wtorek, 30 września 2014

Dobra rutyna

Czasem dobra rutyna nie jest zła. Dobrą rutyną jest sprawdzanie czy adres e-mail osoby która odpisuje na mój anons nie jest już obecny w mojej poczcie. Można się wtedy zorientować czy dana osoba wcześniej do mnie pisała - a bardzo często tak jest. Czasem jednak wyniki wyszukiwania są jeszcze ciekawsze. Raz sprawdziłem nie tylko wystąpienie wiadomości od sprawdzanej osoby, ale także jej treść. I oto co wykryłem. 

Jakiś chłopak napisał do mnie tak:
Witam Chętnie Cię poznam, mam 25 lat, jestem miśkowaty, nie mam zbyt dużego doświadczenia w relacjach m&m. Niezbyt mnie pociągają kobiety, dlatego zawsze byłem odrzucany przez otoczenie. Ale taką mam naturę, że wolę Panów niż Panie. Chciałbyś mnie poznać?

Fajny list, prawda? Szczery i w ogóle. Ale co powiecie o jego poprzedniej odpowiedzi na ten sam mój anons - oto jej treść:
Hej Chętnie Cię poznam. Coś o mnie. Mam 22 lata, studiuję zaocznie i właśnie szukam pracy, bo straciłem kilka dni temu. Nie mam dużego doświadczenia w relacjach m&m, ale coś mnie do mężczyzn ciągnie. Chciałbyś mnie poznać?

Subtelne podobieństwo obu maili jest już w treści - choćby owo "m&m" tak samo pisane. Oczywiście e-mail nadawcy jest identyczny. Tylko jakim cudem w ciągu niecałego pół roku jakie dzieli owe odpowiedzi, on postrzał się aż o trzy lata? To raczej nie jest jakiś Wehikuł Czasu. Raczej Wehikuł Oszustwa ;-)

Po prostu gość ewidentnie oszukuje. Jest zapewne bi i szuka na seks przygody. A wiek pewnie ma zupełnie niepodobny do tego który przytacza. Dla mnie jest oczywiście skończony - nie tylko za oszukiwanie, ale także za szukanie czegoś zupełnie innego.

Czasem lepiej poświęcić minutę na rutynową procedurę z mailem niż czas i serce na pisanie do durnia, który z definicji zmarnuje nasz wysiłek ;-)

poniedziałek, 29 września 2014

Bolączka spotkań

No właśnie. Pokazany wczoraj anons uświadomił mi bolączkę spotkań w naszym środowisku. Jedni nie mają w ogóle czasu się spotykać, a niby tak mocno szukają stałej relacji. Nie tylko zresztą nie mają czasu się spotykać. Nie mają też czasu założyć profilu w necie, aby można było ich w necie znaleźć. Mają czas jedynie gadać na próżno :-) Ale inni są jeszcze lepsi - mają czas na spotkanie i proponują to już w pierwszej wiadomości. I co wtedy robić?

Wyrosłem już z takiego spotykania się. Jest to niepraktyczne nawet organizacyjnie. Trzeba się udać na spotkanie, kupić bilet na komunikację miejską (oczywiście mam na myśli spotkania w obrębie Warszawy a nie jechanie na drugi kraniec Polski). Ktoś się uśmieje z rozważań nad kupowaniem biletu. Ale jeśli alternatywą jest kupienie fajek, chleba, kawy czy mydła - to już nie jest takie śmieszne, prawda? A gdy się samodzielnie rozkręca pracę to całymi miesiącami można biedować w tym - później ocenianym jako swoiście romantyczny - stylu. Ale nie to jest głównym powodem dla którego unikam takich spotkań.

Jestem bowiem przekonany że spotkanie ma szansę się zadowalająco udać jedynie wtedy, gdy w czasie wstępnej rozmowy w internecie czy przez telefon wyczujemy taki klimat zrozumienia i wzajemnej sympatii - że na te spotkanie po prostu się będziemy cieszyć. Wtedy na te spotkanie lecimy nieomal jak na skrzydłach. I zupełnie inaczej smakujemy każdą jego minutę. Na takie spotkanie polecę nawet w środku nocy. Bo czuję i wierzę że warto. A jeśli w ogóle nie znam kogoś, to wiem że szansa na to, iż będziemy do siebie pasowali na tyle, że choćby samo spotkanie będzie poprawnie udane - jest bardzo mała. 

