, pokazało się, że warto być w parze. Bo gdy ja robię loda i mam usta zajęte, to mój chłopak może powiedzieć nieopatrznie wchodzącym do kabiny magiczne słowo "zajęte". Coś podobnego jak w przypadku toalety, ale tam się korzysta raczej przy świetle, a tu w ciemności. I także jest coś ciekawego w tym jak sprzątająca darkroom obsługa omiata nas snopem światła z latarki.

To było na pewno nowe i ciekawe doświadczenie. Coś wyluzowanego, miłego, radosnego i przede wszystkim spontanicznego. Nie chodzi o wytrysk, bo akurat nawet go nie było. Ale o luz i bycie razem. W tym miejscu, które można nazwać świątynią gejowskiej rozpusty, byliśmy razem

To to razem jest najważniejsze :-)

wtorek, 16 października 2012

Toro inaczej

4 i 5 maja 2012
Pojechaliśmy do Toro już nie na karaoke ale na imprezę. Niby wszystko tak samo jaki dwa miesiące temu, gdy też bywaliśmy na imprezach - ale jednak zdecydowanie inaczej. To nie było takie samo chodzenie do Toro. Bo też byliśmy tam teraz jako para a nie dwie osoby, parę de facto udające. To tak jak astronomiczny efekt projekcji na niebie - dwie gwiazdy wydają się być w tak zwanym układzie podwójnym, ale faktycznie są bardzo od siebie odległe i jedynie na niebie wyglądają jak bliskie sobie ;-)

Praktyczna różnica pomiędzy parą rzeczywistą a udawaną jest bardzo prosta. Para chodzi praktycznie zawsze razem. Nie rozdziela się. Trzyma się za ręce, splecionymi dłońmi (uchwyt zakochanych) w czasie przechodzenia z pomieszczenia do pomieszczenia, a szczególnie w czasie przedzierania się przez pełen tańczących parkiet. Para często się całuje lub przytula. Pali papierosy razem - przekazując je z rąk do rąk. Para w czasie tańca patrzy głownie na siebie, rzuca sobie ciepłe spojrzenia. I para czuje po prostu, że jest razem.

W takim przypadku zawsze można sobie zadawać pytanie czy to bycie razem będzie trwało - najlepiej w nieskończoność, - czy też zakończy się za tydzień, miesiąc czy rok. Wśród gejów związki przeważnie nie trwają długo, chyba, że ludzi łączą naprawdę wspólne pasje, potrzeby życiowe czy też potrzeby serca. Ważne aby po prostu było cały czas poczucie sensu takiego związku - a wtedy wszystko może się dalej układać szczęśliwie.

Nowe imprezowanie w Toro - i może nowo układane życie :-)

piątek, 5 października 2012

Śpiewamy osobno

3 maja 2012
Wieczorem pojechaliśmy do Toro - trafiliśmy na karaoke. W porównaniu do karaoke, na którym byłem około 3 lat temu, te było organizowane na dole. Rafał chciał zaśpiewać i zaśpiewał jakąś piosenkę. Wzięliśmy kolegę ze starej paczki, więc było nas trzech. Ale para inna niż poprzednio z Kubą. Zupełnie inny klimat. Mam chłopaka, z którym mogę się swobodnie przytulić i pocałować. Z którym biorę się za rękę idąc do palarni czy toalety.

Jakaż dramatyczna różnica w porównaniu do znajomości z Kubą, z którym przecierałem szlaki do Toro w "nowożytnych czasach". I oby ta dramatyczna różnica się stale pogłębiała. Na razie do tej różnicy doszła jeszcze jedna, oczywista. Rafałek śpiewał sam, bo ja nie czuję się na silach próbować w karaoke. Więc śpiewamy osobno - to takie zabawne nawiązanie do opisywanego wczoraj wracania razem :-)

Zabawne wydarzenie miało miejsce w czasie tej imprezy. Mój kolega rozmawiał z Rafałem osobno a ja siedziałem w palarni sam i porządkowałem kontakty na telefonie. Rafał podszedł do mnie i powiedział mi, że chłopak siedzący obok mnie podrywa. Zdziwiłem się. Ale potem ten chłopak faktycznie się do mnie przysiadł i zaczął rozmowę. Rafał szybko przybył z odsieczą. W końcu zostawiliśmy go sam na sam z naszym kolegą i poszliśmy do toalety. Zabawne, że zaczynają mnie podrywać w Toro dopiero wtedy gdy mam tak fajnego chłopaka :-)

Ale poza tą drobną różnicą w śpiewaniu naprawdę jesteśmy razem. I to się czuje na każdym kroku.

niedziela, 29 lipca 2012

After Toro

12 lutego 2012
Tym razem przygotowałem się na wyjście profesjonalnie. Miałem już nową ciepłą kurtkę, miałem kaptur, miałem też sweter do założenia na czas wyjścia na dwór. I poszedłem sobie spokojnie, nie musiałem biec, na plac Konstytucji. Ale tam właśnie uciekł mi sprzed nosa nocny autobus. Koksownika już nie było. Temperatura zaledwie kilka kresek poniżej zera. Poszedłem więc spokojnie na Dworzec Centralny i udało mi się wsiąść do autobusu dosłownie na chwilę przed jego wyjazdem.

Sprawdzałem telefon, ale nie było żadnego sygnału od Kuby. Nie pomyślałem jednak, że może on mieć wyczerpane środki na rozmowy. Gdybym zadzwonił dowiedziałbym się, że wyszedł z Toro niedługo po mnie i siedział samotnie na krawężniku. Miałbym okazję puścić się biegiem i przybiec do niego. To byłoby takie romantyczne, niczym z teledysku. Ale niestety, przepuściłem taką okazję. Przynajmniej wiem, że na przyszłość muszę się dwa razy upewnić czy mój chłopak zostaje czy wychodzi niedługo po mnie. 

Potem się dowiedziałem, że Kuba z kolegą szarpali się tam w Toro z obsługą i dostali zakaz wstępu. Ja postanowiłem zrezygnować z chodzenia do Toro dobrowolnie, a oni mają podobno zakaz. Tak czy siak, postępowanie obsługi Toro było żenujące. To nie była impreza na 500 osób aby obsługa reagowała nerwowo. Raczej pozbyli się dzięki temu ludzi, którzy mogli potencjalnie animować niedzielne imprezy i naganiać im klientów. 

Nie pierwszy raz się okazuje, że do prowadzenia lokalu nie wystarczy mieć piwo i kufle - trzeba także trochę gospodarskiej charyzmy :-)

sobota, 28 lipca 2012

Toro last?

12 lutego 2012
Pojechaliśmy do Toro na niedzielną imprezę - wstęp za 20 zeta i picie piwa do woli. Nawet było całkiem sporo osób, jak na niedzielne warunki, bo kilkanaście (razem z nami). Ale tym razem nie była to impreza udana. Najpierw jeden z pracowników (przemilczę litościwie kto) wydarł się na Kubę w toalecie, zarzucając mu zbyt głośne zachowanie się. Tak jakby rozkręcanie przez Kubę imprezy było czymś złym. Mnie to zniechęciło do tańca i dalszej zabawy. Siedziałem ponuro.

Piwa się napiliśmy, ale potem wyskoczyłem po fajki na stację benzynową Orlenu i przy okazji kupiłem batona oraz orzeszki. Batona zjedliśmy w czasie powrotu. Ale orzeszki otworzyłem dopiero w Toro. I gruby ochroniarz od razu wyskoczył do mnie z tekstem, że się nie je cudzej żywności. Oczywiście miał rację, bo takie są zasady. Ale tym razem odebrałem to jako czepianie się. Zszedłem na dół do palarni, a tam gadając z ludźmi wkurzyłem się (już nie pamiętam na co) i cisnąłem paczkę orzeszków na ziemię. Na szczęście potem się dowiedziałem, że koledzy spałaszowali zawartość :-)

Poszedłem do szatni po ubranie - szczęśliwie tak się złożyło, że moja kurtka wisiała samodzielnie. Kuba przyszedł i powiedziałem mu, że już do Toro nie wrócę. Ponieważ Kuba poszedł potem, więc pomyślałem sobie, że będzie się jeszcze bawił do zamknięcia lokalu. Słyszałem jak ten facet z obsługi, który przedtem miał pretensje do Kuby o głośne zachowanie, teraz w rozmowie z szatniarzem mówi o jakimś "chamstwie". Nieważne do kogo to odnosił, ale nie mam zamiaru być w lokalu, w którym obsługa ma pańskie wymagania i ocenia klientów z góry. Żenująca amatorka.