Dlatego, moim skromnym zdaniem, zupełnie nie warto ryzykować takiej bardzo prawdopodobnej porażki.

niedziela, 28 września 2014

Lista Ż

Oto coś na poprawę humoru dla mniej myślących i refleksję dla mądrzejszych. Litania Żalu nad mizerią gejowskiego środowiska. Rzadko kiedy ktoś tak celnie opisuje różnie ciekawe zachowania jakie w naszym środowisku występują. W sumie wszystko jest dla ludzi, ale faktycznie czasem z tym "wszystkim" ludzie przesadzają. Oto wypowiedź pewnego 36-latka z anonsów w kategorii tym razem ogólnej. Tym razem ortografię i interpunkcję poprawiłem.

Przeczytaj. Panowie przeglądam ogłoszenia Cała strona jedno pod drugim obciągniesz kutasa. Zresztą wszystko jest o seksie, jebanie się na chemii, seksie bez zabezpieczeń grupówkach itd. Ja wiem mogę tu nie wchodzić i nie czytać. Ale Panowie co Wy wszyscy odpierdalacie? Gdzie kupelstwo przyjaźń partnerstwo? Gdzie fajny bezpieczny seks, gdzie normalność? Zamieszczam ogłoszenie szukam partnera. Odpisują te same osoby albo w chuj brzydkie, albo faceci wiecznie szukający, którzy nie maja czasu się spotkać. Mam ochotę ba seks, daje ogłoszenie i po kilku odpowiedziach wole sobie zwalić niż spotykać się z kolesiem na jebanie w parku itd. Panowie zmieńmy się do kur nędzy a może to ja muszę zmienić orkiestrację, profil czy portal. Męski przystojny ogarnięty facet.

 W sumie wszyscy wiemy o tych "zabawnych" naszego środowiska "zaletach" ale rzadko kiedy można o tym przeczytać nieomal w pigułce. A ja zastanowiłem się czy aby należałbym do kategorii "w chuj brzydkich"? Pewnie w znacznej części tak ;-) Bo raczej do kategorii szukających lecz nie mających czasu się spotkać nie należę.

Choć tak naprawdę z tą ostatnią sprawą nie do końca jest tak. Ostatnio wymawiałem się od spotkań z kilkoma osobami. Może oni pomyśleli że nie mam czasu - choć nie owijałem w bawełnę powodów. Po prostu nie widzę w sensu spotkania się z kimś zupełnie nieznanym, który proponuje to w pierwszym mailu.

Ale o tym lepiej napisać osobny post ;-)

sobota, 27 września 2014

Si-Wi

No to zabrałem się do pisania CV. Bo to jest podstawa w komunikacji przy szukaniu pracy. Ale pisanie CV wcale nie musi być takie łatwe. Nie chodzi o wzorce, tych jest pełno w sieci. Ani o przydatne wskazówki dotyczące pisania. Chodzi o to jak się "sprzedać" w CV jeśli miało się tak nietypową sytuację zawodową jaką ja miałem.

Pierwszą poważniejsza pracę miałem z przypadku w latach kiedy kapitalizm się rodził i nikt o CV nie pytał. A potem były trzy prace z polecenia. Bez żadnego CV. Później miałem własną firmę - naturalnie też bez CV. A potem firmę sprzedałem i ładnych kilka lat nie pracowałem. Dla potencjalnego pracodawcy to zawistny okres. On sam penie tyra jak wól w korporacyjnych cuglach. A ja miałem kilka lat wakacji. I wraca taki syn marnotrawny w średnim wieku. Skoro wraca to nieudacznik. Miał firmę był wielki pan (tak sobie pomyślą) a teraz idzie pracować przy wykładaniu towaru w sklepie? Coś tu nie gra.

Dlatego trzeba tak napisać CV aby to wszystko wyglądało ciekawie i logicznie. A nie chaotycznie. Innymi słowy trzeba wykazać te mechanizmy w moim życiu, których ktoś niezorientowany nie dostrzeże. Poza tym jak opisać umiejętności zawodowe? Cześć z nic jest już nieaktualna, wypadłem z obiegu. A część jest uniwersalna - i na tych się skupię. Muszę po prostu być przekonujący w mojej narracji.

Pisanie CV zajęło mi kilka godzin tworzenia, poprawiania i refleksji. I pewnie będę je ulepszał nadal. Oczywiście zdecydowałem się na pisanie go na moim komputerze, w Wordzie. Nie w jakimś jednorazowym kreatorze internetowym. Własny layout graficzny, minimalistycznie elegancki. Zdjęcie nietypowe - broń Boże w jakimś graniaku. Nie przymierzając oczywiście skali mam wyglądać jak Steve Jobs a nie jak biznesowy śledź pod krawatem.