Wyszedłem z tego być może ostatniego Toro w ciemną noc...

piątek, 27 lipca 2012

Imieniny w Toro

5 lutego 2012
Tym razem daliśmy jeszcze lepszy popis w Toro. W niedzielę wstęp za 20 zeta i piwo w cenie. Tym razem nie piłem żadnego Stronga. Kuba obchodził dziś imieniny, bo kolega mu zwrócił uwagę, że są. Na Kumpello, za moją trochę ryzykowną radą, Kuba napisał o imprezie w Toro i podał numer telefonu do siebie. Baliśmy się jakiegoś spamu na telefon, ale na szczęście się obyło. Kilka osób oczywiście hucznie się zapowiedziało. Więc była okazja aby sprawdzić jak to z tymi obietnicami u gejów bywa.

A bywa tak, że nikt jakoś nie przyszedł. Jeden nie odbiera nagle telefonu, innemu niby się auto zepsuło. Zabawne to życie, choć ja auto rozumiem - wczoraj też miałem awarię odpalenia auta. Ale kto ma determinację, to sobie poradzi. A determinacji chyba zabrakło. Więc w sumie przyjęliśmy inną taktykę - po prostu zgarnęliśmy do zabawy praktycznie wszystkie osoby jakie były w klubie - 10 osób. Albo przynajmniej z nimi się poznaliśmy. I było całkiem milo, choć dość samotnie.

Wnioski są proste - wystarczyło mieć 10 czy 20 pewnych osób i można było mieć de facto cały klub na wyłączność. I tak jest już lepiej niż tydzień temu - bo było nas czterech i wkręciliśmy inne osoby. Opłaca się mieć własną obsadę - bo jak widać środowisko wcale nie jet takie zabawowe jakby się wydawało. Środowisko jest jak wilgotny węgiel - trzeba się natrudzić aby zapłonął ogień. Niby wszyscy tacy zapaleni, ale tylko na ekranie komputera. W realu pustki. 

Wniosek prosty - aby przyszło 10 osób zapewne trzeba umówić 100 ;-)

czwartek, 26 lipca 2012

Toro i "podwójna śmierć"

4 lutego 2012
Tym razem byliśmy w Toro czteroosobową paczką i było znacznie fajniej, bo zawsze raźniej. O tyle jednak nie było raźniej, że kupiliśmy piwo przed imprezą i wypiliśmy, a ja dopiłem resztki z innych puszek. A to była Warka Strong dwusłodowa, piwo, którego jakiś czas temu trzy wypite puszki doprowadziły mnie do kaca. Kiedyś bardzo lubiłem warkę Strong, ale ta dwusłodowa zaczyna mnie przerażać. I zapewne to ona mnie dobiła w Toro :-)

Napiłem się tam chyba jednego piwa, tańczyłem, ale potem zacząłem czuć coraz większe działania alkoholu - to był chyba ten Strong. Albo przynajmniej grał w tym pierwsze skrzypce. W sumie, jak się potem dowiedziałem, mówiłem rzeczy których już kompletnie nie pamiętam. A to znaczy, że było ze mną źle. Aż wreszcie pora była ruszać. Ja wcześniej poszedłem do auta i zapuściłem silnik aby je rozgrzać. Kupiłem też colę i batoniki.

I potem przyszła reszta towarzystwa. Ja siadłem z tyłu. Przedtem jeszcze zdążyłem dokonać "inspekcji" samochodu z zewnątrz, połączonej ze zwracaniem na chodnik zawartości mojego wnętrza. I byłem umierający". Ale jak się okazuje - nie ja jeden. Umarł bowiem akumulator. Kolega nie potrafił odpalić silnika. Siadłem na miejscu kierowcy, ale tylko się przekonałem, że faktycznie się nie da. Na szczęście był taksówkarz o ludzkim sercu i kolega mu wyjaśnił, że spłukaliśmy się z kasy w klubie - a on mimo to się zgodził odpalić auto. Wypchnęli więc mnie w samochodzie na ulicę i podłączyliśmy kable, które miałem szczęśliwie w bagażniku - i silnik zaskoczył.