A zatem CV już mam - teraz trzeba "tylko" znaleźć ciekawe oferty i je rozesłać.

piątek, 26 września 2014

Praca?

Poznawania ludzi ma zawsze dwie strony - tak jak każda komunikacja. Ja i on. ja i oni. My i oni. Zupełnie jak w czasie walki z komuną. Dziś walki z komuną już oczywiście nie ma, ale są inne walki. Bardziej prywatne. O awans. O podwyżkę. O popularność. A czasem po prostu o życie lub przeżycie.

W mojej sytuacji to ta ostania walka. O przerwanie. O zapłacenie na mieszkanie, jedzenie. Wariant podstawowy, bez ekstrawagancji. Bez luksusu leczenia się. Oczywiście bez kina czy klubu, Albo wyjazdu urlopowego. Rozkręcam pracę i idzie to bardzo powoli. Ale takie niestety jest życie. Trzeba wielu rozmów z potencjalnymi klientami aby znaleźć realnego klienta na usługę. Niestety, zbyt wielu klientów oczekuje usługi na poziomie burdelu a nie gabinetu masażu. Ale z takimi można się dość masowo komunikować w internecie. 

Paweł zasugerował wyszukanie dodatkowej pracy. To bardzo dobry pomysł. Można by zarobić jakieś dodatkowe pieniądze i mieć stabilny dochód. I pracę która jest wyraźnie określona - zajmuje łatwy do przewidzenia czas. A jednocześnie daje konkretną kasę. Znajomy zaproponował mi bowiem współpracę już kilka miesięcy temu - ale to jest oferta kiepska. Praca bowiem jest bliżej nieokreślona, ja się w niej nie odnajduję Być może tej pracy jest bardzo dużo. A zaplata byłaby symboliczna.

Zatem chyba pora przymierzać się do pracy...

czwartek, 25 września 2014

Przeszkoda?

Mamy więc pozytywne kłamstwo  zrobione w dobrej wierze, z obawy przed odrzuceniem. Coś naprawdę pozytywnego. Również dlatego, że do jego popełnienia przyznano się w kolejnej rozmowie. Czyli na tyle szybko, że wszystko wygląda naturalnie, a nie jako realizowany długotrwale spisek. Niestety, ale kłamstwa tego typu bywają ukrywane miesiącami, o czym mogłyby powiedzieć znane mi osoby...

Jest to jednak problem organizacyjny. Dwudziestolatek nie związany pracą jest mobilny, może swobodnie przemieszczać się i spotykać. Siedemnastolatek - ja szybko obliczyłem - ma dwa lata nauki do matury. I taką obawę wyraziłem mojemu rozmówcy. A on na to odpisał, że tylko rok nauki. Faktycznie, przecież on uczy się w szkole zawodowej a nie w liceum. To w wieku 18 lat będzie już miał szkołę skończoną. A jak napisał 60% lekcji to zastępstwa więc pewnie nawet ma spory luz w szkole.

Nieważne czy jest mobilny teraz czy nie. ważne czy nam się uda. Jemu i mnie. On na pewno przeżyje, a ja muszę na moje przeżycie zapracować. Na mieszkanie i chleb. Muszę kupić sobie ten czas na rozwinięcie znajomości i ewentualne doczekanie momentu gdy będziemy mogli - jeśli do tego czasu wszystko się uda - zamieszkać razem. To jest możliwe, mam na myśli bardziej zorganizowanie życia i przeżycia niż nawet owo zamieszkanie. Ale będzie wymagało wiele pracy. 

Jeśli jednak ten chłopak byłby odpowiedni, to może miałbym w nim oparcie - nawet na odległość, ale jednak zawsze obecne.

środa, 24 września 2014

Odrzucenie?

Miałem więc tam dobrze zapowiadającego się rozmówce. Co prawda w odległości jakich pół tysiąca kilometrów, ale za to kogoś, kto powinien mnie zrozumieć a ja jego. I kto szuka także relacji uczuciowej. Tylko, że ten ktoś, jak się właśnie okazuje - mnie okłamał. Ale przyznał się do tego już w drugiej rozmowie. Ciekawe zatem co to za kłamstwo.

Okazało się że po prostu okłamał mnie z wiekiem. Napisał że ma około 20 lat a ma ich 17. Dokładnie 17 lat i jeden miesiąc, bo jest lwem. Ulżyło mi. Bałem się że to coś znacznie poważniejszego. Coś co zniszczy nasze poznawanie się. A wiek jest po prostu przede wszystkim przeszkodą organizacyjną

Ale dlaczego to zrobił? Z banalnego powodu - bał się odrzucenia. Bał się, że wezmę go za jajcarza i gówniarza. Więc napisałem mu, zgodnie z prawdą, że nie tylko nie biorę go za takiego, ale dodatkowo znacznie zyskał w moich oczach. Skoro bowiem w wieku 17 lat jest dojrzały potrzebami serca, mimo że zielony w sprawach życiowych, to bardzo dobrze rokuje na przyszłość. A co do obaw - lepiej je mieć niż iść w zaparte na ślepo. 

Tylko głupi się nie obawia niczego ;-)

wtorek, 23 września 2014

Komunikacja?

Mój rozmówca niby odezwał się na GG następnego dnia, ale bardzo jednostronnie. Komunikacja jak w kosmosie - od niego dochodzi jedno powitania, ja odpisuję szybko, a on swoje pisze po kilku godzinach. W sumie niby mam z nim kontakt na GG ale jakby tego kontaktu wcale nie było

Nie wiem czy mam czuć ulgę, że kontakt z nim jest - czy się martwić że realizacyjnie go nie ma. Dlatego ucieszyłem się gdy wieczorem z nim spotkałem się na czacie. I pisaliśmy sobie znów. Na początku przyznał się jednak, że mnie okłamał. Nie czułem co prawda stresu chwytającego za gardło, ale bylem ciekaw w jakim zakresie to kłamstwo się pojawiło w naszej pierwszej rozmowie. 

Zastanowiło mnie w jakim zakresie może mnie okłamać. Poteoretyzowałem sobie zanim mi się przyznał. Mógł mnie okłamać w sprawie tak ważnej, że wyjście kłamstwa na jaw unicestwi naszą znajomość. A mógł mnie okłamać w sprawie drobniejszej, która nie zniszczy naszej znajomości, która - mimo tego że mieszka około 500 km ode mnie - tak dobrze się zapowiada.

Ciekawe który wariant się wydarzy...

poniedziałek, 22 września 2014

Bajka?

Nieczęsto się zdarza abym na moim blogu opisywał zdarzenia prawie równocześnie z ich pojawianiem się. dawniej miałem zapas materiału sięgający nawet czterech czy pięciu miesięcy w przód. To co opisywałem zimą ukazać się na blogu mogło latem. Miało to swój urok, bo sam nie wiedziałem o czym się ukaże danego dnia kolejny post. A teraz zapas materiału jest szczupły i piszę prawie na bieżąco.

Nie lubię pisać na bieżąco o poznawaniu ludzi, bo łatwo dać wyraz nadziejom, które rychło mogą się nie spełnić. Wolę mieć pewien czas na weryfikację danego poznawania. Ale dziś napiszę o niedawno poznanym na czacie chłopaku. W sumie, to określenie "poznanym" jest na kredyt. Bo jedna, nawet bardzo długa rozmowa, nie daje podstaw do nadziei - jeśli nie stoi za nią przetarcie szlaku kontaktu. Moja rozmowa była długa i ciekawa, ale pod jej koniec tylko ja dałem informacje kontaktowe (numer GG). Druga osoba nie miała GG więc mogę co najwyżej liczyć na to, że je zainstaluje i się odezwie.

Odezwie się lub nie - dla mnie teraz ciekawe jet to, czy taką rozmowę można zaliczyć do potencjalnych bajek (czyli gadek z tak zwanymi bajkopisarzami), czy jednak już nie. Chciałbym wierzyć, że nie. Owszem, w czasie rozmowy dotykaliśmy tematów intymnych - ale nie tak jak to lubią bajkopisarze: od razu, nachalnie. Nie odstałem od chłopaka jego numeru GG - ale nie miał go jeszcze zainstalowanego. na czacie był z telefonu, więc może w ogóle nie ma komputera. Dałem mu awaryjnie mój numer telefonu (to numer biznesowy, rozdaję go każdemu chętnemu) - ale nie oczekiwałem w zamian jego numeru, bo nie każdy chce i musi od razu go ujawniać. Rozstaje więc tylko czekać na odzew, w nadziei na to, że on się odezwie.

A jeśli się nie odezwie - to niestety nie będzie niczym szczególnym w netowej komunikacji z tak wspaniale zapowiadającymi się osobami :-)

niedziela, 21 września 2014

Dieta?

Można powiedzieć że stosuję dietę aby schudnąć. Oczywiście wiele osób zapyta jaka to diera, bo sami może by chcieli się przymierzyć do odchudzania. Jedno zrzucają kilogramy dla zdrowia, inni z obsesyjnej potrzeby szczuplej sylwetki - ta ostatnia postawa ociera się niekiedy o anoreksję, szczególnie w naszym środowisku. A jak jest ze mną?