Do domu już ja prowadziłem - za kółkiem mam inny tryb i zmęczenie mija. Dojechaliśmy bezpiecznie :-)

sobota, 7 lipca 2012

Toro 3/3

29 stycznia 2012
Tym razem kompletnie inne doświadczenie - wstęp za 20 zeta i pijemy tyle piwa ile chcemy. Czyli ja piję mniej, bo prowadzę. Byliśmy na miejscu około 21. I prawie zero ludzi, dosłownie 3 osoby poza nami. W ciągu godziny pojawiły się dwie pary hetero i para lesbijek. Można byłoby zrobić brydża na dwa stoliki, ale nie imprezę...

Potańczyliśmy sobie trochę - jak na nasze warunki trochę to jakie 15 minut - samotnie na sali. A raczej na naszej ulubionej scenie. I około północy zmyliśmy się stamtąd, bo Kuba zaczął odczuwać skutki alkoholu - a nie jest on chłopakiem, który pasjami pije. Skutki picia odczuwał nawet w poniedziałek wieczorem...

Wyciągnęliśmy prosty wniosek z tego zwiadu - na niedzielę można zebrać ekipę 10 czy 15 osób i bawić się we własnym gronie. Skoro w Toro o tej porze nie ma praktycznie ludzi. A najlepiej załatwić sobie nie pracowanie w poniedziałek, wtedy można pić do białego rana :-) Co jak co, ale nie zaliczyłem jeszcze żadnego klubu 3 dni z rzędu. Do tej pory rekordem były dwa dni, ale bardziej w tygodniu (czwartek i piątek). 

Czyżbym się imprezowo rozkręcał? Jakiego męża sobie sprawiłem ;-)

piątek, 6 lipca 2012

Toro 2/3

28 stycznia 2012
I znów Toro. Ale tym razem inne doświadczenie. Byliśmy u znajomych i w Toro zjawiliśmy się nie o 20 jak wczoraj, ale o 2 w nocy. Niby podobna liczba, tylko brak zera - które nic nie znaczy samo w sobie. Ale w przypadku Toro znaczy tyle, co stanie 10 minut na mrozie pod drzwiami do klubu - dobrze, że na samym początku kolejki, która się całkiem szybko za nami utworzyła...

Wreszcie nas wpuszczono. No to poszliśmy się bawić. I bawiliśmy się do końca imprezy czyli do 6.10. Ale na after party już specjalnie nie poszliśmy, bo było bardzo mało miejsca i dolna sala wypełniona w miarę szczelnie. A to pogoda była jak najbardziej "after" czyli "do tyłu" - chyba 12 stopni mrozu.

Praktycznie nikogo nie poznaliśmy ciekawego. Kuba wymienił fona z jakimś chłopakiem, niby hetero, który wczoraj go chciał pocałować. Tacy to heterycy są w Toro. Może trzeba opracować jakiś inny algorytm poznawania ludzi, albo po prostu bywać regularnie - wtedy zaczniemy być kojarzeni. Kuba kojarzy bowiem cześć ludzi, odwiedzających go na Fellow czy Kumpello, z Toro.

W każdym razie mój taniec weekendowy wzrósł do 8 godzin :-)

czwartek, 5 lipca 2012

Toro 1/3

27 stycznia 2012
Wybraliśmy się do Toro na piątkowy wieczór - wstęp 5 zeta, piwo po 5 zeta. Słowem wieczór za piątkę. Dawno nie byłem w Toro, ostatni raz 2,5 roku temu, zresztą też w piątek. Kuba szybko i sprawnie przygotował mnie. Wiadomo - urodę trzeba poprawiać, byle nie przesadnie. Ciotą nie jestem, chyba że wujkiem ;-)

W Toro pobiłem swój rekord. Poprzednio tańczyłem dwie godziny bez przerwy, teraz cztery. Gość w wieku 44 lat, z cukrzycą, tańczy na parkiecie z niewielkimi przerwami na social smoking cztery godziny, praktycznie bez alkoholu - bo przecież prowadzę. W sumie chyba ze dwa piwa, których nawet nie poczułem. Ale ja się umiem bawić bez dopalaczy, bo am w sobie luz, jeśli tylko klimat miejsca i ludzi mnie otwiera ;-)