Po pierwsze chudnę dla zdrowia - i to jak najbardziej dosłownie. Kilka kilo mniej to o wiele łatwiejsza kontrola nad moją cukrzycą. Po drugie, chudnę dla pracy - im lepsza sylwetka, tym milej będzie klientom korzystać z mojego masażu, mimo że przecież nie masuję nago. Po trzecie, chudnę dla siebie - bo nie lobię brzuszków, a własnego w szczególności. Aż dziw że tak tolerancyjnie z nim żyłem ;-)

A jaką stosuję dietę? Po prostu żadną. Po pierwsze - popieram mój brak łaknienia, a mam go zdumiewająco często. Po drugie - szklanka wody zamiast jedzenia lub przed nim, aby nasycić częściowo żołądek. Po trzecie - poczucie, że mala ilość jedzenia bardzo mnie napełnia i nasyca. Trzeba dojść do takiej własnej natury, aby jedzenie małych ilości było oczywistą normą, a nie sztucznym dietetycznym przymusem. tylko wtedy można wagę nie tylko obniżyć, ale co najważniejsze - utrzymać.

Bo skuteczne odchudzenie to tylko takie, które nie kończy się efektem jojo ;-)

sobota, 20 września 2014

Diety dwie

Śmiesznie jest gdy dwie osoby stosują naraz dietę. Można porównywać efekty, ale nie uważałbym takiego podejścia za właściwe. Każdy człowiek jest inny, każde ciało ma inne potrzeby i inną fizjologię - nie ma więc łatwych porównań. Same kilogramy, proporcje czy inne wyliczenia nie muszą być adekwatne do każdego. Lepiej więc nie zaganiać się do kąta fałszywych wniosków i porównań.

Pewna znana mi osoba stosuje teraz dietę. To dieta bardzo ascetyczna i wiem, że ta osoba cierpi. Je mało, dzięki temu mam zamiar zrzucić jakie dwa może trzy kilogramy. To niby niewiele. Ale ze zrzucaniem wagi jest jak z ładowaniem komórki. Najpierw ładowanie szybkie a na końcu kropelkowe, powolne lecz domykające pełne naładowanie baterii. Nie chodzi o to ile kilogramów schudnąć, ale o to ile kilogramów jest do schudnięcia.

U mnie jest nieco inaczej i o tyle bardziej komfortowo, że ja mam co zrzucać. A komfortowo dlatego, że nie odczuwam tak głodu gdy nie jem. Mam co spalać. I staram się spalać, aby zrzucić wagę. Ostatnio miewałem 82 kilo, od kilku dni około 80 kilo, a dziś na wadze było już 79,5. Celuję ambitnie w 75 kilo, bo raczej nie marzę o 72 czy 70. Choć kto wie. Wszystko zależy od tego ile wagi mi zostanie przy mojej budowie ciała.

Byle tylko zdobytą wagę utrzymać - to wtedy jest pełny sukces.

piątek, 19 września 2014

Brzuszek

Wczoraj było o mięśniu piwnym a dziś jest o brzuszku. Czyli o tym samym elemencie człowieka. Ale wczoraj było o cudzym a dziś jest o moim. Bylem dotąd przekonany że prawdziwe brzuszki zaczynają się od jakich 100 kilogramów żywej wagi. A im więcej tych kilogramów tym brzuszek oczywiście większy. Ale niekoniecznie tak musi być.

Opisywana wczoraj rozmowa uświadomiła mi, że ciągle jeszcze mam brzuszek, ale już znacznie mniejszy niż dawniej. Dwa miesiące temu ważyłem chwilami nawet 95 kilo, tę wagę trzymałem stabilnie od lat (wcześniej zaś ważyłem około 120 ale to się zmieniło kilkanaście lat temu). Od niedawna moja waga spadła do około 82 kilo. A gdy miałem owe 120, i potem owe 95, to obliczona kiedyś waga 86 jako optymalna dla mnie, była marzeniem ściętej głowy.

A dziś już dawno zostawiłem ją za rufą. Może nie tak dawno, bo jaki miesiąc temu. Ale trzymam w miarę stabilnie ten przyczółek. Normanie mam około 82, ale bywa po jedzeniu i napiciu się kilku szklanek wody, że waga skacze do 84. Ale potem wraca do norny. Nadal jednak mam brzuszek i widać go gołym okiem. Ale przynajmniej jest już lepiej. I wierze, że mniejsza waga to lepsze zdrowie dla mnie i lepsze funkcjonowanie organizmu. 

Oby ta waga już nigdy nie poszła w górę :-)

czwartek, 18 września 2014

Mięsień piwny

Rozmawiałem niedawno z jednym chłopakiem na czacie. Jak wiadomo, na czacie rzadko kiedy rozmowa ma sens. Najczęściej jest to nagabywanie, a pytania jakie się zadaje służą dobieraniu się do ustawki w wiadomym celu. Dlatego jeśli w rozmowie na czacie dowiemy się czegoś nowego lub ciekawego - to jest święto.

I takie święto nastąpiło gdy poznałem chłopaka z (całkiem dosłownie) drugiego krańca Polski - i to niedaleko granicy. Rozmowa była mila i długa, co jak na czata już samo w sobie jest nietypowe. I chłopak ów ponarzekał, ale z wdziękiem i bez ciśnienia, na swoją sylwetkę. Mianowicie posiada on mięsień piwny - czyli brzuszek. Zbliża się Oktober Fest ale nie wyobraziłem sobie tego sympatycznego chłopaka z piwem w ręku. Dlaczego?

Bo ów chłopak podał mi swoje rozmiary 186 cm wzrostu i 82 kilo wagi. Niby nic specjalnego. Ale ma prawie (w zaokrągleniu w górę) 10 cm więcej ode mnie a waży tyle co ja ostatnimi czasy. A zatem moje zrzucanie wagi jeszcze nie pozbawiło mnie "zaszczytnego" tytułu posiadania piwnego mięśnia. Przy czym ja nie pamiętam już kiedy piłem ostatnio piwo ;-)

Faktycznie, to fajne pobudzenie do myślenia na temat tego gdzie kończy się brzuszek a zaczyna normalna sylwetka?

środa, 17 września 2014

Flagowe niebo

Zapomniana nieco rocznica 17 września. Zd-radziecki atak od tyłu. A jak to się ma do mojego własnego życia? U mnie atak od przodu. I nie zdradziecki, ale zaplanowany przeze mnie. Po prostu czas na drobne - choć wcale nie tak drobne - zmiany.

Od kilku miesięcy niewiele pisałem na moim blogu. Wyjątkowo tylko pisałem o sprawach własnych, częściej o sprawach osób z mojego otoczenia - ale ile można o tym pisać. Poza tym czuję się wtedy prawie że korespondentem wojennym. I obrywam od zainteresowanych stron. Mogę więc pisać na tematy bardziej ogólne, ale przecież nie znajdę tylu tematów na ulicy. Więc zapas napisanych na bloga notek topniał z każdym dniem, aż wreszcie zostało ich dosłownie kilka. A zatem lada tydzień blog może przestać się ukazywać.

Postanowiłem więc przygotować na to moje profile w internecie. To była okazja do ich odświeżenia. Pousuwałem adresy bloga z nich, bo po co promować blog, na którym być może niedługo notki będą się ukazywały od przypadku do przypadku? A skoro nie mam adresu bloga promowanego, to po co ma moich zdjęciach profilowych nawiązująca do adresu bloga tęczowa flaga? No to zmieniłem tło zdjęć na profilach na niebo. I tak flaga zamieniła się na "flagowe niebo".

A ciekawe czy sam blog osiągnie na dniach niebiański spokój ;-)

wtorek, 16 września 2014

Powtorka z anatomii BP

BP mają przynajmniej benzynę na swoich stacjach. Leją nie wodę ale paliwo. A w znaczeniu czatów gejowskich BP to skrót od słowa "bajkopisarze". Ci nie mają żadnego paliwa, potrafią lać tylko wodę. I od czasu do czasu trafiam na takich. I poznaję do znudzenia anatomię kontaktów z nimi. 

I zawsze się zastanawiam czy rozpoznałem takiego bajkopisarza wystarczająco wcześnie, aby nie tracić czasu a  zbędę z nim pisanie. Bo pisanie z bajkopisarzem nie jest nigdy sensowne - nie doprowadzi bowiem do niczego. Bajkopisarz nie spotka się nigdy ze swoim rozmówcą. A ponieważ jakże często bajkopisarz udaje że szuka związku i życia razem - jest potencjalnym dawcą pustej nadziei.