Nie to jednak było najcenniejsze. Kiedy staliśmy na papierosie i powiedziałem Kubie, że jestem już trochę zmęczony, a wiedziałem że Kuba chciał jeszcze poszaleć, to Kuba zaproponował abyśmy już jechali. Dawniej bym strzelał fochy u stawiał na swoim - mam dość imprezy, jadę. A dziś pojawiło się kompletnie inne myślenie - jesteśmy my, a nie ja. I powiedziałem, że idziemy tańczyć. Bo jesteśmy razem, a nie osobno. I potańczyliśmy jeszcze. W sumie w klubie spędziliśmy około sześciu godzin.

I to jest najważniejsze - z Kubą wspaniale zaczynam wyczuwać magię słowa "my" ;-)

poniedziałek, 31 października 2011

Do trzech razy sztuka

Skoro już mowa o moich poprzednich wizytach w gej lokalach, to można je policzyć na palcach jednej ręki. Dokładnie na trzech palcach. Warto o tym napisać, bo to się niespodziewanie wiąże z moim obecnym kolegą.

Byłem w sumie trzy razy, w dwóch lokalach, w ciągu dwóch dni. To było czterech większych chłopaków temu. Dwa lata wstecz. Za pierwszym razem poszliśmy w czwartek do Toro - akurat trafiliśmy na karaoke. Były tam dwie sympatyczne pary hiszpańskie, hetero. Przyszli, bo szukali właśnie karaoke, a ten lokal mieli najbliżej hotelu. I mój ówczesny chłopak załatwił im śpiewanie jakiś hiszpańskojęzycznych przebojów.

Był tam też brodaty chłopak w japonkach, wstawiony w znacznym stopniu, który się po pijanemu usiłował dobierać do tych Hiszpanek. W ogóle gości na tym karaoke dawało się policzyć na palcach obu rąk, lub było ich niewiele więcej. Pamiętam jeszcze przystojnego chłopaka, który wychodził z rozpiętą koszulą z dark roomu. Ładny był. Potem kilka razy o nim myślałem.

I wymyśliłem. To był mój obecny gość. Wtedy też tam był. Dokładnie tego dnia! Skojarzyliśmy to po dwóch charakterystycznych elementach - hiszpańskich parach i tym brodatym pijanym chłopaku. Oni nie występowali w innych dniach. Zatem spotkaliśmy się z moim obecnym towarzyszem, ale nie w bezpośrednim in-touch, już dwa lata temu. To też jest jakiś ewidentny znak od Boga. Dlatego teraz jest dobra okazja, aby o tym napisać.

Następne dwa wyjścia były kolejnego dnia, w piątek. W sobotę żegnałem już mojego ówczesnego chłopaka, jak się okazało na zawsze. Poszliśmy do Galerii, za radą mojego znajomego fotografa. Była tam dyskoteka, pamiętam parę młodych chłopaków tańczących razem i całujących się.

Potem poszliśmy do Toro - dostaliśmy na wejściu kupony, jak się potem okazało na darmowe piwo. Ale okazało się gdy te kupony przeglądałem dawno po imprezie. W Toro przetańczyłem sam około dwie godziny na parkiecie - chyba więcej niż w ciągu całego mojego życia na różnych imprezach czy weselach. Potrafiłem się wczuć w rytm muzyki. Dobrze to zapamiętałem.

Tak samo jak pamiętałem jakiegoś faceta który na mnie tam patrzył - ale nie poznałem go, bo miałem swojego chłopaka, choć jak się okazuje tymczasowego. I jeszcze jedno pamiętam - coś bardzo złego. Otóż będąc sam, bo mój ówczesny chłopak tylko sam tańczył, przypalałem papierosa za papierosem, aby z fajką w ręku sprawiać wrażenie godnie czymś zajętego. Normalnie nie palę - i nikt w mojej rodzinie nie pali - ale w tym lokalu palenie było metodą na robienie czegokolwiek, a nie stanie jak sierota pod ścianą. Nie jest to jednak dobra metoda na głoda - dlatego wolę paczkę przyjaciół, z którymi się gada, niż samotne przypalanie paczki fajek.

Tak wyglądało moje "lokalizowanie się" po gejowsku. A two years ago in a galaxy far far away ;-)