Miałem niedawno taką rozmowę na czacie z chłopakiem z Białegostoku. Pierwsza potencjalna wskazówka bycia bajkopisarzem - nie ma GG ani Skype, nie ma profilu w necie. To po co szukać do życia razem skoro nie można się skontaktować? Druga wskazówka - trochę za bardzo się rozpisuje o swoich pragnieniach. No to go pogasiłem. Nie teoretyzuj kolego, skup się na poznaniu kogoś a potem z nim buduj. A nie gadaj na próżno. Ale to nie jest opcja dla piszącego bajeczki. I gdy był wóz albo przewóz - konieczność kontaktu ze mną poza czatem - mój rozmówca wylogował się.

Potraktowałem to jako ciekawy temat na bloga. Again - bo bajkopisarze byli, są i zawsze będą ;-)

poniedziałek, 15 września 2014

Szerokopasmowy

sierpień 2014
Nie przebrzmiała komunikacja z moim nieujawniającym się anonimem, a poznałem kolejną osobę, tym razem przez anons. On odpisał na mój anons - zatem z definicji miałem już z nim kontakt przez maila. A szybko potem zaproponowałem mu GG lub Skype - i podał mi obydwa. No to przeszliśmy na GG.

Szybko wymieniliśmy profile na Fellow, więc można się było zobaczyć. I równie szybko można było wymienić się telefonami i pogadać przez telefon. Co za wzorowe zacieśnienie kontaktu! Tylko pomarzyć o nim z moim poprzednim zamaskowanym anonimem. Ale mimo wszystko było to równie zabawnie żenujące.

Miałem bowiem znakomite drogi do kontaktu, ale pozostawały one przeważnie puste. Z tym anonimie pisało się godzinami. Z obecnym szerokopasmowym nie pisało się czy nie gadało prawie wcale. Po co takie możliwości kontaktu jeśli się z nic nie korzysta? A przecież chodzi o to aby zdecydować czy chcemy coś budować razem. I ten chłopak miał warunki aby to zrobić. Tylko jakoś poznawanie go utknęło w miejscu.

Żenada z innego powodu, ale nadal żenada.

niedziela, 14 września 2014

Uchylanko

sierpień 2014
Mam więc rozmówcę, który bardzo starannie konferuje ze mną na niepewnym technicznie czacie, przy ciągłym ryzyku utraty kontaktu. Nie może się zdecydować na ujawnienie, bo ma podboro taką pracę. Ale niedługo zjawi się w warszawie, więc przekonam się kto on zacz jest. A do tego czasu moja chęć na rozmawianie z nim trochę opadła. Bo ile można gadać z ulotnym nieznajomym?

I nagle okazuje się, że ten nieznajomy zagaduje mnie pod innym nickiem, rzekomo jest za granicą i nie może przyjechać do mnie za kilka dni, bo ma tu wezwanie służbowe i posiedzi trochę oddelegowany do innego kraju. Nie bardzo w to wierzyłem. Teoretycznie to może być prawda, ale dziwne, że nadal nie zamierza dać mi żadnego kontaktu - nawet specjalnie założonego GG, Skype czy maila. To jednak mimo wszystko staje się już coraz bardziej podejrzane.

Zaczęło śmierdzieć bajkopisarzem - bo on nigdy się nie spotka, zawsze wymyśli jakiś powód aby się uchylić od spotkania. I właśnie z takim uchylaniem się mam do czynienia. No to podzieliłem się swoimi obawami z rozmówcą - ale delikatnie. Nie oskarżyłem go o bajkopisanie ale zaznaczyłem, że może to tak wyglądać. A reakcja? Święte oburzenie. typowa reakcja bajkopisarza - dająca mu pretekst do ucieczki.

Normalny człowiek bowiem by starał się mnie spokojnie przekonać, że moje obawy są niepotrzebne. Ale bajkopisarz uderza w tony obrażonego, bo widzi że po prostu został zdemaskowany. Nadal nie mam 100% dowodów, ale ich nie potrzebuję - mój rozmówca gładko się pokazał jako bajkopisarz. Przestałem z nim pisać. A on już się nie odezwał.

I te zerwanie kontaktu może być ostatecznym dowodem jego bajkopisarstwa ;-)

sobota, 13 września 2014

Nieujawniony

sierpień 2014
Mój rozmówca dokładał wszelkich starań aby wątły kontakt na czacie starannie podtrzymywać. Nie raz kiedy się zalogowałem na czata, szybko mnie zagadywał, jakby tylko czekał ma moje pojawienie się. Czasem też nadmieniał, że czeka na mnie od pewnego czasu, na przykład godziny. Piękne zaangażowanie.

Zadziwiające tylko jak kruche, skoro nie mamy żadnej innej formy kontaktu. Nie mówiąc już o możliwości obejrzenia mojego rozmówcy na zdjęciu czy usłyszeniu jego głosu. Rozumiem jego obawy przed ujawnieniem się, jak to sam określał. Ale jak długo można je żywić. A poza tym co to za słowo - ujawnienie się? Potem mi wyjaśnił że ma taką pracę, w której ujawnienie się mogłoby oznaczać koniec jego kariery. Okej, rozumiem.

Jednak ciągle tliło się przekonanie, że takie podejście może być objawem bajkopisarstwa. Bajkopisarz starannie gada, nasyca się rozmową, ale nie ujawnia żadnego kontaktu. I nie ma zamiaru tego robić. Ale w naszym przypadku rychło miało się to zweryfikować, bo mój rozmówca zapowiedział, że w weekend będzie w Warszawie - zatem tylko kilka dni zostało do ujawnienia go.

Przynajmniej nie groził mi długi czas niepewności.

piątek, 12 września 2014

Zabawna sprzeczność

sierpień 2014
Czasem poszukiwanie kogoś do związku prowadzi do poznawania ciekawych ludzi - ale raczej ciekawych-inaczej. Miałem taki przypadek na początku sierpnia. Poznałem tego chłopaka na czacie. Miał nick wskazujący na to, że został zdradzony przez partnera. I dlatego postanowił mu wypowiedzieć posłuszeństwo.

Pisałem z nim, ciekawie się rozmawiało. Trochę tylko dziwne, że nie wymienił się kontaktem poza czatem - telefon, Skype, GG. Niby nie jest gotów do ujawnienia się. Okej. Będzie mnie łapał na czacie. Okej. I faktycznie mnie łapał, przez chyba tydzień gadaliśmy na czacie. I nadal żadnego kontaktu alternatywnego. A co by było gdybym dostał na czacie bana? Na cały tydzień na moje IP? Lipa byłaby z kontaktu.

W pewnym momencie zacząłem się trochę irytować. Moje zaangażowanie w poznawanie tego kogoś wyraźnie osłabło. Rozumiem jego obawy przed ujawnieniem się, ale śmieszne jest zestawienie jego czasu spędzonego na pisaniu ze mną i jego zaangażowanie w wynajdywanie mnie na czacie - z równoczesnym brakiem zabezpieczenia innej łączności. To była zabawna sprzeczność - kompletne rozjechanie się jego praktycznie realizowanego intensywnego komunikowania ze mną, ze strategicznie przemyślanym zabezpieczniem tej komunikacji.

Wytłumaczenie mogło być tylko jedno...

czwartek, 11 września 2014

Fiut determinuje związek

Na 11 września trafił mi się do opisania przypadek, który może zwalić z nóg podobnie jak tragedia przed laty gdy zaatakowano budynki World Trade Center. Traf chciał, że ten anons był bezpośrednio przy opisywanym wczoraj mistrzu zwięzłości. Tym bardziej nabiera dodatkowego smaczku gdy przeczytamy jego zawartość - w normalnych warunkach przeczytalibyśmy bowiem najpierw anons opisywany wczoraj. Oto ten anons w pisowni oryginalnej.

Chciałbyś się przekonać, co potrafi? Ja też. Nigdy nie odkryłem jego możliwości, bo zawsze stawiałem na miłość. Ale może to był błąd? Może trzeba choć raz w życiu wykorzystać atut między nogami? Tak czy inaczej, nie chciałbym, by fiut determinował nasz związek. W gruncie rzeczy pozostaję beznadziejnym przypadkiem nieuleczalnego idealisty. Jestem otwarty na różne propozycję, ale nie trawię ćwierćinteligentów, za których myślą schematy. 

Cóż za ciekawe wyznania kogoś, kto przejechał się na stawianiu na miłość - a tymczasem odkrył, że to fiut powinien determinować związek. Przypomina się określenie Karola Marksa, że byt określa świadomość. Tym bardziej zabawne jest następnie określenie się jako "nieuleczalnego idealisty". ja bym raczej do idealisty zaliczył kogoś kto stawia na miłość właśnie - towar tak deficytowy w obecnym świecie.

No i do tego nie trawi ćwierćinteligentów - zatem jest idealistą do kwadratu. Bo jeśli ktoś podziela jego pogląd o tym, że to fiut powinien determinować związek, to często wcale nie będzie żadnym "inteligentem" - a raczej przeciwnie. Inteligent szukający fiuta determinującego związek to prawie jak ksiądz ateista. 

Tak przynajmniej mi się wydaje, ale może czasy się zmieniły ;-)